EUROPEAN BEER TOUR’95 - dzień 46 - 50
Pawel Palasz Wyświetlono: 224 razy 2006-03-05 15:40:28![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.08 (59 głosów) |
EUROPEAN BEER TOUR’95 - dzień 46 - 50
http://autostop.republika.pl/
Dzień czterdziesty szósty - do Tarragony
Gdy budzi nas poranne słoneczko Mały jest z lekka połamany , a ja pewnie wkrótce
będę miał reumatyzm. Sępimy puszkę od jakiegoś gościa i jemy śniadanie , następnie po bagaże , do informacji turystycznej.
Wszystkie sklepy otwarte i z fiesty pozostały już tylko zielone ozdoby na fasadzie kościoła. Koło dwunastej jesteśmy już na wylotówce , zdążyliśmy już objeść się arbuzem , kupić
wino i mnóstwo innych rzeczy. Jest naprawdę tanio , szkoda , że sklepy były zamknięte przez cały czas.
Stopowanie idzie jak po grudzie , wreszcie docieramy po raz trzeci na tą samą stację benzynową , przy zjeździe z Benasque. Czekamy cholernie długo , wreszcie idziemy piechotą , po prostu zawsze swoje trzeba przejść o własnych siłach. Po drodze znajdujemy
krzaki ugunające się od jeżyn , zawsze to jakieś gratisowe witaminy.
Kawałek dalej ustawiamy się w pewnej od siebie odległości. Wreszcie Mały coś zatrzymał , wsiadam i ja , jedziemy do Lleidy. Jest nam ciężka sytuacja , bo droga w kierunku
Tarragony , przebiega kilka kilometrów za miastem , a i tak stacja jest kawałek dalej. W zeszłym roku szliśmy tam przez kilka godzin w nocy , nie było tak żle. Teraz jest chyba
ze czterdzieści stopni , więc trzeba się postarać coś złapać.
Mamy farta , startujemy w przeciwnym kierunku niż autostrada i zabiera nas zakonnik w cywilu , zmienia trasę i bocznymi drogami dojeżdżamy do autostrady. Facet
wspomina coś o Kolbe , który był z tego samego co on zakonu. Wysiadamy na malutkim peage’u (nie wiem jak to się nazywa po hiszpańsku , więc cały czas posługuję się
francuską nazwą , chodzi o bramki , gdzie płaci się za autostradę), jakiś facet nie pozwala nam iść wjazdem , więc przedzieramy się naokoło i docieramy do autostrady. Idziemy
dwa kilometry w palącym słońcu , ale bywało gorzej. Widać już naszą stację , TEXACO, marzę o zjedzeniu soczystego jabłka. Po kilku minutach tuż przy autostradzie , widzimy jabłoń , która wprost ugina się pod ciężarem owoców , to nie fatamorgana , to cud.
Wreszcie docieramy do cienia i możemy się schłodzić wodą.Idę zadzwonić do Olgi,
do Tarragony , to jeszcze tylko sto parę kilometrów. Olgę poznałem rok temu w Brukseli i jakoś tak pisaliśmy do siebie , mam nadzieję , że ją zastaniemy.
Pożyczam od gościa jakieś drobne i drzwonię , kredyt mam marny. Na szczęście
Olga odbiera , zdążam jeszcze powiedzieć , że jesteśmy sto kilometrów na zachód od Tarragony i czy możemy przyjechać.
| Oceń relację |
WłochyWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju



















