Rowerem po Austrii
szooba Wyświetlono: 3414 razy 2004-01-27 15:40:30![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.98 (61 głosów) |
Wyprawa rowerowa Katarzyny i Jakuba Szumielewiczów po Austrii. Pokonane ponad 1000 km w dwa tygodnie i zdobyte dwa dwutysięczniki w upalne lato 2002 roku.
Pusta falująca droga, otoczona zewsząd
posępnie wyglądającymi szczytami, soczysta zieleń traw i bicie własnego
serca, znużonego upałem - tak wyglądały typowe godziny spędzone latem 2002 roku
na rowerze w Austrii.
Wyprawa ta jest dla nas, dla mnie i mojej żony Kasi, prawdziwym sprawdzianem umiejętności rowerowych i … hartu ducha. Sprostanie wyzwaniu, które przed sobą stawiamy nie jest wcale oczywistą sprawą. Jeszcze nigdy nie wspinaliśmy się rowerem tak wysoko przez tak długi czas. Bierzemy pod uwagę, że możemy wrócić na … tarczy, zamiast na rowerze. Głównie z tego powodu wyprawa ta jest poprzedzona szczególnie drobiazgowymi przygotowaniami.
W ustalaniu trasy korzystamy z relacji z wypraw rowerowych zamieszczonych w Internecie, przewodników, map oraz materiałów, które otrzymaliśmy z Austriackiego Ośrodka Informacji Turystycznej. Jeszcze w kraju kupujemy
bilet PKP Austria Spezial, z którym możemy za 660 zł w obie strony dojechać aż 400 kilometrów od granicy austriackiej. Zaplanowana przez nas trasa przebiega przez większość kantonów austriackich. Kolejno są to: Styria,
Karyntia, Salzburg, Górna i Dolna Austria.
Pierwszego dnia, w sobotę rano, wyruszamy pociągiem z Warszawy. W Wiedniu mamy przesiadkę. Jedziemy dalej aż do Unzmarkt. Miły konduktor pomaga nam
przy wysiadaniu i pyta, dokąd jedziemy. Jak mówię mu, co planujemy na najbliższe dwa tygodnie, to wraz z maszynistą parska szczerym śmiechem i dodaje: „Życzę szczęścia, będziecie go potrzebować”. Po tych słowach „otuchy”
naprawdę nie wiemy, czy nie powinniśmy obrócić się na pięcie i wrócić do domu. Jednak zbyt długo jechaliśmy, aby nawet nie spróbować. Unzmarkt to najdalej położona mieścina, do której PKP przewozi za dość rozsądne pieniądze.
Jest to mała wioska, która nie ma oświetlonych ulic. Już po 23 wieczorem – zbyt ciemno, by znaleźć jakiekolwiek miejsce na rozbicie namiotu. Zdesperowani prosimy pracownika kolei, żeby pozwolił nam przenocować na karimatach w dworcowej poczekalni. Po chwili namysłu prowadzi nas na piętro dworcowego budynku, pokazuje prysznice i wręcza klucze do dwuosobowego pokoju, oznajmiając, że kolega, który tu zazwyczaj sypia, wyjechał właśnie do rodziny, więc pokój jest wolny. Trudno nam uwierzyć w nasze szczęście. Nie ma to jak na początku wyprawy zregenerować siły.
Następnego dnia wstajemy wcześnie i wyjeżdżamy o 8.00, by nie nadużywać gościnności. Jedziemy widokową trasą dla wolnego ruchu. Najpierw pnie się dość stromo w górę, potem cały czas jest nadal pagórkowato, choć trasa ma
minimalne nachylenie w dół.
| Oceń relację |
Komentarze
AustriaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju





















Dołączę jeszcze podziękowanie Państwu za możliwość poznania warunków jakie opisaliście, a które są dla mnie dość cenne.Gratuluję wytrwałości i siły w tej dość trudnej wyprawie. Serdeczne dzięki za szereg informacji. Życzę powodzenia w przyszłych wyprawach.
Piękna wyprawa. Przydały mi się informacje dot. pokonywania wzniesień z ekwipunkiem turystycznym. Zamierzam odbyć wyprawę tak, żeby zobaczyć choć skrawek Alp, porobić zdjęcia i zachwycać się ich pięknem. Oglądam czasami fotografie Alp wykonane przez rowerzystów - są cudowne. Od ok. 8 lat odbywam corocznie wedrówki na rowerze, ale trasy moje to zimne, wietrzne i deszczowe miejsca - Bornholm, Szwecja w tym roku i przedtem Holandia, Litwa i Niemcy. Niziny wybierałem z powodu słabszej już kondycji. Jestem tuż przed siedemdziesiątką i czas by skierować moje wyprawy w miejsca cieplejsze. Te górki alpejskie trochę mnie martwią, ale wiadomo, że Alpy można zobaczyć również z daleka i cieszyć można oko, także.
Właśnie szukałam informacji nt. tras rowerowych w Austrii i trafiłam na Wasze wspomnienia z wyprawy. Gratuluję Wam tak pięknej wyprawy i życzę następnych. W opisie czuje się atmosferę wyprawy. Wyobrażam sobie te podjazdy, chęć rezygnacji w chwilach słabości i wycieńczenia( bo to jednak 2000- tysieczniki!!!), ale też satysfakcję, kiedy pokonaliście wytyczony odcinek dziennej trasy. Znam to uczucie, bo też jeździmy z mężem raczej w terenach górskich(800-1400 m npm.)i mamy już dobrze po 40-ce. Gratuluję i róbcie to dalej jako dowód dla siebie i niedowiarków, ale zawsze wspólnie, bo wspólne wspomnienia i przeżycia(dobre i złe)scalają i wzmacniają małżeństwo. Wszystkiego dobrego, ciekawych tras!!!