KAUKASKA ODYSEJA - Dżangitau - Szczelina
lipkowski Wyświetlono: 100 razy 2006-02-20 23:30:01![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.94 (53 głosów) |
Najwyższe szczyty Europy. Miesiąc akcji górskiej. Granice; klimatyczna, polityczna i kulturowa. Ryzyko, przygoda a na pewno niesamowity wysiłek. I wszystko to w górach Kaukazu.
http://republika.pl/male_eskapady/
Trzeba było schodzić. Nie mieliśmy już nic do jedzenia ani do picia, tak, więc ponowienie ataku nie wchodziło w grę. I tak zanosiło się jeszcze na dwa dni głodówki. Pogoda nam dopisywała, bynajmniej z rana. Słońce wykończało nas żarem i robiło breję z otaczającego nas śniegu. Raki zapychały się, co utrudniało całe przedsięwzięcie, ale ogólnie nie było źle. Chociaż była pewna niedogodność, a mianowicie pragnienie. Pomagało trochę zagryzanie śniegiem. Ale to były ulotne i nikłe chwile ukojenia. Często stojąc na stanowisku, widziałem potoki spływające po skałach. Bliskie a jednocześnie odległe nie osiągalne. Przy którymś z zjazdów w chwili wytchnienia zacząłem zbierać wodę skapującą po skałach do bidonu. Grzesiek poprosiłbym mu trochę zostawił i zjechał pierwszy. Miałem już prawie pół bidonu, kiedy przyszła moja kolej, więc żeby nie opóźniać zjechałem nie pijąc. Kiedy dotarłem do niego, pochwaliłem się.
- Nazbierałem trochę wody. – I podałem bidon.
Niestety nawet nie przyszło mu do głowy, że nie uraczyłem się tym trunkiem. Wychylił i wypił. Ja jedynie patrzyłem jak można, chociaż troszkę zaspokoić pragnienie, szkoda, że nie było instruktażu. Oddał mi pusty pojemnik. - Dzięki wielkie. Od razu lepiej.
Szkoda, że jemu – Od razu pomyślałem. Potem pogoda uległa radykalnym przemianom. Zaczęło padać, co ja mówię lać. Linę można było wyżymać. Rękawiczki po jednym zjeździe przypominały namoknięte szmaty. Skały stały się mokre, a widoczność to była to znikała. Oj nie przyjemne uczucie, tym bardziej, że wszystko było mokre. My mokrzy, lina mokra, plecaki mokre. Przy którymś ze stanowisk pośliznąłem się w strugach deszczu, omal nie poleciałem. W takich sytuacjach, czuje się zmęczenie, podniecenie, i czeka się końca, który ciągle nie nadchodzi.
Zrobiłem ostatni zjazd. Połogo. Dotarłem się do stanowiska. Rozglądam się a Grześka nigdzie nie ma. Chyba nie poleciał w takim terenie? No, ale gdzie jest? – Rodziło się pytanie. Otaczały mnie skały i pustka. Strugi deszczu i śniegu spływały po twarzy. Nie martwiłem się o niego. Byłem tylko przerażony, jak ja to powiem jego rodzicom? Jego matce? Na szczęście nie było takiej potrzeby. Wyłonił się z za skały.
- Stąd już chyba schodzimy? Nie ma sensu się jeb.... z liną.
- Nie pewnie to chyba będzie szybciej i tak już pewnie dzisiaj nie dotrzemy do bazy. Chociaż ja bym spróbował iść nawet po nocy.
- Ja też. Niemcy mogli to i my możemy.
Pakowaliśmy mokrą linę do plecaków. Dodatkowe obciążenie na plecach, to nie jest miłe, tym bardziej, że z liną zapakowaliśmy całe litry wody. Zaczęliśmy schodzić, kruszyzna i mokra skałą wkurzały niemiłosiernie.
| Oceń relację |
RosjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju



















