Autostop extremalny 2 - SOLO 1996
Autostop extremalny 2 - SOLO 1996

Pawel Palasz2006-03-06 20:08:27
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 4.67 z 5.00. 3 głosów oddanych
wypiciu i rozdaniu kilku piw wychodzę nawylot. Pięć minut i jadę do Kopenhagi. Kierowcy sprezentowuję jeszcze jedno piwo, będzie lżej nieść.
Wysiadam o rzut oszczepem od Christianii, najpierw jednak muszę coś przekąsić i kupić jedzenie na drogę. Supermarket.
Mam jedzenie, ale nie udaje mi się nigdzie zdobyć choćby łyżki. Muszę jakoś inaczej poradzić sobie z sałatką. Siadam na ławce w parku, koło jeziora pełnego kaczuch. Wmuszam w siebie kolejne dwa piwa. A deszcz pada i drzewo nade mną zaczyna przemiękać, trzeba iść. Gdy pomykam pogoda się poprawia i nawet się rozsłonecznia. Christiania wygląda jak w zeszłym roku. Ludzie z Roskilde wypełnili wszystkie bary i koffee shopy. Na bazarku takie same słoje z grassem i płaty haszyszu, pamiątki, koszulki, fajki, wisiorki itp. Kupuję Super Skunk za 50 koron (normalnie 60, ale facet nie miał wydać) i idę na główny placyk. Stamtąd dalej, nad jezioro. Z góry oglądam cały teren. Wygląda to dziwnie : anteny satelitarne na dachach squatów, fastfood, pizzernia, KOMERCJA. Jedyną różnicą jest to, że można tu spacerować ze skrętem i nikt się nie przyczepi. Choć podobno po Roskilde policja potrafi zrobić nalot na turystów. Bananowa młodzież z festivalu spala grass, słońce świeci, a ja idę powłóczyć się po squatach.
W ogóle, nastąpiły chwile marazmu i stagnacji, chyba czas zmienić kraj. Zresztą z kim nie rozmawiam,
okazuje się Norwegiem. Z kilkoma nawet palę skręta i rozczęstowuje dalsze dwa piwa. -Kurva matz !- to miejscowi, starzy żule klną po polsku obalając jabola.
W sumie nie ma z kim pogadać. Norwegowie myśleli, że też jestem Norwegiem tylko się zgrywam. Dziewczyny, z którymi zacząłem rozmawiać (Norweżki) gdzieś się zmywają (do Norwegii). Czas wymiękać. Jedyny zysk z tego polega na tym, że kupiłem sobie fajny kapelusz ( i skuna). Z miasta wyjeżdżam pociągiem podmiejskim, niestety muszę wysiąść w połowie i czekać na następny, bo zauważam kanara. Nie jestem jedynym, który musi tak robić. . .
Wysiadam w nadmorskim miasteczku, żeby tam przenocować na plaży. Nie będę przecież się tułał po autostradach, potrzebuję trochę przestrzeni i przyrody. Morze nie jest daleko, może ze dwa kilometry, jednak bagaż mam potężnie ciężki. Cały czas myślę, co zrobić ze zdobytymi namiotami.
Na plaży pusto. Wzdłuż brzegu, na piasku leżą poprzechylane na boki żaglówki i łodzie. Pozbawione swojego żywiołu, beznogie. Fale ślizgają się cicho zaledwie kilka metrów dalej.
Rozbijam jeden z ‘nowych’ namiotów. Luksus. Własny śpiwór, delikatna pogoda i jedzenie. Jutro może już Amsterdam. Po chwili przychodzi jakiś gość z pieskiem. Zaczynamy rozmawiać. Zwykła rozmowa, skąd dokąd i w ogóle. W efekcie sprzedaję mu namiot za sto koron. Jednego kłopotu mniej. Gdy facet wraca z pieniędzmi przynosi jeszcze kilka jogurtów i. . . piwo. Shit. Już nie mogę pić, będę musiał dźwigać ze sobą, no bo przecież nie wyrzucę.
Tymczasem fale szumią, a ja zdejmuję buty i wchodzę po kolana w totalnie zimną wodę. Żadnych ludzi. . . żadnego hałasu. . . wypalam skręta.
Bilans jest taki:
-Byłem na największym
-Widziałem superanckie kapele
-Wypiłem hektolitry piwa
-Mam drugi namiot, kapelusz, skuna i piwo
-Praktycznie nic nie wydałem
Na razie nie mam większych zastrzeżeń. Fizycznie jestem prawie O. K. , psychicznie lepiej, społecznie mogłoby być lepiej, jednak kiedyś się rozkręcę.
Jutro chciałbym zrobić dzień bez piwa, ale już wiem, że się nie uda.
Zobacz zdjęcia:
Holandia
Holandia - wybierz obszar, który cię interesuje:









































