Wyspa Borneo (od brzegu do brzegu) - 1986
Wyświetlono: 2517 razy 2006-06-16 10:14:56![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.75 (103 głosów) |
Wyspa Borneo (od brzegu do brzegu) - 1986
www.palkiewicz.com
NA PRZEŁAJ PRZEZ BORNEO 2.500 kilometrów przez mroczną najeżoną niebezpieczeństwami dżunglę
W osadzie leżącej praktycznie na granicy cywilizowanego świata mówią, że nikt nie ma paliwa do silnika i na nową dostawę trzeba poczekać do następnego tygodnia. Nie rezygnujemy i z Remo, który świetnie mówi po indonezyjsku, idziemy szukać miejscowych notabli. Sołtysa nie ma, a dowódca posterunku wojskowego dopiero co wyjechał na polowanie. Na szczęście jest w domu misjonarz katolicki, żwawy staruszek Holender, który nic nie obiecuje, ale mówi, że postara się pomóc.
Znalazł "long boat", solidną, dziewięciometrową łódź o płaskim dnie, która może pomieścić nawet dziesięć osób. Dwa przyczepne silniki czterdziestokonne gwarantują przebicie się przez kilka niebezpiecznych kanionów, gdzie rwący nurt rzeki stwarza duże zagrożenie dla każdego śmiałka, który się tam zapuści. Ksiądz jest gotów odsprzedać nam swoje własne paliwo, bo i tak w najbliższych dniach nie planuje żadnego wyjazdu duszpasterskiego.
Naszym celem jest przebycie całej wyspy Borneo, trzeciej co do wielkości na świecie, znanej z nieprzychylnego dla człowieka klimatu, nieprzystępnej dżungli, a przede wszystkim ze złej sławy jej tubylców, słynnych łowców głów, Dajaków.
Następnego dnia w największy żar południa, kiedy słupek rtęci sięga 36°C, układamy nasze bagaże tak, aby wystarczyło miejsca także na 18 dwudziestopięciolitrowych kanistrów z benzyną i oczywiście dla nas samych. Wiemy, że nie będzie to już turystyczna przejażdżka i przyjdą chwile, kiedy trzeba będzie solidnie się napocić.
Szeroka, wijąca się wstęgą Mahakam, przekształciła się w rwącą i zdradliwą rzekę górską. Już po kilku godzinach żeglugi dochodzi do nas elektryzujący huk wodnego żywiołu. Prąd przybiera na sile, woda jest spieniona i pełna wirów i sternik musi nieźle się natrudzić, aby ominąć wielkie głazy, na pełnej szybkości pokonać wąskie gardła. Wszyscy są kompletnie mokrzy od bryzgów wody, ale oczywiście nikt o tym nie myśli. Mam prawo sądzić, że Renzo Grego, idealny, silny jak tur kompan, przeżywa chwile strachu, ponieważ nie umie pływać. Dla bezpieczeństwa jednak wszyscy mamy na sobie kamizelki ratunkowe.
Ja siedzę na dziobie razem z młodym Dajakiem i kiedy sternik nie zdąży przecisnąć się przez jakiś labirynt, naszym zadaniem jest odepchnąć się wiosłami od skalnej ściany bądź od wielkiego bloku kamiennego. Czynimy to z całych sił, raz pagaj ześlizguje się z kamienia, tracę równowagę i uderzam silnie twarzą o kant burty.
W ferworze walki nie czuję nawet bólu, potem tylko wielki siniak świadczyć będzie o tym wypadku.
| Oceń relację |
IndonezjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju























