Kuba 2005 - Santiago de Cuba
Kuba 2005 - Santiago de Cuba


Piotbula2006-07-17 15:59:08
Wyświetlono razy (ostatnio: )
piwo marki Bucanero. Duke jako przedstawiciel rasy żółtej miał głowę znacznie słabszą od przeciętnego Europejczyka i po kilku butelkach zaczął nam opowiadać barwnie swoje życie w Europie i w podróży w czasach dzieci-kwiatów. Dzięki podróżom znał kilka języków i nawet robił wykłady po hiszpańsku Kubańczykom, bo bardzo denerwowało go gdy nazywali go Chińczykiem...
23.03.05 Santiago de Cuba
Po wczorajszej kolacji Duke miał zbyt duże bóle głowy by zwiedzać z nami. Poszliśmy najpierw poszukać wypożyczalni samochodów. Wyliczyliśmy bowiem, że przy dość sporych cenach biletów autobusowych nie będzie wcale drożej, a na pewno więcej zobaczymy mając własny środek lokomocji. Nie było wcale łatwo. Albo nie mieli samochodów, albo ceny były bardzo wysokie, albo nie zgadzali się na oddanie w innym mieście. Dopiero w agencji turystycznej Islazul spotkaliśmy Adelę, miłą Kubankę, która z rozrzewnieniem wspominała 5 lat spędzone za młodu w Odessie i rozmawiając z nami po rosyjsku wykonała kilka telefonów i zarezerwowała nam Atosa na jutrzejszy ranek. Naganiacze proponowali nam wycieczkę do Gran Piedro za 40 $, ale postanowiliśmy poleżeć dziś na plaży. Najpierw jednak trzeba było tam dojechać. Wybór padł na plaże Siboney, oddaloną od miasta około 20 km.
Dowiedzieliśmy się od Adeli, że można tam dojechać za 1 peso ciężarówką. Aby dojść do przystanku ciężarówek musieliśmy przejść jednak przez całe miasto. W porównaniu z Hawaną zaskakiwała mnie duża ilość ludzi na ulicach. A może to kwestia pory dnia. W końcu udało nam się zapakować do odpowiedniej ciężarówki. Była zapełniona po brzegi. Zbierający pieniądze za bilety stwierdził, że jako obcokrajowcy nie pojedziemy za 1 peso. Dopiero gdy siedzące obok nas kobiety zaczęły go wyzywać, wyraźnie rozczarowany wziął od nas po 1 peso i ruszyliśmy.
Plaża nie była rewelacyjna, ale było się gdzie położyć i było tez gdzie popływać w ciepłym, ale bardzo słonym morzu. Leżeliśmy w prażącym słońcu popijając mleczko kokosowe z kokosów z palm rosnących na plaży - sztuka z 0,5 $. Koleś nie tylko je nam sprzedał, ale rozłupał i nożem wykroił miąższ. Co ciekawe każdy z tubylców pytał, czy będzie mógł zabrać po nas puste butelki od wody mineralnej.
Po 16.00 postanowiliśmy wracać i sytuacja w ciężarówce powtórzyła się, ale tu obsługa była już twarda i chciała od nas minimum 2 $. W końcu zgodzili się zabrać nas za 10 peso od głowy. Jedna ze starszych Kubanek zaczęła nam tłumaczyć, że powinniśmy wziąć taksówkę za 5 $. Jeden z pasażerów był nawet tak zbulwersowany ceną naszych biletów, że zaczął Pawła wypytywać o dane i zapisywać je w swoim kapowniku - pewnie jakiś tajniak...
Wróciliśmy do miasta i kiedy reszta wycieczki udała się na kwaterę zamówić kolację i odpocząć, ja włóczyłem się po uroczych uliczkach fotografując ludzi, samochody i architekturę. Trafiłem nawet do klubu szachowego, gdzie zagrałem dwie krótkie partie z instruktorem, oczywiście sromotnie przegrywając.
Zjedliśmy wspólnie kurczaka z ryżem popijając rumem z colą. Duke stwierdził, że niestety nie pojedzie z nami do Baracoa bo za bardzo gonią go terminy i boi się, że nie zdąży na samolot na Jamajkę. Miął być tam jeden dzień, a potem jeszcze jeden na Haiti. Stwierdził, że musi zaliczyć te państwa, bo brakuje mu ich jeszcze na mapie odwiedzonych przez niego krajów. Może na starość też będę tak podróżował? :)
Zobacz zdjęcia:
Kuba
Kuba - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj





















