• Relacji z podrózy: 17350
  • Zdjęć: 123141
  • Podróżników: 28724
  • Porad: 18793
  • Postów: 115536
  • Tematów: 10546

Syria i Liban 2005 - część III

buza Wyświetlono: 1095 razy 2006-03-28 00:08:41
  Ocena:2.42 (130 głosów)


Syria i Liban 2005 - część III
www.buzar.skonet.pl

dzień 11
Rano Pijemy sok ze świeżych owoców i przepychamy się przez Der'a w kierunku autostrady. Dzisiaj w planach Liban.

Zgodnie z tradycją nieco błądzimy w okolicach Damaszku. Do granicy jednak tylko 200 kilometrów i wreszcie kole południa dojeżdżamy. O dziwo tym razem bez szutrów. Ale to wyjątek. Odprawa syryjska idzie jak z bicza strzelił. Dziewczyny jak zwykle flirtują z pogranicznikami a my w pół godziny i tylko za 4 dolary od motocykla załatwiamy wszystkie formalności. Tutaj po raz pierwszy słyszymy magiczne słowo "tryptyk" oznaczające zastępczy dowód rejestracyjny wystawiony nam przy wjeździe do Syrii. Swoje tryptyki musimy zostawić. Będzie to nas nieco kosztowało przy powrocie do Syrii. Ale inaczej nie można. Na tej granicy wszystkie druczki miały też wersję angielską. Do posterunków libańskich jedziemy przez ziemię niczyją dobre kilka kilometrów. Tutaj oczywiście kolejne dokumenty, opłata za ksero, 15 dolarów za ubezpieczenie. Gdyby nie morderczy upał te półtorej godziny na granicy libańskiej wspominalibyśmy z sympatią. Panowie urzędnicy, mówią dla odmiany po francusku (Liban był kiedyś protektoratem francuskim) i oczywiście po arabsku. Obsługują nas w pierwszej kolejności, pomagają w wypełnieniu wszelkich druczków. Dziewczyny cały czas siedzą na zewnątrz. Wypełniamy za nie dokumenty i nikt nie oczekuje, że się stawią do odprawy. Wśród przejeżdżających przez granicę siedzące przy motocyklach kobiety wzbudzają sensacje. Ludzie pozdrawiają, robią zdjęcia, a Libanki wysiadają z samochodów żeby motocyklistkom uścisnąć rękę. Przez chwilę był problem z dowodem rejestracyjnym Jarka. Bandit jest w kredycie i zamiast nazwiska w dowodzie ma nazwę banku. Na szczęście pomogło tłumaczenie na angielski upoważnienia wystawionego przez bank. Najważniejsze, że na tłumaczeniu była duża czerwona pieczątka. Jeszcze tylko wymiana pieniędzy i dziesięć kilometrów za granicą możemy zjeść obiad w przydrożnym barze. Jedziemy bocznymi drogami w kierunku miasta Baalbeek (Ba' labakk). Chcemy zobaczyć jak wygląda libańska prowincja. Właściwie niewiele się różni od syryjskiej. Acz pewne przebłyski cywilizacji widać. Choćby tak zwani leżący policjanci, czyli po prostu garby. Szkoda tylko, że nie oznaczone. Kilka razy musieliśmy awaryjnie hamować zanim się nauczyliśmy, że należy zwalniać i wypatrywać garbów przed każdym skrzyżowaniem. W większości wiosek i miasteczek mijamy zapory wojskowe, punkty strzeleckie z worków z piaskiem. Często obok stoją wozy pancerne lub czołgi.

W Baalbeek szybko znajdujemy imponujące ruiny świątyni Jupitera (Jowisza). Parking pilnowany przez wojsko - bez obawy zostawiamy motocykle z kaskami i idziemy zwiedzać.
Strona:  1, 2, 3, 4, 5


Oceń relację  


Dodaj nowy komentarz
Twoje imię:
Treść komentarza:

Wpisz wynik działania z obrazka:
SyriaWybierz obszar który Cię interesuje

SyriaChcesz wiedzieć więcej?
Zadaj Pytanie
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju