940 kilometrów wiosłowania, prawie miesiąc samotnie w kajaku. Długie noce, krótkie dni. Zmęczenie, niewygody, jednym słowem spora dawka niebanalnej przygody.
GRUDNIOWY SPŁYW WISŁĄ - dzień 5


Rafał Lipkowski2006-02-21 23:59:07
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 3.17 z 5.00. 6 głosów oddanych
http://republika.pl/male_eskapady/
Taki półwysep Helski w miniaturze - dzień 5
Okazało się, że „nie taki diabeł straszny jak go malują”. Trochę kamieni, szybszy nurt i lekka adrenalinka z moje strony i to wszystko, co spotkało mnie na przeszkodzie, która wczorajszego wieczoru stała się przyczyną mojego postoju. Zapewne wytrawny kajakarz nie zwróciłby nawet na to większej uwagi. Ale ja nie jestem wytrawnym kajakarzem.
Wrażenie, zeszłego dnia, odnośnie brzydoty brzegów nie zmieniło się aż do 140km. Dzień był szary, i zimny. Cały czas mżyło. Kropla po kropli nasiąkałem wodą. W takie dni nie chce się wiosłować. W ogóle nic się nie chce. Na szczęście brzegi się obniżyły i można było spokojnie wysiąść za potrzebą. Krótki postój potem znowu w drogę. W koło słyszałem tylko pracujące piły i siekiery. Jakiś mężczyzna wycinał nadbrzeżne krzaki, a kobieta w chustce składała na kupce wycięte gałęzie. Widocznie przygotowują się do zimy. Żniwa się skończyły teraz gromadzą drzewo, gałęzie, na opał. Tak myślę. Dla mnie jako człowieka z miasta wydaje się to egzotyczne a dla tych ludzi jest to normalnością. Dzień, jak co dzień.
Po 140 kilometrze lewy brzeg staje się pagórkowaty, a może (ujmę to przesadnie) nawet lekko górzysty. Kilka kilometrów dalej, skarpy. Piękne piaszczyste skarpy. Pomyśleć, że taki klif w Gdyni Orłowie jest atrakcja turystyczną, a tutaj szersza skarpa, podobnej urody jest wręcz nie znana. Miejscowi nawet nie dostrzegają jej uroku. Widziałem gościa, który wyszedł na jej brzeg i opróżnił wiaderko ze śmieciami. Co tam prędzej czy później Wisła zabierze. Kilka promieni słońca oświetliło to, co tak podziwiałem. Musiałem wysiąść i pstryknąć fotkę, może coś wyjdzie. Tyle dla ducha, potem trzeba się było zająć sprawami doczesnymi. Wczoraj zużyłem resztki wody i istniała groźba, że będę dzisiaj bez jedzenia i picia o ile nie wybiorę się na spacer do jakiegoś gospodarstwa. No i udało się. Wypatrzyłem jakieś domy. Brzeg był znowu niski tak, że z desantem nie było żadnego problemu.
Dążenie do celu, po wodę zajęło mi trochę czasu. Zapukałem do nowego nie otynkowanego domu, jakich zresztą kilka w okolicy. Otworzył starszy człowiek niechlujnie ubrany. Poprosiłem o wodę. Zaprosił mnie i pokazał skąd można jaj nabrać. Gdyby moja matka zobaczyła izbę w tym domu to mój nie ład w pokoju uznałaby za przykład utrzymywania porządku. Wody mogłem nabrać do woli. Trochę niepokoił mnie jej kolor, ale cóż ten człowiek to pił i żył to i chyba mnie się nic nie stanie. Nabrałem na dwa dni skąd można wiedzieć, co będzie jutro. Nie zdawałem sobie sprawy, że można być tak wdzięcznym za wodę. Ale jak się okazało można. Podziękowałem i ruszyłem w drogę powrotną żegnany ujadaniem psów, których zwykle pełno na wioskach.
Znowu wiosłowałem po zmierzchu, to powoli stawało się regułą. Słyszałem przelatujące kaczki i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że one świszczą podczas lotu. Czym większe stado tym głośniejszy świst. Jestem ciekaw, dlaczego? Dotarłem do 174 kilometra Wisły i miałem dość na dzisiaj. – Trzeba znaleźć nocleg – głośno pomyślałem. Jakżem pomyślał tak żem uczynił. Miejsce było nietypowe. Zresztą jak wszystkie miejsca noclegu w tej podróży. Był to swoistego rodzaju półwysep usypany z piasku i położony dosyć wysoko nad wodą. Jego brzegi zarośnięte były kępkami trawy. Z jednej strony Wisła a z drugiej zatoczka. Taki półwysep Helski w miniaturze. Rozbiłem się na piasku, rozpakowałem i schroniłem w swoim domku na szpilkach (tak go od tej pory będę nazywał) naprawdę przytulne miejsce.
Zobacz zdjęcia:
Polska
Polska - wybierz obszar, który cię interesuje:



















































