Podróż dookoła świata
Dookoła świata - Laos - część VII



Justiluk2006-05-18 13:15:33
Wyświetlono razy (ostatnio: )
rowniez bardzo spokojny i leniwy, z wyjatkiem zakonczenia...
Spedziwszy pol dnia w hamakach, postanowilismy sie przejsc do Pawla - ostatni spacer po wyspie (jutro rano jedziemy do Kambodzy). Doszlismy wiec, rozsiedlismy sie w knajpce przy jego guesthous'ie i gadalismy sobie w najlepsze. Az tu nagle zrywa sie wiatr, slychac grzmoty w oddali i padaja pierwsze krople deszczu. My zachwyceni - wreszcie bedzie chlodniej! Jednak po kilkunastu minutach sytuacja zaczela robic sie powazna...
Wiatr groznie wezbral na sile, zrobilo sie cieno, deszcz zaczal zacinac tak, ze restauracyjka byla mokra do polowy. Wiatr przewrocil szklanki, przesuwal plastikowe krzesla. My jednak nadal zachowywalismy humory - po prostu burza - i przenieslismy sie tylko w odleglejszy kat, dokad wpadajace przez przerwe miedzy dachem a barierka krople nie docieraly.
Bylo komplenie ciemno, gospodarz Pawla biega dookola zabezpieczajac rozne rzeczy. Nagle wiatr wzmogl sie tak, ze deszcz dolatywal do nas gestymi smugami. "Rany, rozwalilo dach" - faktycznie, w krytym strzecha dachu pojawila sie wielka dziura, ktora zaczela powiekszac sie z kazdym podmuchem. Zrobilo sie niewesolo, choc staralismy sie tego nie okazywac. Wiatr zaczal przesuwac stoly, deszcz zacinal tak, ze bylismy calutcy mokrzy i nie dalo sie otworzyc oczu. Nagle Lukasz wrzasnal "wstan" i pociagnal mnie mocno za ramie do gory z krzesla, na ktorym siedzialam.
Sekunde pozniej w miejsce gdzie jeszcze przed chwila znajdowaly sie moje zebra, z calym impetem przywalil drewniany stol. Zlapalam sie slupa, zeby w ogole ustac. “Szybko do bungalowu”- wrzasnal Pawel starajac sie przekrzyczec szalejacy zywiol. I w tym momencie poczulismy, ze odlatujemy… Podmuch wiatru po prostu wyrwal restauracyjke! “Szybko, uciekajmy!”- krzyknal Lukasz. Bylo kompletnie ciemno i nie wiedzialam nawet, a ktorym kierunku sie poruszac! Oderwalam sie od slupa, gdy Lukasz popchnal mnie krzyczac: “Skacz!!!”. Wyladowalam na kolanach, nie majac pojecia co sie stalo.
Ustalilismy, ze jestesmy na ziemi wszyscy i w miare cali. Dobieglismy do domu gospodarza, ktory byl najblizej i wydawal sie najbezpieczniejszy. Rodzinka siedziala skulona, w przerazeniu sluchajac co zywiol robi z ich dobytkiem. Nam na szczescie nic sie nie stalo. Troche obtarc i potluczen i mnostwo strachu, ale nic poza tym. Wkrotce okazalo sie, ze nie tylko restauracyjka zostala zniszczona – trzy z pieciu bungalowow (kryte strzecha, starsze, w gorszym stanie) zawalily sie, w tym domek Pawla. Gdy wiec tylko burza nieco zelzala, panhowie wyskoczyli na dwor ratowac jego rzeczy. Gdy przestalo padac, rowniez wyszlam na zewnatrz, nieco juz uspokojona, z wielkim wspolczuciem patrzac na zalamana gospodynie.
Posiedzielismy chwile w stabilniejszym, nowym domku Pawla, rozpatrujac zaistniala przed chwila sytuacje, starajac sie dojsc do siebie, gdy znow zaczelo grzmiec i wiac. Podjelismy wiec szybka decyzje o powrocie do nas – mielismy dluga droge powrotna przed soba, nie wiedzielismy w jakich warunkach,a a nastepna burze chcielismy przeczekac juz u siebie, w suchych rzeczach i stabilnym domku. Pozegnalismy sie wiec i przez kaluze, pod zawalonymi drzewami, w niklym swietle latarki wrocilismy do siebie. To bylo cos… zadne z nas nie przezylo nigdy czegos podobnego i choc minelo juz troche czasu, nadal nie do konca doszlismy do siebie…
Ale coz, zdarza sie i tak. Idziemy zaraz spac – sen ukoi nerwy, a jutro wczesnie wstajemy – czeka nas przeprawa do nowego panstwa – Kambodzy!
Zobacz zdjęcia:
Laos
Laos - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj




















