W dniu 30 marca w sali Mazowieckiego Centrum Kultury na Elektoralnej odbył się niecodzienny koncert prezentowany przez unikalny zespół z Indonezji.
Warszawski gamelan i przyjaciele

JK2006-04-01 13:56:30
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 2.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
Gamelan – bo tak nazywa się tradycyjna indonezyjska orkiestra, ma swoją siedzibę w salach ambasady tego kraju w Warszawie. O zespół dba i zajmuje się jego PR pani Zelda Kartika. Muzycy, śpiewaczki i tancerka, to studenci wydziału muzykologii warszawskiego uniwersytetu. Przed koncertem i po nim, oglądać można było instrumentarium tego nadzwyczaj egzotycznego zespołu, które swymi pięknymi rzeźbieniami, złoceniami, czerwoną laką oraz polerowanym brązem, każdego urzekały. Słowo gamelan pochodzi od gamel – pałka i an – uderzać, co definiuje zespół jako złożony w głównej mierze z ideofonów – metalofonów i gongów oraz membranofonów – bębnów balijskich. Te ostatnie zdają się wywodzić z południowoindyjskich mridangamów.
Duży gamelan – a taki prezentowany był na koncercie – składa się z różnorodnych gongów. Jedne wielkie, zawieszone są pionowo, inne mniejsze (bonangi), umieszczone są poziomo i mają kształt kociołków. Należy jeszcze dodać, że strój wszystkich wymienionych instrumentów jest indywidualnie dobierany do każdego gamelanu. W największym gongu mieszka duch gamelanu i zawsze przed koncertem trzeba chwilą ciszy i skupienia złożyć mu uszanowanie.
Główną melodię wykonuje najczęściej bambusowy flet o nazwie suling lub niewielki chór. Tak było również na omawianym koncercie. Zespół gamelanowy charakteryzuje orientalna tonalność, najczęściej oparta na pięciu podstawowych tonach, a zasadniczym rytmem jest metrum 4/4.
Bardzo pięknie brzmiały wszystkie prezentowane utwory, a muzycy starali się dawać z siebie maksimum zaangażowania. Miałem okazję już wcześniej słuchać gry studentów i sądzę, że zrobili olbrzymie postępy, co głównie widać w technice gry, lekkości i uczestniczeniu we wspólnej ze słuchaczami zabawie. Wszyscy członkowie zespołu noszą piękne jawajskie stroje, co w zestawieniu z ich młodzieńczym urokiem wywołuje liczne brawa.
Mnie szczególnie podobał się utwór będący tłem do spektaklu w teatrze cieni oraz kolejny, nadzwyczaj rytmiczny, noszący nazwę „czółenko tkackie”. Pięknie i dostojnie zabrzmiał lebrang – utwór dworski, grywany dla sułtana.
Taniec z Bali prezentowała Monika Ostajewska, urodziwa, jak dziewczęta z owej zaczarowanej wyspy. Ozdobiona złotym kostiumem demonstrowała z pełnym przekonaniem taniec Sity z Ramajany. Była przy tym tak zalotna w delikatnych gestach rąk i mimiki, że nic dziwnego, iż na koniec porwał ją diabeł (Rawana ze Sri Lanki)A stało się to, gdy tylko przekroczyła linię koła, którą nakreślił dla niej Rama, przed udaniem się na polowanie. W drugiej części tańca wcieliła się w machającego groźnie skrzydłami Garudę, który starał się w czasie lotu wyzwolić uprowadzoną księżniczkę z łap demona. Niestety, ten jednak, tak jak poprzednio zwyciężył Dżataju – wielkiego ptaka, brata Garudy, tak i odpędził z połamanymi skrzydłami samego króla ptaków.
Orkiestra na koniec wykonała w głośnym tutti piękny współczesny utwór indonezyjski, będący chyba apoteozą muzyki gamelanowej. A później były już tylko brawa, brawa, brawa...
Zobacz zdjęcia:
Indonezja
Indonezja - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj





















