Czas trwania naszej wyprawy: 13 sierpnia – 8 września 2003
Liczba uczestników: 4 osoby: Bartek, Krzysiek, Olo, i ja
Całkowity koszt wyprawy: 2300 USD/osobę
Afryka Wschodnia .1.

Dysz2004-03-18 15:49:05
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 3.25 z 5.00. 4 głosów oddanych
byliśmy bardzo zadowoleni.
Rankiem zawieziono nas do Momela Gate, czyli bramy wejściowej u stóp Mt. Meru, gdzie po załatwieniu wszystkich formalności i wniesieniu odpowiednich opłat za trzydniowy treking (w sumie od osoby 150 USD wraz z napiwkami dla rangera) przydzielono nam Isacka – naszego strażnika – przewodnika. Trzygodzinną trasę do pierwszego schroniska Miriakamba Hut (2514 mnpm) pokonujemy z jednym krótkim postojem zgodnie z planem, w towarzystwie żyraf, zebr i olbrzymich stad bawołów. Teraz rozumiemy czemu jest z nami uzbrojony przewodnik. Znajdujemy się w jedynym parku narodowym, w którym chodzi się na piechotę między dzikimi zwierzętami.
Podczas naszego wejścia na Mt. Meru nie wynajęliśmy ani tragarzy, ani kucharza, zdając się jedynie na siebie i niosąc wszystko ze sobą (jako jedni z nielicznych), oczywiście w celu obniżenia kosztów. Nawet kupioną w Arushy naftę do gotowania w górach Olo zapakował do swojego plecaka (graliśmy tradycyjnie w marynarza kto weźmie). Nasze w sumie nietypowe zachowanie wzbudziło widocznie uznanie wśród obsługi schroniska Miriakamba, do tego stopnia, że szef schroniska zrobił specjalnie dla nas pyszną kartoflankę i do tego nie chciał żadnych pieniędzy!!! Po prostu niebywałe. Chyba ta nafta i nasze gotowanie na specjalnej schroniskowej kuchence zrobiły na nim wrażenie.
W kolejnym dniu osiągamy w trzy godziny Saddle Hut (3570 mnpm). Droga praktycznie cały czas biegnie wiecznie zielonym deszczowym lasem. Po drodze mamy możliwość zobaczenia kilkunastu antylop i niesamowitej wprost roślinności. Wypijamy dostępne w schronisku w cenie 3000 szylingów piwo, po czym wychodzimy na Little Meru (3820mnpm). Wieczorem jemy skromną kolację i idziemy na krótko spać. Już o 1:30 w nocy mamy pobudkę, a w pół godziny później wyruszamy na szczyt. Jest pogodna noc (jesteśmy ponad chmurami), świeci księżyc, idzie się całkiem nieźle. W połowie drogi wbijamy się w bardzo sypki i stromy popiół wulkaniczny, także idzie się o wiele gorzej. Robi się też zdecydowanie chłodniej i zaczyna dużo mocniej wiać. Olo w ogóle odpadł, dopadła go choroba wysokościowa, my tymczasem powoli ale systematycznie pniemy się w górę aż po 4 godzinach równo ze wschodem słońca osiągamy szczyt Mount Meru 4566 mnpm.
Widok z góry jest wspaniały: pod nami morze chmur, a przed nami pierwsze promyki słońca, które leniwie zaczynają się przebijać zza... Kilimandżaro! Nareszcie widzimy najwyższą górę Afryki. Już za tydzień jak wszystko dobrze pójdzie będzie nasza. Udaje nam się też zobaczyć bardzo rzadkie zjawisko jakim jest widmo z Brokenu. Powoli na szczyt wchodzą pozostali turyści, także zaczyna robić się dość tłoczno. Zrobiwszy zdjęcia i nasyciwszy się w pełni widokami, schodzimy w dół. Dopiero teraz, gdy zrobiło się jasno widzimy jaki szmat drogi pokonaliśmy tej nocy. Po trzech godzinach docieram do Saddle Hut, tam spotykam Ola, który z niewesołą miną wyjaśnia swoje problemy z wysokością. Widać że jest mocno wkurzony na to co się stało, zwłaszcza że w perspektywie jest jeszcze prawie sześciotysięczne Kili. Tymczasem przychodzą chłopaki, zatem pakujemy się i rozpoczynamy wędrówkę powrotną do Momela Gate – 3000 m w pionie na dół w 4 godziny!!! Jak na jeden dzień to całkiem konkretna wyrypa. Nic więc dziwnego, że wieczorem idziemy na konkretny posiłek do hinduskiej knajpy a potem na zasłużony odpoczynek w Meru Inn.
Zobacz zdjęcia:
Tanzania
,
Kenia
Tanzania - wybierz obszar, który cię interesuje:















































