Podróż dookoła świata
Dookoła świata - Dalsza czesc Tybetu - część I



Justiluk2006-04-13 18:33:44
Wyświetlono razy (ostatnio: )
rzadko sie pojawialy... Przejechal jeden samochod, i choc byl calkowicie zapchany, wiec nie mogl nas wziac, dal nam duzo nadziei, ze przelecz jest jednak jakkolwiek przejezdna i moze ktos zjezdzajacy bedzie mogl nas zabrac. Wkrotce na horyzoncie pojawila sie nadzieja, w postaci jeepa. Pomachalismy, a on zatrzymal sie i nas zabral! Mielismy duzo szczescia - po drodze miajlismy kilka grupek ludzi, ktorzy rowniez machali z nadzieja, ze ich zabierzemy. Co prawda stop nie byl perfekcyjny, poniewaz kierowca zostawil nas za bramka do jeziornego parku narodowego, z ktorego to miejsca bylo jeszcze kilka kilometrow do miasteczka, ale przynajmniej nie wzial od nas ani grosza, a to zawsze cos :) Szlismy wiec sobie przy szosie, patrzac na olsniwajace, biale gory pietrzace sie przed nami, robiac sobie na spokojnie przystanki i pozdrawiajac miejscowych gdy nagle zaczal przy nas zwalniac jeep, mimo ze wydawal sie byc kompletnie zapchany. Zatrzymal sie na naszej wysokosci i okazalo sie, zo to Tajlandczycy z Danusia i Tomkiem z tylu! Byli wszyscy tak uradowani naszym widokiem, ze az mnie to zdziwilo :) Wszyscy chorem orzekli, ze w ogole bez gadania mam wsiadac zamiast Tomka na tyl, a on pojdzie z Lukaszem dalej na piechote. W ogole okazalo sie duzo roznych dziwnych rzeczy: na przyklad, ze wszyscy juz wiedza, ze chorowalam w nocy... Do tej pory nie wiem, czy od ludzi z BBC, czy od miejscowych (ktorym nota bene nic na ten temat nie mowilam, wiec nie mam rowniez pojecia, skad mieliby niby o tym wiedziec), bo zdania na ten temat sa podzielone - grunt, ze wszyscy byli bardzo mili i zatroskani. Cala droge do Damxiunga opowiadali, jak bardzo sie o nas martwili i jak strasznie sie ciesza, ze nic nam nie jest i wszystko w porzadku. Musze przyznac, ze dawno nie bylo mi tak milo, szczegolnie, gdy Danusia mowila mi jeszcze, ze przez caly wieczor rozmawiali prawie tylko o nas, zastanawiajac sie, czy wszystko z nami w porzadku i czy nic nam nie jest. Dodatkowo zatrzymywali sie przy rawie kazdej mijanej grupce ludzi pytajac, czy nas nie widziano, miedzy innymi przy BBC-owcach, ktorzy ponoc potem nas szukali chcac zabrac ze soba do obozu operacyjnego - czego to sie czlowiek nie dowie?!:) No i tak uplynela mi pozostala droga do Damxiunga, w ktorym to przewodniczka Tajlandczykow pomogla nam na odchodne znalezctransport do Lhasy :) My z Danusia umowilysmy sie z naszym nowym kierowca, ze poczekamy na naszych idacych mezczyzn, zjemy cos, a on nas potem znajdzie i pojedziemy do stolicy. Lukasz z Tomkiem wkotce do nas dolaczyli, zjedlismy taniutki, smaczny obiad i ruszylismy na droge szukac busikarza (bo on sam z siebie sie nie zjawil). Nigdzie go nie bylo - nawet na dworcu autobusowym, na ktory poszlysmy w koncu z Danusia. Ostatecznie postanowilismy lapac stopa, co wkrotce okazalo sie byc bardzo dobra decyzja, gdyz zaplacilismy duzo mniej niz za jakikolwiek transport panstwowy. Przyjechalismy co prawda dosc pozno, bo facet jechal nadzwyczaj wolno, ale liczy sie, ze juz jestesmy, wzielam wreszcie goracy prysznic i zaraz kladziemy sie spac :)
Zobacz zdjęcia:
Tybet
Tybet - wybierz obszar, który cię interesuje:













































