Wienertinden
pgc Wyświetlono: 498 razy 2004-03-12 00:14:13![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.96 (51 głosów) |
Wejście na Wienertinden, Svalbard, 9 maja 2002
Dzień zapowiadał się niewesoło. Ciągle piętnaście metrów na sekundę średniej prędkości wiatru, jakieś przewalające się chmury, wspaniały produkt Williama G. do zainstalowania. Czyli kibel w stacji. Jeszcze przed obiadem wiatr zaczął słabnąć, przejaśniło się troche - no to chociaż pojedziemy zawieźć trochę tego pomiarowego badziewia na lodowiec. Być może wszystko zagra i będzie jakiś pozytywny efekt - my się przewietrzymy, rejestracja zjawisk wreszcie wyjdzie z fazy testów.
Po obiedzie flagi na masztach zwisły zupełnie, a chmury zniknęły. "Czy jedziecie na lodowiec, robicie tam coś dziś?" spytał Mariusz. Tak, owszem mamy takie plany, a co? "Bo ja myślałem, żeby pójść na Wienertinden".
No tak, to jest nas trzech i zadanie godne badaczy. Górka jak górka - trochę może bardziej stroma miejscami niż Rysy od polskiej strony. W warunkach zimowych. Wychodzimy za pół godziny.
Tym razem łojenie po prawie płaskim lodowcu i kawałku moreny pozostawiamy naszym mechanicznym kociakom. To ponad sześć kilometrów. Plecaki ze szpejem, termosami i bronią ladują na sankach. Jeszcze tylko wizyta przy beczce - głupio byłoby nie dojechać z braku paliwa. Sprawdzamy sprzęt - trzy pary raków, trzy czekany, kijki dla chętnych, kawałek liny. Wprawdzie nie ma się tam w co wpiąć, ale może na wszelki wypadek, jak będzie źle to może jakoś z ciała, albo z wbitego czekana - może się przydać.
Skuterami wjeżdżamy na morenę - prawie czterysta metrów do góry. Zostało jeszcze trochę ponad pięćset. Tylko nie po płaskim. To znaczy na początku po płaskim, tylko trochę pochyłym.
Patrzymy na ściankę - widac miejsca, gdzie urywały się niewielkie lawiny deskowe. "Czterdzieści procent że wejdziemy" rzuca Michał. "Trzydzieści" - poprawia Mariusz. Do góry. Płasko, tylko pod kątem. Ekspozycja jest, ale nie robi tak wielkiego wrażenia, jak na stromej grani. Zresztą - tu jeszcze nie jest tak stromo - dojdziemy do tej skalnej buły i zobaczymy co dalej. Śnieg okazuje się być dobry - nie zapadamy się głeboko, pozostają w miarę równe stopnie, gdzieś głebiej raki opierają się pewnie. Trochę łojenia prosto do góry i wychodzimy koło skalnej buły. Nie jest źle, jeżeli będzie tak dalej, to kto wie...
Zresztą - wleźli nie wleźli - nie ważne. Już to, co widzimy, satysfakcjonuje nas. Grań Sofiekamen. Pionowe urwisko od wschodniej strony. Princessa, która dotąd wydawała się stroma, pokazuje swoją wschodnią, pionową scianę. Hornsundtind i schodzące się do niego granie. Cud świata. a niektórzy mówią, że tu nie ma gór... Niechaj pozostaną w błogiej nieświadomości.
Koło buły znajdujemy lokalnie poziome miejsce. Chwila dla ciała - gorąca hebata. Widać grań, którą podejdziemy do kolejnej ścianki, która, przy odrobinie szczęścia, wprowadzi nas na wierzczhołek.
| Oceń relację |
NorwegiaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
























