Dzień ósmy – 26.10.1987 – poniedziałek
W śniegach pod Sziszipagmą - dzień ósmy

JK2006-04-08 12:17:07
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Włoch zabrał kluczyki, żeby w nocy grzać. Zaczynamy tracić nadzieję. Obiad – za torbę na kółkach, spodnie i otwieracz do konserw. Tybetanka dała nam trzy „paliwa jaków” i własne „ognisko” w kącie muru. Piekliśmy 2 nogi baranie i placki z campy (mąka z jęczmienia wędzona). Nikt nic nie wie. Nagle alarm, kierowcy naprawili nasz bus i ruszają, nie zważając, że przygotowujemy obiad. (Przyjechał mały buldożer). Wpadliśmy do autobusu z niedopieczonymi kośćmi i w drodze je gryźliśmy. Autobus podjechał 500 m i „zdechł” – woda z chłodnicy wypłynęła. Kierowca zgubił przewód gumowy. Tuż przed odjazdem przyszedł pieszo do nas facet w bardzo dobrej kondycji, podał nam dokładny plan drogi i namawiał do marszu. Jest godz. 18 – za późno, by dotrzeć do pierwszych domostw – 17 km. Odkładamy na jutro. Tymczasem kierowca (głupi) cofa się do punktu „O” tyłem, przez 2 godziny. Andrzej po wodę i spać. Planujemy jutro wyruszyć. Gdy Małgosię zapakowaliśmy w toyotę – daliśmy jej torbę z drobiazgami pozostałych (ja doniczkę). Przedwczoraj w czasie wieczornej ostrej wymiany – Andrzej powiedział, że idzie sam i wyrzuci leki, bo złe wzięliśmy (Sulfaguanidynę i węgiel). Wyrzucił ku oburzeniu pozostałych. Wczoraj dostał gorączki i prosił dyskretnie Mariolę o Sulfaguanidynę.
W nocy odjazd ok. 1.00 toyotami za 75 F.E = 20$. (Janusz załatwił z Tommym). Jedziemy wysokim tunelem w śniegu – nieprzejezdnym dla autobusu. Rowerzysta wyjechał wcześniej na rowerze. Po drodze zające - nasz kierowca buddysta (zdjęcie Dalajlamy – ołtarzyki w samochodzie) bardzo uważał, żeby jakiego nie przejechać. Jeden biegł 1/2 godz. drogą, w końcu kierowca spróbował wyprzedzić i potrącił go, kulawy biegł dalej wolno. Kierowca bardzo to przeżył, wyszedł z samochodu, obejrzał go, potem humanitarnie przejechał. 2 km przed hotelem – wypadek – najechali człowieka i owcę. Leżał wraz z kilkoma (pasterze) na drodze za mostem twarzą zwrócony do jezdni, zawinięty kożuchami. W pierwszej chwili wyglądało na śmiertelny uraz. Załadowaliśmy go do samochodu i zawieźliśmy do szpitala. Szpital w nocy zrobił na nas fatalne wrażenie. Minęło pół godziny zanim zajęto się przejechanym. Miał on uraz twarzo-czaszki i powoli spłycenie świadomości. W salach chorych – ciemno, jedno łoże i dwa, trzy wyrka z kożuchów. Lekarze w biało-szarych płaszczach na kożuszkach, jedna żarówka przy okiennicy, koza, maszynka na podłodze.
Do hotelu przyjechaliśmy około piątej rano. Hotel zamknięty. Położyliśmy się w piwnicznej salce, którą opuścili dopiero co kierowcy. Beton, w kącie kamienie i łeb barani. Ok. 10.00 wstaliśmy, nie mogąc spać. W bardzo dobrych humorach – uwolnieni z zasp. Mycie się. Zmęczenie straszne. Restauracja: piwo i gorący rosół. Miasteczko małe, typowe domki tybetańskie. Biedne. Sporo cinkciarzy. Obiad – kartofle z trzema jajkami. Kolacja – wspólna – suszony baran przyprawiony przez kucharza, chińskie grzyby mun, piwo, wymiana forsy, umówienie tragarzy. Sprzedałem latarkę, inni kurtki, kupiłem cukierki (brak glukozy), pół zeżarłem. Kolacja - herbata z mlekiem. Wróciłem do hoteliku o 11.30, Andrzej spał od 9.00.
Zobacz zdjęcia:
Tybet
Tybet - wybierz obszar, który cię interesuje:












































