Włochy - Maso Corto
Traveler poleca miejsca na narty. Odkrycia Maso Corto dla polskich narciarzy dokonała kilkanaście lat temu grupka instruktorów z warszawskiego AWF-u. Po tym wydarzeniu rozpoczął się okres polskiej kolonizacji.
Maso Corto - polska kolonia
W restauracjach, hotelach i na wyciągach obsługa oprócz niemieckiego (który jest pierwszym językiem południowego Tyrolu), włoskiego i ladyńskiego coraz częściej posługuje się polskim. Polskie napisy wypierają włoskie, a włoskiego słowa oznaczającego zakręt używa się już w innym znaczeniu, nie mającym nic wspólnego ze slalomem. Co roku organizowane są tu dni polskie, podczas których gwiazdy naszych szklanych ekranów oddają się gotowaniu tyrolskich potraw i fotografują na nartach.
Polscy wychowankowie hali Goryczkowej i weterani walk o miejscówki do kolejki linowej na Kasprowy Wierch wiedzą, że wystarczy jedna dobra góra i jedna sprawna kolej, żeby przez kilka dni dało się zapomnieć o wszystkim, co pozostało w dolinach. W Maso Corto jest kolej, która w 6 minut wywozi narciarzy z dwóch na ponad trzy tysiące metrów, jest jedna świetna trasa na lodowcu, gdzie warunki śniegowe panujące podczas weekendu majowego nie odbiegają od tych z połowy stycznia, jest jedna trasa długa – licząca osiem kilometrów – prawdziwy horror dla mięśni ud, jedna trasa trudna – poprowadzona szlakiem wytyczonym wcześniej przez alpejskich przemytników, jeden halfpipe po łagodnej stronie lodowca, jedna trasa południowa, świetna na poranną rozgrzewkę, trasa czarna na niepogodę, gdzie osłonięte plastikową kapsułą krzesło daje wytchnienie od mrozu i zamieci, kilka urokliwych schronisk, w których podają smakowite bombardino, czyli ajerkoniak na gorąco ze śmietanką, i tłuste, południowotyrolskie, ciężkie jak mokry śnieg potrawy. Tych kilka naprawdę atrakcyjnych propozycji może zapełnić narciarski tydzień (na dłuższe wyjazdy sprawdzają się raczej większe ośrodki), tym bardziej, że kilka dni można poświęcić treningowi na tyczkach, biorąc przykład z włoskich zawodników...














