![]() | Wygrywaj wyjazdy w egzotyczne miejsca. |
Wyspy Zielonego Przylądka-Cabo Verde Sam Smak
Cabo Verde! - jak to smakuje? Może jak tuńczyk, maniok, ryż i dużo dobrej oliwy? A może jak papaje, banany i mango? A może bardziej pachnie niż smakuje? Wiatrem, rajskim kwiatem, dymem ognisk. A może ważniejszy jest tu dotyk piaszczystej ciepłej plaży i szum fal?
A może prawdziwy smak podróży znają tylko oczy, zawsze głodne nowych obrazów. Może dopiero połączenie wszystkich zmysłów, szerokie ich otwarcie, gotowość, pokora i pogoda ducha pozwolą poznać samą istotę smaku podróży do Wysp Zielonego Przylądka. Dowiem się tylko wtedy kiedy tam pojadę...
11 luty 2009
Wychodzę z domu o czwartej nad ranem. W nocy ścisnął mróz. Pruszy śnieg. Ziemia skuta lodem trzeszczy pod butami. Wychodzę i wiem, że dziś nie będę spała we własnym łóżku. Samolot zawiezie mnie w jakieś nieznane, odległe od domu o tysiące kilometrów. Mam nadzieję że dzięki Bogu i Gali dziś ułożę się do snu w słonecznym kraju Cabo Verde.
Spotykamy się pod Itaką. Ekipa liczy około 20 osób, osób niezwykłych, twórczych, otwartych, pogodnych, ciekawych świata.
Wyspa Sal wita nas ciepłym wiatrem i afrykańską organizacją. Pierwsze smaki podróży poznajemy na powitalnej kolacji w centrum Santa Maria. Smakujemy carpaccio z tuńczyka, uzębionych, czerwonych grillowanych ryb, sosów o tajemnym składzie. Ośmiorniczki, krewetki i kalmary uśmiechają się do mnie coraz serdeczniej w miarę spożycia lokalnych alkoholi. Wszyscy mówią o grogu, którego trzeba spróbować, ale ja polecam tutejsze wino CHIA. Z tarasu restauracji patrzymy na afrykańską ulicę pełną kreolskiej młodzieży, poruszającej się niezwykle tanecznie.
12 luty 2009
Pierwszy poranek witamy na plaży, która jest tuż tuż za moim domkiem. Kąpiel w Atlantyku zmywa zmęczenie daleką podróżą i wszystkie troski nagromadzone podczas długiej polskiej zimy. Człowiek do szczęścia potrzebuje przede wszystkim słońca!

Potem płyniemy Neptunusem, by przez szklane szyby jego dna zobaczyć podwodny świat oceanu. Widzimy dwa wraki statków. Pordzewiałe, zamulone fragmenty olbrzymiego parowca Bolana upodobały sobie kolorowe ryby. Jedne wielkie, brzuchate ze strasznymi zębami poruszające się wolno lub wcale, inne skupione w setnych ławicach mkną pobłyskując małymi srebrnymi łuskami. Widzimy też wielkiego żółwia, który spokojnie przypływa sobie pod naszą łodzią. Niespodziewanie naszym oczom ukazuje się widok ogromnej rzeźby Chrystusa z rozpostartymi rękoma. Nurek chwycił Jezusa za szyję i dużą szczotką czesze mu kamienne włosy. Stanowczo za krótko dane nam podziwiać to oceaniczne życie. Z pokładu obserwujemy rozwój wyspy, do niedawna jeszcze zupełnie pustej, a dziś przypominającej wielki plac budowy. 
13 luty 2009
Kolejny dzień witamy śniadaniem o nowych smakach. Moim małym odkryciem są naleśniki z mąki kukurydzianej podane z zimnym melonem i polane czekoladowym sosem. Mniam. Nie mogę pominąć regionalnej keczupy czyli mieszanki mięsa, kiełbasy i warzyw podawanej wedle upodobania kucharza z fasolą, cieciorką albo kukurydzą na mniej lub bardziej zagęszczony sposób. W hotelu mamy keczupę od rana do wieczora każdego dnia więc staje się ona w końcu przedmiotem wielu żartów, choć wiemy że dla miejscowych jest daniem tylko świątecznym.
Zaraz potem ekipa wakacyjnie wyglądających ludzi, którzy tu ze mną przyjechali ulega wielkiej transformacji i przekształca się w rzeszę operatorów, fotografów i innych specjalistów uzbrojonych po zęby w kamery, statywy, mikrofony, wielkie obiektywy, odblaskiwacze, pędzle do pudru i inne akcesoria. Na szczęście całe zamieszanie nie trwa zbyt długo bo turkusowy rejs już czeka. Wtedy jeszcze nie wiemy, że specjalnie dla nas „turkusowy” zamieni się w „surwiwalowy”.
Wyruszamy z malowniczej zatoki. Z pokładu podziwiamy coś w rodzaju stoczni. Lekkie zastanowienie budzi sterany życiem statek, który postanowił przewrócić się na bok. Najpierw jest pięknie jak w filmie- jacht, słoneczko, zadzierzgnięty kapitan, drinki, prawie nagie ciała na pokładzie i lekkie kołysanie. Dobre widoki na coraz lepsze widoki. Potem jednak coś się zmienia. Wiatr zaczyna naprawdę nieźle dmuchać, a reszta to już wszystko przez niego. Kapitan kieruje statek dziobem na fale, a łajbę kiwa na wysokość 2 pięter. Widok wlewającej się na pokład wody budzi grozę, zwłaszcza jeżeli ktoś tak jak ja siedzi z przodu. Inni podziwiają w oddali rekina ale ja patrzę tylko na fale przede mną. W życiu nikt mnie tak nie wykiwał i tak mną nie wstrząsnął jak ten statek. A niech to. Żeglarzem nie zostanę. Wieczorem wracamy na ląd a fale z rejsu wracają ze mną i bujają moim łóżkiem aż do rana.
14 luty 2009
Ten dzień na imię ma Fogo. Na wyspę ognia lecimy małym samolotem. Wulkan ostatni raz wybuchł tu w 1995 roku. Archipelag Cabo Verde liczy 18 wysp. Mnie dane było poznać tylko dwie. Krajobraz wyspy Fogo jest zupełnie inny niż Sal. Sal jest żółta i pustynna, Fogo zielona i brunatna.

Zanurzamy się w ładne uliczki miasta Sao Filipe. Podziwiamy kolonialną zabudowę. Zaglądamy na miejscowy targ . Zastanawia nas góra małych brązowych strąków. Okazuje się że to owoce tamaryndowca. Z góry podziwiamy czarne plaże kończące się stromym klifiem. W drodze pod krater odwiedzamy małą plantację, gdzie rosną okazałe papaje, bananowce, kokosy i trzcina cukrowa.

Krajobraz wokół największego wulkanu urzeka księżycowym kolorytem, czarną i brunatną pustką. W kalderze krateru żyją ludzie. Domki zbudowane z wulkanicznej skały zlewają się z tłem. Bardzo tu biednie. Dzieci chodzą boso, a psy są tak leniwe że nawet nie podnoszą głów na naszą obecność.
Na obiad idziemy do pięknie położonej restauracji z widokiem na góry. Fogo słynie z uprawy kawy i produkcji wina. Jednego i drugiego dane nam spróbować.

Dopiero po powrocie do hotelu przypominam sobie że dziś są Walentynki. Z tej okazji czeka nas jeszcze świąteczne show. Rany, jak oni wiwijają! Różne tańce się widziało, ale żeby ktoś tak szybko kręcił tyłkiem – to nigdy!
15 luty 2009
Rano jedziemy zobaczyć atrakcje wyspy Sal. Pod kościołem trwają zabawy gromadki dzieci, które z czasem zamieniają się w religijne śpiewy . Jest niedziela, Cabo Verde jest krajem katolickim. Kościoły są otwarte a sklepy zamknięte.
Jedziemy wzdłuż malowniczego, skalistego wybrzeża w stronę słonego jeziora Buracona. Woda wpływa w zatoczki z wielką siłą i strzela w górę na kilka metrów. „Magiczne oko” widzą tylko najbardziej cierpliwi. Kiedy wychodzi słońce na tle granatowej woda zamkniętej w skalnych ścianach pojawia się cudowne turkusowo-zielono- niebieskie oko. Opisać się nie da, ale widoku już nie zapomnisz.

Jedziemy przez pustynię .Od czasu do czasu widzimy jakieś skromne domki albo małe oazy zieleni. W pewnym momencie powietrze zaczyna drgać i się zagęszczać. Już wiem, że gdzieś tu za chwilę zobaczymy fata-morganę. Nie do wiary, że na środku pustyni widzimy jezioro. A przecież go nie ma! Od razu zrobiło mi się żal wszystkich spragnionych wędrowców. W Pedra de Lume podziwiamy stawy do odparowywania soli. Wejściem do wnętrza wulkanu jest symboliczna brama wydrążona w skale. Ta przedziwna manufaktura wyposażona w zbiorniki, nieczynną drewnianą kolejkę linową, kilka maszyn i wielką górę soli mieści się w kraterze wulkanu. Niektóre tarasy zawierają baaardzo słoną wodę, w innych woda już całkowicie i pozostała sama sól w kryształkach. Tarasy mają różne kolory. Od śnieżnej bieli pięknie odbija się słońce, inne mają odcień brunatny, metaliczny.

Obiad jemy w eleganckiej restauracji z widokiem na ocean i skały. Polecam ryby z grilla. Wszystkie, tylko nie te małe czerwone z zębami, bo mają mnóstwo ości. W drodze powrotnej jedziemy na Ponta Preta gdzie pięknie wieje przez cały rok. Tam właśnie trafiamy na mistrzostwa świata w windesrfingu i kiteserfingu.
Podziwiamy popisy zawodników. Wiatr, woda i adrenalina splecione w wielką falę na tle pustynnych wzgórz. Po powrocie mam jeszcze chwilę na kąpiel w hotelowym, słonym basenie.
16 luty 2009
Poranek jest słoneczny i ciepły. Dostaję smsa że w Polsce minus dziesięć. Za trzy dni trzeba będzie się z tym zmierzyć. Póki co, idę na chwilę nad ocean cieszyć się słońcem, wiatrem i popisami kajtowców. Dziś wsiadamy na quady. Przed nami trasa pełna piasku. Pustynny krajobraz przechodzi w górzysty, a ten w wydmowy. Nieźle wieje. Puder na twarz mam gratis prosto spod kół. Zaglądamy na plażę i na miejscowe podwórka. Niektórzy dają upust swoich temperamentów, choć instrukcja mówi wyraźnie: No ZIG-ZAG! Pan przewodnik nie jest zadowolony, nie rozumie że jesteśmy potomkami huzarów i nie straszne nam wichry i burze, a dyscyplinę mamy gdzieś. Dla mnie bohaterką rajdu jest Justyna z telewizji, która trzyma się quada tylko jedną ręką, a w drugiej dziarsko dzierży kamerę i nagrywa. Od dziś jestem jej fanką. O ludzie! Ci co oglądacie piękne widoki na Travel Planet pomyślcie o operatorach, którzy pewnie wisieli właśnie z helikoptera głową do dołu. Wracamy przykryci piaskiem, szczęśliwi i pełni emocji. Gęba sama się uśmiecha. Wieczorem świętujemy.
17 luty 2009
Dziś wreszcie dzień wolny. Kiedy codziennie tyle się dzieje, jeden dzień bez atrakcji staje się atrakcją. Idziemy w miasto. (Raczej miasteczko). Wszak trzeba kupić pamiątki i wysłać kartki. Zaopatrujemy się w obowiązkowe specjały czyli kawę, wino, grog i rzeźby z drewna lub kości. Uwagę przykuwa oryginalna biżuteria. Ceny są jednak zaskakująco wysokie. Wyposażeni w hebanowe żółwie i hipopotamy wracamy plażą. Z daleka widzimy kłębiący się na molo tłum. Podchodzimy bliżej i stajemy się obserwatorami rybnego targu. Rybacy podpływają łodziami i wyrzucają na pomost olbrzymie ryby o wielkich czarnych oczach. Miejscowi je oglądają, ustalają cenę a potem ładują te piękne połyskujące w słońcu okazy na taczki i odchodzą w głąb lądu.

Atrakcją wieczoru jest pokaz folkloru z Cabo Verde w wykonaniu tej samej grupy tanecznej która bawiła nas na Walentynki. Tym razem jednak pląsy są o wiele spokojniejsze. A szkoda.
18 luty 2009
Dziś wyjeżdżamy. Jeszcze jedno spotkanie z oceanem, jeszcze jeden skok przez fale i do domu. Żegnam się z tym uroczym zakątkiem. Cieszę się że dane mi było poznanie tak odległej krainy. Samolot przenosi nas do rzeczywistości.

Dziękuję wszystkim, których mogłam poznać choć trochę. Dziękuję za niesamowite opowieści, za dobrą atmosferę. Cabo Verde na zawsze już będzie mi się kojarzyć z piękną plażą, wiatrem i ludźmi z ekipy. A smakiem podróży pozostaną smażone banany, ryba z czosnkiem, białe wino z Fogo i sól na ustach.
Organizatorzy: Patroni Medialni:
-
-
-
-
-
-
-
Wyspy Zielonego Przylądka-Cabo Verde Sam Smak
Cabo Verde! - jak to smakuje? Może jak tuńczyk, maniok, ryż i dużo dobrej oliwy? A może jak papaje, banany i mango? A może bardziej pachnie niż smakuje? Wiatrem, rajskim kwiatem, dymem ognisk. A może ważniejszy jest tu dotyk piaszczystej ciepłej plaży i szum fal? -
-
-
Teneryfa
Poniedziałek 10 listopada 2008 Mroźny poranek na warszawskim lotnisku Okęcie. Zaspana ekipa Smaków Podróży spotyka się w hali odlotów. Dziennikarze tygodnika Gala, fotograf, dziennikarz i operator kamery TVP1, dziennikarz radia Zet, kucharze, organizatorzy i gwiazda wyjazdu, aktorka Sylwia Gliwa.








































