... extrema na dwóch kółkach... RWM Bis 2002
ao Wyświetlono: 724 razy 2004-02-05 19:05:06![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.02 (49 głosów) |
Maj 2002 to okres długoweekendowych wyjazdów. Pierwszy - zwykle dłuższy - odbywa się na początku miesiąca w okresie, kiedy pierwszy i trzeci maja pozwalają na nawet tygodniowe przerwy w naszych obowiązkach, drugi pod koniec czerwca
Wykorzystując Święto Bożego Ciała i jeden dzień urlopu możemy spokojnie udać się na czterodniowy wypoczynek. Właśnie stąd wziął się tajemniczy skrót w tytule. RWM to nic innego jak Rowerowy Wyjazd Majowy, a Bis ... no to już chyba jest jasne.
Pomiędzy 30 maja a 2 czerwca kilkoro zapaleńców (między innymi ja) postanowiło zorganizować sobie maleńki relaks w postaci extremalnej, rowerowej czterodniówki w górach. Postanowiliśmy rozpocząć od krótkiego rekonesansu polskich górek, nadających się do uprawiania turystyki rowerowej. Nasza przygoda rozpoczęła się w Nowym Targu, który przywitał nas aurą niezbyt zachęcającą do podróży, a podróży na rowerach w szczególności. Niemiłośiernie lało, temperatura pozostawiała wiele do życzenia, a na domiar złego chmury pełznące po niebie nie zapowiadały poprawy pogody przez najbliższy miesiąc. Rzeczywiście, do końca wyprawy wskazania barometru w naszym GPS nie plasowały się nawet w strefie stanów średnich, co wiązało się z częstymi opadami. Fakt ten był bolesny szczególnie dla mnie, bo o ile nie przeszkadza mi przeciwdeszczowa kurtka, to długie spodnie, nawet te stworzone z myślą o rowerzystach są niewygodne i krępują ruchy.
Po godzinie deszcz przestał padać (chwilowo) i choć temperatura nie podniosła się, ruszyliśmy dalej. Naprawdę było na co popatrzeć, tym bardziej, że byliśmy podtruci jeszcze warszawskimi spalinami i otumanieni widokiem betonowych osiedli. Widoki były przepiękne i takie pozostały do samiuteńkiego końca wyprawy. Po lewej góry, po prawej góry, a w środku my. Szaleńcy w mokrych butach, na obładowanych rowerach, ale z wielkim zapałem i świeżym zapasem sił.
Wrażenie psuło jedynie podłoże, po którym się poruszaliśmy. Widok czarnego asfaltu niespecjalnie harmonizował z resztą krajobrazu i dlatego czym prędzej zjechaliśmy w boczną drogę, która szybko zmieniła się w stromy podjazd, a następnie w kamienisty, górski szlak. Nareszcie idea naszej wyprawy - extremum na rowerach - mogła być zrealizowana. Nadszedł czas aby oddzielić mężczyzn od dzieci. Rozpoczęły się monotonne, porównywalne do Syzyfowych, wspinaczki, karkołomne zjazdy po kamienistych, porytych błotem zboczach. Był to dla nas swoisty test. Sprawdzian wytrzymałości fizycznej i co ważniejsze psychicznej (dalsze etapy miały pokazać, że takich testów będzie jeszcze kilka). Generalna próba sprzętu, którego mieliśmy ze sobą sporo, bo poza rowerami taszczyliśmy jeszcze sakwy wypełnione odzieżą, sprzętem kuchennym, jedzeniem i miniwarsztatem rowerowym, pozwalającym w razie awarii dokonywać drobnych napraw. Na naszych garbach dźwigaliśmy też namioty, bo kto w takim terenie i o tej porze roku nocowałby w schroniskach? Suma sumarum, egzamin wypadł zadowalająco i po kilku godzinach wylądowaliśmy w malowniczo położonej miejscowości Huba.
| Oceń relację |
SłowacjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju


























