Sri Lanka
Łza Indii – mówi się na Cejlon. I faktycznie, kształt wyspy i bliskość subkontynentu jakoś tę nazwę uprawniają. Tyle że kultura buddyjskiego królestwa kwitnącego równolegle ze starożytnym Rzymem jest czymś osobnym, oryginalnym.
Kiedy byłem małym chłopcem, a świat był znacznie, znacznie większy niż dzisiaj, nazwa Cejlon widniejąca na oglądanej co dzień w porze śniadania puszce po pachnącej herbacie stanowiła dla mnie kwintesencję wspaniałości kolonialnego Wschodu. Dżungla pełna słoni, tubylcy w egzotycznych, kolorowych strojach, palmowe gaje nad oceanem, żaglowce wyruszające z nadrzecznych portów z ładunkami herbaty... Daleki, tajemniczy świat, pociągający i niedostępny. Pierwsza wizyta na Sri Lance nie była zatem zwykłą podróżą do Azji – oznaczała konfrontację z dziecięcym mitem. Los zrządził, że zacząłem ją od słoni. I sierocińca dla wielkich trąbowców w Pinnaweli, który w ciągu kilkudziesięciu lat funkcjonowania przekształcił się w coś w rodzaju hodowli.
Więcej znajdziecie tutaj













