Wędrówka przez Góry Choczańskie
zylek Wyświetlono: 3797 razy 2006-03-03 00:12:37![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.20 (123 głosów) |
Długi weekend w Górach Choczańskich na Słowacji.
Czerwiec 2003.
"Pension" w Valaszskiej Dubovej.
Przekraczamy granicę Rzeczpospolitej w Cieszynie. Wiemy że są przyzwoite połączenia kolejowe do Rużomberoka. W końcu od czego jest Internet: www.jizdnirady.cz jak zwykle niezawodne. Wyjeżdżamy w środę, dzień przed rozpoczęciem długiego weekendu. Być może dlatego w miarę sprawnie przechodzimy granicę i bez większych kłopotów, z kupionymi już biletami czekamy na pociąg do Żiliny. Jest lekkie opóźnienie. W Rużomberoku wysiadamy około godziny dwudziestej. Miasto jakby już zasypiało, większość knajpek już pozamykana. Okazuje się że za trzy kwadranse jest jakiś autobus do Komjatnej, jedzie przez Valaszską Dubovą. Dobrze że cokolwiek się jeszcze na rozkładzie znalazło, jakoś nie mieliśmy ochoty maszerować prosto z Rużomberoka w stronę Likavki i ruin zamku Likavskiego. Wersja ta była przygotowana jako awaryjna, na wypadek gdyby nie było jakichkolwiek możliwości wyjazdu z miasta. Póki czas szybko biegniemy na "wyprażany syr".
Wysiadamy z autobusu w Valaszskiej Dubovej gdzieś w okolicach godziny dwudziestej pierwszej. Pora już dość późna, najwyższy czas by gdzieś rozstawić namioty. Mimo że jest czas najdłuższych dni w roku to jednak trzeba się śpieszyć bo szukanie po omacku śledzi od namiotu nie jest naszym ulubionym zajęciem. W "Janosikowej Karczmie" aż dudni. Z żalem mijamy knajpę. No dobrze, jak ktoś chce to sobie jeszcze dziś tu wróci, ale najpierw trzeba rozstawić namioty. Wychodzimy ze wsi szeroką drogą, wzdłuż niebieskiego szlaku wiodącego wprost w ciasną dolinę i dalej na Średnią Polanę po Choczem. Droga jest wygodna, narazie jest to miłe preludium zasadniczego podejścia, wokół coraz więcej ciekawych i ustronnych miejsc biwakowych. Decydujemy się tutaj, jakieś pięćdziesiąt metrów od drogi. Tu powinno być spokojnie. Wodę nabierzemy w płynącym dnem dolinki potoku. Co szybsi już wywlekli z plecaków namioty, widać jednak perspektywa rychłego powrotu do tętniącej życiem "karczmiczki" dodawała sił. Jeszcze tylko sprawdzę co jest na tej polance, tu ponad tym załomem. Może tam jest nieco równiej i więcej miejsca na namioty? "Panowie, toż to rasowy paśnik, a w nim pełno siana!" Szybko porzucamy plan rozbijania namiotów. Dziś mamy spanie na sianku! Trzeba tylko się wdrapać na górę i już jesteśmy w "pensionie". Dawno takiego luksusu nie było.
Kwiatki na Choczu.
Noc minęła spokojnie, jeśli nie liczyć hucznego powrotu z knajpy części naszej drużyny. Rano naszym oczom ukazał się wspaniały widok na strome i skaliste stoki Sokola. Samego szczytu Wielkiego Chocza nie widać z doliny. Kurcze, jakoś stromo to wygląda. Kark boli od podnoszenia głowy. Apetyt na góry rośnie. Zbieramy się szybko, postanawiamy przygotować śniadanie gdzieś wyżej przy szlaku i w pobliżu wody.
| Oceń relację |
SłowacjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju

























