PĘTLA WOKÓŁ ISLANDII - CZERWIEC 2001 cz.II
aam Wyświetlono: 919 razy 2004-02-07 13:25:41![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.66 (59 głosów) |
Był to chyba najkrótszy nasz etap w całej naszej historii wypraw wielodniowych. Zaledwie 85 km.
V DZIEŃ: STARMÝRI – BREIÐDALSHEIÐI - 85 km
Był to chyba najkrótszy nasz etap w całej naszej historii wypraw wielodniowych. Zaledwie 85 km. Ale te 85 km okazało się być o wiele trudniejsze i bez porównania bardziej męczące niż np. 400 km, które przejechaliśmy w ciągu jednej doby w maju tego samego roku w Polsce.
A wszystko to za sprawą nieprzerwanie wiejącego wiatru, który z siłą huraganu spychał nas z drogi, a także z powodu przeprawy przez wysokie islandzkie góry.
Poranna pobudka nie była nazbyt pomyślna. Silny wiatr nie ustał, a wręcz się wzmógł. To, że nasz namiot nie został zmieciony wraz z nami do oceanu zawdzięczamy chyba tylko właściwemu usytuowaniu go w niszy skalnej, osłoniętej z trzech stron od wiatru. Pakowaliśmy się tego dnia z wyjątkową niechęcią, świadomi czekających nas trudów. Gdy wreszcie wsiedliśmy na rowery, okazało się, że aby ruszyć musimy ustawić nasze dwukołowce w stronę przeciwną do kierunku jazdy, gdyż tak właśnie wiał wiatr, który od razu porwał nas i rozpędził. Dopiero później, ostrożnie i z dużym wysiłkiem musieliśmy zawrócić na drodze. Start pod wiatr był kompletnie niemożliwy.
Jazda była prawdziwą udręką. Poruszaliśmy się z "zawrotną" prędkością oscylującą wokół 8-10 km/h, stale stawiając czoła wiatru. Przypominało to walkę Don Kichota z wiatrakami, ponieważ niezależnie od kierunku jazdy, a droga wiła się wzdłuż brzegu fiordów we wszystkich możliwych kierunkach, wiatr zawsze wiał nam w twarz lub spychał nas z boku na pobocze wiejąc po stokach gór w stronę morza. Zniechęcający przy tym był również fakt, że wszystko to działo się przy bezchmurnym niebie i pięknie świecącym słońcu - bez najmniejszej nadziei na poprawę.
Technika jazdy, która umożliwiała nam bardzo wolne co prawda, ale jednak poruszanie się naprzód polegała na parciu pod wiatr w kierunku środka jezdni, po czym poddaniu się żywiołowi spychającemu nas ku poboczu i odpowiednio szybkiemu, ponownemu naciśnięciu na pedały, by znów stawić czoła wiatru. W ten sposób poruszając się zygzakiem niczym wąż zbliżaliśmy się bardzo wolno do Djúpivogur. Technika ta była jednak związana z pewnym ryzykiem. Mocniejszy podmuch wiatru w czasie gdy pozwalaliśmy mu spychać się na pobocze, mógł spowodować wypadnięcie poza drogę, na kamienisty nasyp. Każdemu z nas zdarzało się to parokrotnie i tylko szybkie hamowanie uratowało nas przed upadkiem. Do czasu.
W końcu wyjątkowo silny podmuch wyrzucił Modego z taką siłą poza drogę, że ten nie zdążył się zatrzymać i wywrócił się na nasyp, rozcinając sobie przy tym rękę. Gdy pomagaliśmy mu ją opatrzyć jeden z rowerów - oparty o przydrożny słupek - został porwany przez podmuch wiatru i wywinął kilka fikołków w powietrzu, zanim spadł na kamienie po drugiej stronie drogi. Horror.
| Oceń relację |
IslandiaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju





















