940 kilometrów wiosłowania, prawie miesiąc samotnie w kajaku. Długie noce, krótkie dni. Zmęczenie, niewygody, jednym słowem spora dawka niebanalnej przygody.
GRUDNIOWY SPŁYW WISŁĄ - dzień 10


Rafał Lipkowski2006-02-22 00:11:12
Wyświetlono razy (ostatnio: )
http://republika.pl/male_eskapady/
Ale ja to taki nie fotograficzny jestem - dzień 10
Nie spało mi się dobrze może gryzło mnie sumienie, że dałem się tak oskubać, albo po prostu trafiłem w wyuzdany materialny świat i nie mogłem się tak od razu przestawić. Wstałem wcześnie rano i wybrałem się po dobrą fotkę, no i zakupić „Dziennik Wschodni” by przeczytać pierwszy w moim życiu artykuł o mej własnej personie. Zakupiłem i musze przyznać ładnie napisane, jakbym się nie znał to bym sądził, że gość, o którym pisze Magda to naprawdę ciekawa postać. Ale niestety się znam.
Kazimierz bez wątpienia piękny, ale jakiś taki turystyczny, barak tu ciepła, szczerej gościnności, którą spotykałem wcześniej na wioskach. Gówniarze zamiast być w szkole stoją z flaszkami i przeklinają, spodziewałem się czegoś innego. Nie miałem się, z kim dzielić swoimi spostrzeżeniami, nie było, do kogo gęby otworzyć, chyba, że do ekspedientki w sklepie. Czyli, co mi tu robić? Oglądać mury? Czytać foldery turystyczne, by po powrocie zabłysnąć wiedzą na temat tego miasta? Nie to nie dla mnie. Ponadto znowu 50zł na nocleg to by była rozpusta. Płynę dzisiaj.
Pożegnałem się z gospodarzami bez żadnych większych sentymentów, powiedziałem do widzenia i wyszedłem. Natomiast na przystani miła niespodzianka. Szedłem z obawą ile zostanę skasowany za postój kajaka w tym kurorcie, bez wątpienia krocie. Tak myślałem. Z daleka dostrzegłem bosmana. Spokojny, szczery małomówny człowiek. Uśmiechnął się z daleka na mój widok, bez słowa otworzył bramkę.
- Dzień dobry – powiedziałem, – jeśli można od razu się rozliczę i spływam. Bosman wszedł na ganek i oparł się o belkę podpierającą dach.
- Ile jestem winien za postój
- Postój masz friko
- Słucham? Na pewno? – Byłem nie lada zdziwiony no i uradowany. W końcu pieniądze już pomału mi się kończą.
- Tak teraz to już jest po sezonie. I tak właściwie to jest już zamknięte. – Chciałem mu dać jakieś pieniądze na piwo czy na cokolwiek jednak nie przyjął ani grosza.
- Jeszcze ci się przydadzą w dalszej drodze. – Oczywiście zbytnio nie nalegałem. Zapytałem przed wypłynięciem czy mogę mu zrobić fotkę, na co mi odparł;
- Ale ja to taki nie fotograficzny jestem. - No i chyba coś w tym było, bo akurat się skończył film i prawdopodobnie zdjęcie nie wyszło. Z drugiej strony może fotograf to do dupy.
Płynięcie jak płynięcie. Deszcz zacinał. Wiatr gwizdał. A ja miałem podły nastrój. Szaro buro i ponuro. Wiosłowałem z trudem pod wiatr i pod falę. Próbowałem śpiewać czasami zjadłem coś słodkiego, ale i to nic nie pomagało. Po prostu nie chciało mi się nic.
Po 40km.poddałem się i wylądowałem na zalesionej wyspie, otoczonej przez ptactwo. Znajdowałem się gdzieś koło Dęblina na 400-setnym kilometrze. Nauczony poprzednimi noclegami rozbiłem namiot w centrum wyspy, pomiędzy drzewami i na wysokiej trawie, jednym słowem super kombinacja. Jednak na ciepło nie było, co liczyć. W koło piździło, że tak to wulgarnie nazwę. W moim domku słyszałem tylko świst wiatru i szelest gałęzi. Mam nadzieje, że jutro się uspokoi.
Wędzonka z domu i pieczywo dzisiaj zakupione ucieszyły moje podniebienie, a gorąca herbatka rozgrzała przed snem.
.
Zobacz zdjęcia:
Polska
Polska - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj



























