Wyprawa na najwyższy szczyt w stanie Colorado
Mt. Elbert

Maksok12006-04-18 06:13:28
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 5.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
Mt. Elbert
Jechaliśmy w ciemnościach stanową drogą numer 82 w Colorado. Był piątek wieczór i zbliżaliśmy się do sławnego miasteczka Aspen-resort narciarski odwiedzany przez bogatą śmietankę amerykańskiego społeczeństwa. Na chwilę wstąpiliśmy do pierwszej lepszej knajpy gdzie barman napełnił Guinessem szklankę Radzia, pozostawiając w niej także i puszkę. Nigdy nie napotkałem się z tak mało sensownym obyczajem który prowadził do rozlania ulubionego napoju. Po opróżnieniu naczyń ruszyliśmy w dalszą drogę i po czterdziestu pięciu minutach wjechalismy w boczną dróżkę gdzie zaczynał się szlak „Black Cloud Trail”.
Elbert ma 4308 m wysokości i jest najwyższym szczytem w Colorado.Zdobycie szczytu zajmowało około siedmiu godzin marszruty dobrze utrzymanym szlakiem. Jednym z letnich niebezpieczeństw tamtejszych regionów są częste burze z piorunami które nadchodzą w godzinach popołudniowych i z tego powodu przewodniki radzą wyjście wczesnym rankiem Niestety, oboje z Radziem nie lubimy wstawać z koro świt więc na szlaku znaleźliśmy się około godziny dziewiątej czego później żałowaliśmy. Trasa lekko pieła się pod górę, mieliśmy świetną pogodę, było ciepło, ale słońce żadko wychylało się z za białych chmur i nie nękało nas swoim żarem. W szybkim tępie pokonaliśmy odcinek trasy wiodącej poprzez las i po paru godzinach znaleźliśmy się na otwartej łące. Roślinność pozostała za nami i kamienistą ścieżką wdrapaliśmy się na południowo-wschodnią grań prowadzącą na szczyt. Po około półgodzinnym marszu nadeszła czarna chmura, ochłodziło się i w oddali usłyszeliśmy pioruny. Dwie napotkane dziewczyny namawiały nas na odwrót, ale my nie chcieliśmy o tym słyszeć, więc podążyliśmy przed siebie, przecież mieliśmy szczyt już w zasięgu wzroku. Niestety burza była szybsza od nas, w pewnym momencie moje włosy staneły dęba co nigdy mi się przedtem nie zdarzyło, poczułem że jestem naelektryzowany, Radzio miał z tego niezły ubaw ale mi nie było do śmiechu. Skryliśmy się pomiędzy głazami i zdecydowaliśmy sprawdzić zasięg telefonu komurkowego, co akurat nie było dobrym pomysłem. Radzio uniósł w ręce apart i w tejże sekundzie został lekko porażony prądem, upuścił telefon na ziemię i przerażeni skryliśmy się pomiędzy głazami.Przeczekaliśmy burzę która znikneła tak szybko jak się pojawiła i podąrzyliśmy na szczyt. Była to już tylko formalność, parę zdjęć na pamiątkę i w kilka godzin, bez dodatkowych przygód znaleźliśmy się przy samochodzie. Tamtego wieczoru udaliśmy sie do pobliskiego Leadville, wąskie uliczki i stara zabudowa dawała mu urok westernowskich miasteczek. Nieprzypadkowo znaleźliśmy się w barze który potwierdził to spostrzeżenie-na dekoracjach była centymetrowa warstwa kurzu, za dębową ladą obsługiwała nas wychudła barmanka która wyglądała na tyle lat co ta mieścina. Spotkaliśmy tam będącą na wycieczce grupę polaków z Chicago i w ojczystym gronie spędziliśmy resztę wieczoru. Następnego dnia wdrapaliśmy się na szczyt zwany LaPlatta który był bardziej stromy, i na którym złapał nas deszcz. Niestety nie nauczyliśmy się wcześniej wstawać.
Góry Colorado okazały się bardzo malownicze i dostępne, na większość podejść wystarczy jeden dzień przetartym szlakiem aby znależć się na szczycie czterotysięcznika których tu nie brakuje.
Zobacz zdjęcia:
Stany Zjednoczone
Stany Zjednoczone - wybierz obszar, który cię interesuje:













































