Wyjazd do Maroka .3.
bogdanbc Wyświetlono: 2361 razy 2004-03-18 16:36:07![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.05 (42 głosów) |
Wyprawka do MAROKA
17.09 Niedziela
Jakiś złośliwy kamień nie dawał mi spać w nocy. Oglądałem więc gwiazdy – piękne na tej wysokości. Tu i ówdzie szwendały się zwierzątka, od czasu do czasu włączał się więc alarm w motocyklu Jurka.
O świcie robię drobna inspekcje motocykla. Szukam przyczyny znikania oleju w skrzyni biegów. Inspekcja kończy się tylko diagnozą – nie będzie kapitalki. Na śniadanie wyjadamy ostatnie już zapasy i rozgrzewamy się (hic !) ciepłą herbatką. Pakowanko i już o 12:30 zjeżdżamy w dół. Im niżej tym gorzej tj. tym wyższa temperatura. Jak podskoczyła ponownie do 40 to ponownie rezygnujemy z wjazdu do Marrakech. Przebijamy się górską drogą do Tchanaoute i jedziemy przełęczami na Tizi-n-Test. Faktycznie, był to "test" zawieszeń motocykli i odwagi kierujących. Ponownie karkołomne podjazdy, zjazdy. Od szczytu przełęczy 2092 zjazd drogą o szerokości jednego pojazdu urozmaicony był uskakiwaniem na pobocze przed nic nie robiącymi sobie z motocykli ciężarówkami. Raz przyklejamy się do skały, raz z bijącym sercem balansujemy na krawędzi przepaści.
Lekko pod-adrenalinowani lądujemy w dolinie, za chwilę lądują nasze dusze.
Nudną zapiaszczoną drogą, w porywach niesamowitego wiatru, w tumanach podrywającego się piasku docieramy do przedmieść Agadiru. Cudowny widok na Ocean Atlantycki zaburzony wielką aglomeracją, więc szybko ją opuszczamy wycinając na północ. Wjeżdżamy na pierwszy napotkany camping w Taghazoute. Typowa definicja syfu pozytywnie odbiega od tego co tutaj widzimy. Nie, nigdy w takim miejscu. Jedziemy dalej. Zaczyna się ściemniać. Zapytany o camping policjant informuje, że jedyny camping w okolicy to właśnie ówty i dla własnego bezpieczeństwa powinniśmy się na nim rozlokować. Z minorowymi minami zawracamy. W miasteczku zatrzymujemy się na zakup żywności, i ponaglani przez burczenie w żołądku decydujemy się na posiłek w tutejszej “turystycznej” oberży. Zamówiliśmy sobie Królewskiego Kuskusa. Czekaliśmy na jego przyrządzenie ponad godzinę. Jak się później okazało na skutki dwa dni. Oczekiwanie urozmaicały lokalne obrzędy sprzedaży narkotyków, drobne klapsy w zęby, dowody uległości. Na “camping” docieramy już o zmroku. Ogrodzone trzciną miejsce, o zapachu rozkładającej się ryby przemieszanej z uryną, z podłożem uświnionym chyba wszystkim. Szwędające się wszędzie zapchlone psy dodawały uroku temu zaciemnionemu miejscu. Próba podejścia do miejsca w którym można by załatwić potrzebę storpedowana zapachem. Krany z wodą nie działały. Jedyna woda to umiejscowiony w dziurze kran z upierdliwym wylotem. Jak tylko się do niego zbliżyłem zbiegły się chyba wszystkie psy z okolicy w nadziei na kroplę wody. A pijcie sobie chłopaki, powiedziałem odchodząc od kranu by nie zginąć pod ciężarem pcheł.
| Oceń relację |
WłochyWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju


























