Kuba 2005 - Holguin, Guardalavaca, Gibara
Kuba 2005 - Holguin, Guardalavaca, Gibara


Piotbula2006-07-17 16:08:13
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 3.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
/>Droga na północ, w kierunku plaży była rewelacyjna i bardzo szybko dojechaliśmy na miejsce. Pod względem piękna, plaża w Guardalavaca ustępuje podobno jedynie plaży w Varadero. Mnóstwo tu palm i innych drzew dających cień i pomimo że na bielutkim piasku wyleguje się dużo ludzi, bez problemu znaleźliśmy wolne drzewo dla siebie. Chciałem jechać do indiańskiej wioski, ale reszta wolała plażować. Może i dobrze, bo później przeczytałem w przewodniku, że wioska i muzeum są otwarte jedynie do wczesnych godzin popołudniowych. Pływaliśmy w turkusowej wodzie, wylegiwaliśmy się w cieniu, a Paweł nie mógł się nadziwić, że wszystkie Kubanki oglądają się za nami. Na plaży wypoczywali również liczni Kubańczycy. Pogadałem z nauczycielką od angielskiego wykładającej na Uniwersytecie w Holguin. Rozmawialiśmy o wadach i zaletach komunizmu i kapitalizmu oraz o sytuacji na Kubie i w Polsce.
Woda w morzu była bardzo słona i krystalicznie czysta. Spacerując po plaży doszedłem do dużego hotelu, gdzie woda, niebo, palmy i niewysokie skałki tworzą krajobraz jak z bajki. Zmieniliśmy pierwotne plany dojazdu do Camaguey i zostaliśmy tu do wieczora. O dziwo mieliśmy okazję porozmawiać po polsku z turystką z Kanady, której matka pochodziła z Polski. Wraz z mężem byli zdziwieni, że zdecydowaliśmy się na jazdę wynajętym samochodem, pomimo fatalnego oznakowania. Dyrekcja ich hotelu odradzała nawet jazdę skuterem po okolicy.
Około 17.00 ruszyliśmy w drogę do Gibara. Wg mapy było to dość blisko, ale droga pogorszyła się znacznie nie wiadomo czemu i jechaliśmy bezdrożami. W końcu zaczęliśmy pytać o drogę i miejscowa dziewczyna, tak bardzo przejęła się swoją rolą, że narysowała nam mapę całej okolicy, łącznie z oknami w hotelu w Guardalavaca i falami na morzu ;). Najważniejsze, że wiedzieliśmy jak jechać. Nasza pierwotna droga była najkrótsza, ale okazało się, że od dłuższego czasu most był nieprzejezdny. Trzeba było nieco wrócić. Mijaliśmy jadących wierzchem Kubańczyków, którzy chętnie wskazywali nam właściwą drogę. Przed zmrokiem byliśmy w nadmorskim miasteczku. Od razu przy wjeździe dorwał nas Papa, który wsiadł na rower i doprowadził nas do miłej kwatery „Dos Hermanos”. Kwatera była śliczna, ale nie było wolnych miejsc. Na szczęście, niedaleko głównego placu obok kościoła, znaleźliśmy kwaterę z dwoma pokojami. Po dłuższych targach zapłaciliśmy w sumie 40$ ze śniadaniem. Na kwaterze również zjedliśmy kolację, a ponieważ nie było langust, wzięliśmy krewetki po 8$ za porcję. Nie wiadomo czemu wszyscy mieliśmy objawy uczulenia, prawdopodobnie od pyłków roślin w lasach okolic Baracoa. Być może z tego powodu wszyscy kiepsko spali.
Zobacz zdjęcia:
Kuba
Kuba - wybierz obszar, który cię interesuje:







































