Autostop extremalny 2 - SOLO 1996 - dzień 6- 10
Pawel Palasz Wyświetlono: 536 razy 2006-03-06 20:12:40![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.10256410256 (39 głosów) |
Autostop extremalny 2 - SOLO 1996 - dzień 6- 10
http://autostop.republika.pl/
dzień szósty: Do Holandii
Szybko zwijam cały majdan, śniadanie i w drogę. Nie mam pojęcia jak daleko jest do stacji benzynowej, ale autostrada powinna być zaraz za torami. Decyduję się wyrzucić moją starą kerimatę, a zostawić sobie mniejszą, znalezioną po festiwalu.
Autostrada okazuje się trochę dalej niż przypuszczałem. Znajduję jakąś stację benzynową, ale to nie ta z mapy i poza tym jest na uboczu, czyli niewypał, niewielu jedzie stąd gdzieś daleko. Idę szukać dalej.
Trzy kilometry później:
Ogólna dezinformacja, pytani ludzie nie wiedzą nic o obiekcie moich poszukiwań lub wskazują przeciwny kierunek. Jacyś robociarze wreszcie kumają czaczę, ale mówią, że tam nie dochodzi stąd żadna droga. Naiwni, własnego kraju nie znają. Przechodzę przez pola, później przez jakiś parkan i jestem. Można jechać.
Zimny wiatr i mdłe słońce. Mija półgodziny. Wreszcie znajduje się Niemiec i jadę do Hamburga.
Nuda.
Na promie znów buja i wieje, zimno, i tak mam już katar a tu jeszcze taka pogoda. Trzeba jechać na południe.
Pod Hamburgiem spotykam jakiś dwóch Polaczków, jadących gdzieś tam niedaleko, za pracą, czy czymś równie beznadziejnym. Udaje im się kogoś namówić, ale facet odjeżdża im z plecakami na drugą stronę autostrady. Nie to żeby na złość, albo żeby ukraść, ale gość był chyba z obsługi i miał tam coś do roboty. Kolesie cali w nerwach. Nie wiem jak i czy odzyskali plecaki, bo wsiadam w mercedesa i wio! Czasami prujemy ostro ponad dwieście, przeważnie, gdy dochodzimy do dwustupiędziesięciu kończy się prosta i trzeba zwolnić na zakręcie. Poza tym facet ma komputer pokładowy orientujący się przez satelitę gdzie trzeba skęcić i jak przejechać przez miasta. Po prostu statek kosmiczny.
Następna stacja i już niedaleko do Holandii. Wysiadam i spotykam jakiegoś kolesia z Zabrza, wreszcie ktoś do rzeczy. Wyciągam moje piwa i skuna. Wiadomo, nie ma sensu wozić drewna do lasu i trzeba to jak najszybciej spożyć.
Stoimy sobie na wyjeździe ze stacji, kawałek przed autostradą, pijemy browar i palimy. Nie machamy prawie w ogóle, ale i tak dwa samochody nam się same zatrzymują. Nie ma jak Niemcy, jeżeli chodzi o stopa. Niestety jadą tam, gdzie nie trzeba.
Poszły moje dwa piwa i trzy fifki, a my się tak zagadaliśmy, że aż zaczął padać deszcz i trzeba się było schować. Na domiar złego przyjechała jakaś para świeżo z kraju i zrobił się tłok. Dobrze by się było iść pytać kierowców, ale koleś strasznie się ujarał i nie kojarzy co ma właściwie robić. Para Polaków w coś wsiada i za chwilę ja też wsiadam do angielskiego tira. Siedzę po lewej stronie, co sprawia, że czuję się jeszcze dziwniej. Kierowca zgadza się puścić moje kasety.
-Hey, listen to some polish music- mówi i zapodaje cały hałas przez CB do swojego kolesia w drugim tirze.
Problem zaś jest taki, że Anglik jest z Liverpoolu i akcent ma okrutny, w ogóle nie idzie go skumać. Więc często przytakuję tylko, nie wiedząc
Jedziemy do Holandii, a ja mam totalny humor i muszę zapisać to co mi się roi po głowie po inaczej zapomnę. Kurczę, jestem ujarany.
SKWAREK to skrót od Super KWAREK. - to jest to, co śmieszy mnie najbardziej. Teraz następuje filozoficzny moment, gdy muszę zdefiniować całą sytuację.
Gdy coś się robi lub widzi powstaje skojarzenie, a w stanie ujarania można zapomnieć czego dotyczyło i stanie się ono tym, a że świat istnieje, bo wszyscy w to wierzą to skojarzenie stanie się rzeczywistością i stąd biorą się nagłe zmiany sytuacji, lub raczej psychicznego do niej podejścia. . . .
. . . Jadę tirem i dlatego tak trzęsie. . .
Wjeżdżamy do kraju tulipanów, wiatraków, łaciatych krów, płaskiego, jak stół krajobrazu, piwa Heineken, legalnej trawy i wielu innych rzeczy.
Się ściemnia, ale jeszcze mogę dostrzec, że na jednej z kładek nad autostradą ktoś napisał po polsku, spray’em:
“ WITAMY W HOLANDII”
Wysiadam już po ciemku. Nie spiesząc się rozkładam namiot pomiędzy drzewami, po czym gotuję sobie zajebiste spagetti, z mięsem z puszki i z sosem. Taka wyżerka rzadko się zdarza, przy stoliku i w ogóle. Palę więc jeszcze skręta żeby dać sobie jeszcze więcej luksusu i idę spać.
dzień siódmy: Amsterdam
Budzi mnie gorąco. Przecieram oczka i wychodząc z namiotu widzę, że pogoda jest faktycznie słoneczna, jakiej na Zelandii nie miałem okazji widzieć. Zaczął się już niezły ruch i stacja, która była taka pusta, gdy na nią dziś w nocy przyjechałem, teraz tętni życiem.
Kawałek dalej, na ławce siedzi jakiś trzech kolesi i trzy plecaki. Polacy oczywiście, bo któżby. Jadą w trójkę już trzeci dzień, pełny masochizm. Zaczynam im opowiadać co i jak, a tymczasem jemy śniadanie. Oczywiście kończy się tym, że przypalamy trawę.
Umawiam się z nimi w Amsterdamie i idę coś łapać, bo już prawie południe.
Nic nie bierze, a w dodatku przyjeżdża jakaś para i zagęszcza i tak już ciężką sytuację. Kolesie na wylocie, ja i nowi przy dystrybutorach. Zwykła sprawa.
Wreszcie jadę. Następne dwa stopy i jestem w Amsterdamie, w dodatku w okolicach bazaru. Jeszcze nigdy tam nie byłem, ciekawe zresztą jak taki bazar wygląda na Zachodzie. A wygląda całkiem zwyczajnie, za to jest ciekawiej i tłok jest mniejszy.
Udaję się na dworzec i po drodze przypadkowo znajduję tani supermarket, w samym centrum zresztą. Co gorsza przechodziłem tam już tyle razy i dopiero teraz go odkryłem. Otóż mieści się on na tyłach muzeum Heinekena, łatwo trafić.
Na dworcu, w informacji zero wiadomości od kogokolwiek. Zostawiam kartkę, że jestem, ale bez większych nadziei. Pod informacją zaś siedzi na tobołach jakiś koleś, który okazuje się być słowackim Węgrem i który przyjechał tu znaleźć jakąś pracę. Udaje mi się go namówić by pójść na miasto. Skutkiem czego zostawiamy większość rzezy w przechowalni i idziemy po piwo do wspomnianego wcześniej supermarketu. Punktem zasadniczym wycieczki jest zaś Leidse Plain - plac w centrum, jedno w miejsc, gdzie koncentruje się wieczorami życie.
Siadamy pod drzewem, naprzeciwko “Bulldoga” i otwieramy pierwsze piwa. Jacyś kolesie kawałek dalej grają na gitarach znane kawałki. Węgier pomyka, żeby z nimi pogadać i ja też przesiadam się bliżej. Okazuje się, że to Anglicy na turnee. Zarabiają graniem i przenoszą się z miejsca na miejsce. To znaczytaki jest ich plan, bo na razie dużo nie zjeździli, bo właśnie zaczynają.
I used to love her, but i had to kill her- śpiewa jeden z nich, a jakaś starsza pani na te słowa odwraca się zdziwiona i przestraszona. Nie słyszała nigdy o Guns’n’Roses, czy co?
Przychodzą jacyś kloszardzi i gdy zaczyna być trochę zbyt gęsto, więc przenosimy się z Angolami do coffee shopu Abraxas. Prócz naszej czwórki i barmana we wnętrzu jest jedynie jeden facet przebrany za kobietę, gość musi być mieć niezłą jazdę bo uśmiech się do sufitu i wcale nie chce nikogo z nas podrywać. Wcale nas to nie martwi.
Na spółę z Węgrem kupujemy skuna, tamci też coś. . . i tak mija kilka chwil i parę momentów. Naspawany totalnie Madziar wychodzi do kibla i jakby go wcieło. Według mnie przeniknął przez ścianę i idzie dalej. Angol twierdzi jednak, że tamtem zdecydowanie wyfrunął oknem. Mylimy się, bo tamten wraca.
Wreszcie Anglicy postanawiają iść grać w Dzielnicy czerwonych świateł, a ja za to chciałbym znaleźć jakąś tanią knajpę i to z dobrą muzyką. Wychodzi jednak na to, że włóczymy się we dwójkę z Węgrem nad kanałami i próbujemy schować przed deszczem. Zawadzamy więc o MacDonalda, żeby się ogrzać, ma się rozumieć.
Zdesperowany wchodzę do Hard Rock Caffee i kupuję nawet sobie piwo za cztery gucie. Jest tam jednak zbyt sztywno (i drogo), po za tym Węgier zaczyna mi działać na nerwy. Wyraźnie przyświecają nam inne cele i musimy się rozdzielić. Pytam jakiegoś miejscowego o alternatywne miejsce i dostaję namiar na knajpę o nazwie ”Korsakoff”. Brzmi nieźle, idę tam uwalniając się przy okazji od Madziara. Miejsce okazuje się zajebiste, choć na razie mało tam ludzi. Siadam na scenie i skręcam jointa, piwo kosztuje mnie ‘tylko’ 3 guldeny. Tanio jak na Amsterdam.
Tymczasem zaczynają przychodzić ludzie i nawet ktoś próbuje tańczyć. Muzyka jest raczej ostra i po paru kwadransach salka zapełnia się totalnie. Koło północy jest już regularny odlot.
dzień ósmy: Amsterdamned
Zmęczony i nieco ogłuszony zmywam się koło drugiej. Gdy zastanawiam się nad noclegiem na myśl przychodzi mi tylko Vonderpark, Anglicy gdzieś tam mają spać w namiocie. Może ich znajdę. Po drodze zgarniam kilka kartonowych pudeł, przydadzą się do odizolowania mojego cennego ciała od wilgoci (kerimata została na dworcu). A pogoda znów jakby gorsza i zaczyna mżyć, coś kiepskie lato tego roku. Ale wiadomo: zima wasza, wiosna nasza, a lato muminków. Tymczasem wraz z kartonami pod pachą wnikam do parku. Światła z latarni obijają się w mokrym chodniku, ale między drzewami jest raczej ciemno i nie wiadomo co się tam czai. Nad jeziorkiem znajduję w miarę przyjazną trawę pod rozłożystymi drzewami zresztą. Okazuje się, że nad brzegiem śpi już kilku Murzynów. Na ławce też ktoś kima, więc idę kawałek dalej i intaluję się kartonowym tunelu. Jeszcze nigdy w czymś takim nie spałem, ale okazuję się, że jest całkiem wygodnie i nie pada na głowę.
Budzą mnie jakieś głosy, to policja budzi tych gości z nad brzegu.
-. . . jesteście Holedrami ?
- nie, Polakami - któryś z nich odpowiada.
Oczywiście. Jak mogłem pomyśleć, że to Murzyni. Tymczasem zachowuję spokój myśląc, że może uda mi się przetrwać niezauważonym. Niestety latarka zostaje skierowana także w moją stronę.
- Nie możecie tu spać, to jest niebezpieczne. Idźcie gdzieś indziej!
Zabawne. Muszę jednak wyjść z ciepłego śpiwora, ubrać się i pomyśleć o takiej kryjówce, gdzie policja już mnie nie wyśledzi.
-Hej, cześć!!! - wołam do tamtych gości. To ci sami, których spotkałem rano na stacji benzynowej plus jeszcze dwóch. Razem przenosimy się w najbliższe krzaki. O wiele gorszy teren, zero trawy i musimy uważać, czy nie ma tam jakiegoś kału. Jebana policja.
Deszcz bębni o wierzch mojego kartonowego schronienia, pełny surviwal miejski.
Wstajemy koło dziewiątej. Rzucam pomysł, co by iść do muzeum Heinekena i opić się. Przyjęty, jednak najpierw udajemy się smętnie do supermarketu w celu spożycia śniadania. Kolesie wynoszą mnóstwo rzeczy.
Okazuje się, że coś się pozmieniało i pierwsza tura już weszła. Do muzeum wchodzimy z większym tłumem, z portretów patrzą się na nas trzy pokolenia Heinekenów. Szybkie zwiedzanie. Kiedy wynaleziono piwo, jak się je robi, pierwsza butelka Heinekena i tym podobne rzeczy. Siadamy na podłodze, a lampa oświetla odpowiednie miejsce na półce z eksponatami, gdy przewodniczka właśnie mówi o czymś konkretnym. Nie jest to męczące.
Wielki na całą ścianę ekran pełny wirujących butelek z piwem, taśma produkcyjna , oszałamiające.
Wreszcie przychodzimy do pubu. Finałowa część wycieczki - degustacja.
- Czy ktoś ma jakieś pytania?
Cisza, jedynie jakiś natręt zaczyna o coś wypytywać. Wszyscy czekają zniecierpliwieni, my chyba najbardziej. Następne pytanie to już przegięcie, nasz czas ucieka.
- Czy są jeszcze jakieś pytania ?
- Nie !!! - odpowiadam.
Nie dają nam usiąść osobno przy małych stolikach, także na nas sześciu przypada tylko jeden talerz z serem i chrupkami. Wycwanili się. Kelner też nie jest zbyt szybki, musimy czekać na następne piwa. W takich okolicznościach nie można dużo wydoić.
Wychodzimy rozczarowani. Osobiście wypiłem tylko cztery. Fakt, że niezbyt się czuję, ale nawet gdyby nie to, to i tak bym więcej nie mógł, z przyczyn zewnętrznych.
Znów wchodzimy do supermarketu. ‘Chlopcy’ wynoszą jakieś kabanosy, ale sprawiedliwie dzielą między wszystkich. Idziemy na skwer, nad kanałem. Słońce już nieźle daje i można odtajać po zimnej nocy i jeszcze zimniejszym dniu wczorajszym.
Z jednym z kolesi, mimo wysokiej ceny postanawiamy iść do muzeum Van Gogha. Przed wejściem bardzo ostro przypalamy i gdy oddaję rzeczy do szatni moja ręka zaczyna dziwnie drżeć, jednym słowem : walnęło.
Oglądamy obrazy, nie tylko samego Van Gogha, ale także wielu innych impresjonistów. Plamki światła układające się w lilie wodne. Renoir, Monet, za dużo by wszystko zapamiętać. Trochę kręci mi się w głowie od grassu, więc niezbyt mogę się skoncentrować w pierwszych kilku salach. Wiedziałem, że w końcu mnie zacznie zwalać z nóg, postanawiam dać sobie spokój z paleniem na jakiś czas. Tymczasem podziwiam dzieła impresjonistów.
Po dawce sztuki spotykamy się z resztą i idziemy na bazarek. Słońce świeci dość mocno, a ja czuję zmęczenie po kilku ostatnich intensywnych dniach. Następny punkt programu: wyspać się. W tym to zbożnym celu udaję się znów do parku i zakopuję się w śpiwór. Zaczyna wiać potężny wiatr i nie idzie zasnąć. Wicher hula nawet wewnątrz. Czuję, że muszę pojechać do cieplejszych krajów. Może w Brukseli byłoby cieplej. . .
Do reszty rozdzielam się z resztą brygady i idę na Leidse Plain. Tam znów ci sami Anglicy grają te same kawałki, jakiś koleś żongluje pochodniami. Zagaduję dwie Holenderki, które obiecują przyjść do ‘Korsakoffa’. Wreszcie jest już dostatecznie ciemno i późno, żebym sam tam poszedł. Jest jednak zbyt wcześnie i knajpa jest prawie pusta, tylko jakiś koleś tańczy na środku, na wrotkach. Przewraca się co chwilę, ale udaje, że niby specjalnie. Wreszcie przychodzi więcej ludzi i zaczyna się impreza, jak wczoraj. Wypijam swoje piwa, które nosiłem przez cały dzień w plecaku i nie miałem siły wydoić.
Wokół typowi Holendrzy, wysokie tyki z płowymi włosami. Jakaś dziewczyna, później się okazuje się, że jest z chłopakiem. Cholerny świat.
dzień dziewiąty : do Londynu
Zamykają knajpę o trzeciej w nocy i wszyscy wysypują się na zewnątrz. Zaczynam rozmawiać z jakimiś Niemkami i oczywiście jedna z nich okazuje się Polką - emigrantką, z kolczykiem w języku zresztą. Przyplątuje się też jakiś Holender i Włoch-pedał, w takm składzie idziemy szukać następnego pubu.
Pub okazuje się nielegalnie otwarty, bo jest już po jakiś tam godzinach określonych w ustawie. W środku jest biba dla wtajemniczonych, ale nas nie chcą wpuścić, pewnie dlatego, że nie jesteśmy wtajemniczeni. Włoch się zmywa, a wokół jacyś ludzie jeżdżą na rowerach i nic nowego się nie dzieje.
Następny punkt programu: sklep nocny. Holender kupuje trochę piwa, tymczasem ja zauważam świeżą prasę : Jelcyn wygrał wybory !!!
Idziemy do Vonderparku, wydaje mi się, że już kiedyś w nim byłem, ale to pewnie deja vu. Siedzimy sobie nad jeziorkiem sącząc piwo, wokół pływają kaczuchy. Opowiadamy kawały i chrzanimy głupoty, jak to w takich sytuacjach.
-wiecie, ja tak naprawdę to jestem poważnym człowiekiem, studentem i w ogóle - mój wygląd nie potwierdza słów. Podarta, brudna dżinsówka, podobne spodnie, zniszczony plecak i wiatr w długich włosach.
-tak, a ja umiem latać- mówi Holeder, czym totalnie mnie wkurwia , głupi ciołek.
-nie wierzysz? Zobacz moją legitymację studencką. Już trzy lata na informatyce. -mówię pokazując stosowny dokument. Musiałem się jakoś podbudować przed tym łosiem, sam nie wygląda na żadną szkołę, a się mądrzy, cynglarz.
Mija kolejna porcja czasu i prawie udaje mi się skończyć piwo. Kto by pomyślał, że się będę tak męczyć nad jednym browarem. Tymczasem Holender zaczyna obśliniać się z jedną z Niemek i rozmowa się urywa.
Słońce już z lekka wstało, liście szumią, mgła się podnosi, a tu zza drzew wyłania się jakaś postać niosąca ciężkie torby. Błysk światła na okularach : Imri, Węgier ze Słowacji, nieszczęsny tułacz, co za chlebem wyruszył. O dziwo cieszy mnie jego widok, bo mam już z lekka dosyć dotychczasowego towarzystwa, które zresztą właśnie się zwija. Mam trochę spokoju i próbuję się wyspać, czeka mnie dziś długa podróż. Gdzie i kiedy znów się zdrzemnę, tego nie wie nikt.
Słoneczko już wysoko i najwyższy czas coś zrobić. Najpierw śniadanie - czyli wizyta w supermarkecie. W prezencie daje Imriemu kilka bułek, niech pożyje jeszcze ze dwa dni.
Znów wylotówka, 8 minut i jadę, stacja benzynowa. Na stacji para Polaków jadących do Paryża, zabieram się przed nimi. Wiezie mnie jakiś koleś od reklam telewizyjnych, oczywiście był niedawno w Polsce itp. więc jest o czym pogadać. Następny przystanek, już daleko od miasta, obok widać wiatrak. Normalny wiatrak, taki jak u Don Kichota, więc od razu tam idę. Drugie śniadanie pod wiatrakiem, ostatnie piwo, wokół teren płaski jak patelnia- Holandia. Już nie długo. Do Belgii tylko kawałek, jak wiadomo w Beneluxie, wszystko jest niedaleko. Teraz trzeba tylko dobrze wsiąść.
Anglik jadący tirem, niestety niewypał. Później jakaś kobieta jadąca na festiwal do Ostendy zabiera mnie pod samą belgijską granicę. Nawet zastanawiam się nad tym festiwalem, ale w sumie dość już mam takich imprez, Londyn jest dziś moim celem.
Wysiadam na wielkiej stacji i już czas na małe co nie co. Zresztą trzeba się doprowadzić do porządku. Siadam z dala od jakichkolwiek samochodów i gotuję sobie chińską zupkę, aż oczy robią mi się trochę bardziej skośne.
Po jakiejś półgodzinie, jestem dostatecznie wyluzowany żeby wysilić swoje szczęście. Pierwszy samochód jaki mi wpada w oko to ciężarówka na angielskich numerach.
-Cześć, jedziesz do Anglii?
-Tak - zaciekawienie w oczach
-Znalazło by się miejsce dla autostopowicza?
-Pewnie. Ale ruszam dopiero za półgodziny
- Nie ma sprawy, mi się nie spieszy
No to prawie jestem w Anglii, siadam wygodnie w szoferce i czekam aż tachometr pozwoli nam jechać.
Oczywiście w Belgii gubimy drogę i dojeżdżamy aż nad samo morze. Mijając wydmy, między którymi czasami migną fale wracamy na autostradę. Gdzieś w pobliżu jest Ostenda i jej festiwal, lecz nie dane mi będzie oglądać jeszcze raz tych samych zespołów, szykuje się bowiem Bitwa O Anglię. Z opowieści wiem, jak ciężko jest się tam dostać zwykłemu stoperowi.
Wreszcie Francja. Po drodze dowiaduję się, że mój obecny szofer, niejaki Malcolm, zajmuje się kręceniem reklam samochodów i nawet właśnie wiezie jakąś sportową brykę. Dla mnie to ona może być równie dobrze kradziona, a on zwykłym kurierem, czy przemytnikiem. Tego przecież nie mogę wiedzieć.
Zasypuje mnie szczegółami technicznymi, ale ja bym tego nie zczaił nawet po polsku. W takiej motoryzacyjnej atmosferze dojeżdżamy do Channel Tunnel. Wszystko jest gdzieś daleko od cywilizacji i gdyby bilety okazały się zbyt drogie miałbym problemy żeby stąd wrócić. Zaczyna się ściemniać.
W Duty Free są same alkohole, no są jeszcze chrupki, ale niezbyt smaczne. Kupuję sobie Johnnie Walkera, w przeliczeniu za 25 zł, taniej niż litr wyborowej. Malcolm na moje konto może kupić więcej papierosów, które opyli jakiemuś kumplowi. Każdy ma jakiś zysk. Teraz tylko kwestia kosztów przebrnięcia tunelu.
Na szczęście okazuje się, że pasażerowie jadą za darmo, liczy się bryka. Jeden kłopot z głowy. Dalej francuscy celnicy. Malcolm ma w papierach, że jedzie z Amsterdamu, więc od razu szykuje się małe fiskanie. Idę do biura z plecakiem, który zostaje tam wywrócony do góry nogami, żabojady robią prawdziwy sodom.
Gdy chcą przeszukiwać mi kieszenie, więc podnoszę ręce na boki.
-Spokojnie, opuść ręce! Nie jesteśmy z KGB. -burzą się. Nie wiedzą, że ten odruch pochodzi ze zwykłego przechodzenia przez bramkę w Hadesie. Przeszukiwanie trwa dalej.
Mój błąd polega na tym, że mam jakieś lekarstwa w nieoznaczonych pojemnikach. Nad głupim Rivanolem tracą dwadzieścia minut. Muszę tłumaczyć co to i po co, ale i tak zastanawiają się czy zrobić analizę chemiczną. Znajdują fifkę, obwąchują i muszę się przyznać, że paliłem hasz, ale tylko w Amsterdamie oczywiście. Celnik pyta jak to jest, mówię, że jak po dwóch piwach.
Ledwo udaje mi się złożyć wszystko do kupy. Samochód Malcolma też został z lekka przenicowany. Sto metrów dalej celnicy angielscy. Ci to dopiero robią szopkę.
- Przecież przed chwilą nas przeszukiwali Francuzi, możecie się chyba ich spytać.
-Tak, ale my szukamy innych rzeczy - na tym kończy się rozmowa
Znów to samo tylko dwa razy gorzej. Jednak najpierw kobieta od emigracji bierze mnie w swoje obroty. Nie mam zaproszenia, ale z Malcolmem ułożyliśmy wcześniej bajkę, że poznaliśmy się rok temu i on mnie teraz wiezie do siebie. Ta faszystka jednak niezbyt w to wierzy, próbuje nas skonfrontować. Później następuje liczenie moich pieniędzy : peset, franków i innych, przygotowanych na każdy kraj do którego chcę jechać. W sumie sporo, ale nie dla nich.
Niepotrzebnie mówię, że chcę później jechać do Hiszpanii, bo oczywiście według celników mam za mało szmalu. Dobrze, że nie powiedziałem o planowanych zakupach w Andorze.
Znów sodom z moim plecakiem. Tym razem jeszcze dokładniej. Rozwijają śpiwór. Piach, jeszcze z podkopenhaskiej plaży rozsypuje się po podłodze, dobrze im tak.
Przeszukiwanie trwa i trwa. Malcolm ma dosyć, niedługo ostatni pociąg, zresztą jest już późno, a w domu czeka żona. Wreszcie dostaję stempelek i w drogę, przy tym prawie zapominam paszportu.
Wsiadam do samochodu i zaczynamy kląć na tę dziwkę z biura emigracyjnego. Tymczasem przyjeżdża Le Shuttle i wjeżdżamy do wagonu. Wagon to tylko okratowane podwozie, my będziemy siedzieć w restauracyjnym. Co więcej, kierowcom Tirów, a więc i mi przysługuje obiad. Ile kto da radę.
Malcolm opowiada jakiemuś brzuchatemu kierowcy o ogólnym horrorze na granicy, a ja wcinam łososia z ziemniakami. Idę do łazienki i moje odbicie w lustrze wygląda nadzwyczaj kiepsko, kelner chyba to też zauważył, bo przynosi mi drugą porcję, tym razem cielęcinkę. Jeszcze kawa i ciastka, luz.
Półgodziny, rekordowy czas, i już jesteśmy na wielkiej wyspie jadąc, jak to tutaj, po złej stronie drogi. Czuję się trochę jak Alicja po drugiej stronie lustra ( nie mirror, ale looking glass - poprawia mnie Malcolm ). Z ciekawostek, dowiaduję się, że policja w Anglii pomyka sportowymi brykami i nie ma zmiłuj.
Próbuję dodzwonić się do kumpli w Londynie, ale nikt nie odbiera. Malcolm rozmawia z żoną, ale ta nie zgadza się, żebym u nich nocował (remontują mieszkanie). Tak dojeżdżamy na przedmieścia. Wysiadam otępiały i zmęczony po ostatnich przeżyciach. Jeszcze kilkanaście godzin temu piłem piwo w Amsterdamie. Teraz sytuacja jest z lekka inna. Nowy kraj, środek nocy, a tu tylko ja i mój plecak.
Na stacji benzynowej nabieram wody, idę kawałek dalej i rozbijam namiot pomiędzy drzewami.
dzień dziesiąty: Londynu
Budzi mnie hałas z pobliskiej budowy, Otwieram oczy i widzę, że słońce świeci przez tropik do środka namiotu, czyli wreszcie jest ładna pogoda. Wychodzę na zewnątrz i przeciągając się zdaję sobie do reszty sprawę gdzie jestem - kurwa, jestem w Anglii !!! -
W promieniach planetki, która niestrudzenie kopsa żaru składam co prędzej namiot, żeby jakiś Bobby się nie przyczepił. Dopiero wtedy jem śniadanie i zastanawiam się co dalej. Najpierw przydało by się skontaktować z Krzyśkiem, który mieszka gdzieś w Londynie i następnie załapać się do niego na chatę.
Próbuję iść piechotą, ale tutaj odległości są podawane w milach więc wszędzie jest o połowę dalej. Wsiadam wreszcie do metra, kupując wcześniej bilet na cały dzień. Wychodzi tyle co 3 przejazdy, a coś mi się wydaje, że w tym dziwnym kraju, a przynajmniej w tym jeszcze dziwniejszym mieście jeździć za darmo może być wyjątkowo trudno. Do takiego myślenia skłania mnie wczorajsze przejścia na granicy.
Trochę zamieszania z metrem, nieco kręcę się w kółko. Wreszcie jestem w Hackney, skąd dzwonię do kumpli, ale tam oczywiście nikogo nie ma, co było do przewidzenia zresztą. Może im wyłączyli telefon. Na wszelki wypadek znajduję dom, w którym mieszkają. Jakiś ąsiad stwierdza, że nie widział żadnego z nich od dwóch tygodni. No to nie mam noclegu, przynajmniej tego, o którym myślałem, że go mam.
Następny cel: metro. Później centrum i przechowalnia bagaży. Nie chciałbym znów mieszkać na ulicy, tak jak w Amsterdamie. Jednak na wszelki wypadek, okiem znawcy oceniam możliwości rozbicia namiotu w parku, który mijam.
Metro jest śmieszne, rączki są w postaci kulek na sprężynach, podłoga jest drewniana. A może tylko trafiłem na jakiś zabytkowy wagon.
Jestem na stacji Viktoria, wokół ruch jak na bazarze Różyckiego. Stacja jest wielka i nie wiadomo, gdzie północ, tymczasem ja muszę odnaleźć jakieś info o kempingach. Wychodzę na zewnątrz i już pojawiają się wokół mnie totalne zabytki. W ogóle to czuję się jak na jakiejś pocztówce. Ulicami jeżdżą piętrowe, czerwone autobusy, oraz czarne, limuzyniaste taksówki. Na rogach ulic stoją policjanci w wielkich. . . no, czymś na głowie, za to policjantki w melonikach. I fajnie jest.
W informacji nie wiedzą nic, co by mnie doinformowało. Miejsce w schronisku, czy w hotelu to nie to czego szukam. Jakiś koleś daje mi ulotkę o kempingu, jedyne 5 funtów za dzień. Tylko jak tam dotrzeć? Metrem na Liverpool, później autobus 52B. Niestety moja karta jest tylko na metro. Z Liverpool station próbuję iść piechotą, ale jak mówiłem tu wszystko jest w milach, a w związku z tym dalej. Muszę w końcu kupić bilet.
Docieram do kempingu i nawet gdyby się udało rozbić za darmo, to nie mam siły na podchody. Zresztą koszt jednego dnia to 5 funtów, da się wytrzymać. Przysługuje darmowa przechowalnia bagaży (kemping jest prawie nie ogrodzony). Na kempingu mnóstwo Polaków, głównie dzieciaki i licealiści, ogólnie jakaś kolonia czy też obóz. Jeden gościu z obsługi jest Polakiem. Dowiauję się, że nie łatwo jest się tu załapać na robotę, która jest tylko symbolicznie opłacana, ale za to można później co roku mieszkać tu za darmo.
Rozbijam namiot i wreszcie biorę porządny prysznic. Ostatnio myłem się w Roskilde. Ile dni temu? Będzie już ze sześć. Na koszt firmy można korzystać z gazu, więc gotuje sobie spaghetti z puchą mięsa. Z sąsiedniego namiotu słychać jakieś chichoty. Niemki. Wyglądają z namiotu przez wywietrznik.
- Co za dziwną potrawę jesz?
- Włoskie spaghetti z niemieckim mięsem. - Odpowiadam zgodnie z prawdą. Mogłem jeszcze powiedzieć, że w polskiej, osmolonej dymem z ogniska, trzydziestoletniej chyba menażce, którą dostałem od starego.
Koleżanki zza Odry pracują w Zamglonym Mieście, jak się okazuje w charakterze obsługi szmaty do podłogi i zarabiają tyle, że palcem bym nie kiwnął na ich miejscu. I w dodatku mają dług za kemping. Wegetacja. Częstuję je Jasiem.
I tak upływa wieczór, nigdzie nie idę, pierdolę to, mam dosyć. Zresztą znów musiałbym kupować bilet na autobus. Niemki mają haszysz, ale nie chcą się podziałkować, zresztą nie mam ochoty dymić czymkolwiek. Ale swoją drogą to chamstwo.
Dzwonię do Patrycji do Cantenberry. Nie ma jej w domu. Znów pech.
| Oceń relację | ![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
Wielka BrytaniaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
-

zenoneusz -

Yvo5 -

overrid... -

rafamado -

sol -

Cuoricina -

mrufkaz -
serafin100 -

rose377 -

lazarusek -

Liberwig -

martakodus -

Replay -

diste01 -

nowela














































