Bieszczady październik 1965 r.
wb Wyświetlono: 497 razy 2004-01-22 23:33:55![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.96 (57 głosów) |
Tekst ten powstał z inspiracji Pani Magdaleny Deka - sekretarza redakcji nowego czasopisma turystycznego "Przygoda!" i został zamieszczony w Nr 1 wrzesień-październik 2001 w formie listu.
Przypominam sobie kilkudniową wędrówkę po Bieszczadach w ramach rajdu Politechniki Warszawskiej, w październiku chyba 1965 r. Namówił mnie do niej mój kuzyn. Miało nas być 12, tymczasem we wtorek, na stacji Zagórz koło Leska, gdzie czekałem na warszawski pociąg, z pociągu wysiadł tylko Staszek. Danka - jego narzeczona, a może już żona - w środę miała zdawać jakiś zaległy egzamin. Po zdaniu, wieczorem miała dolecieć do Rzeszowa, a w czwartek przed południem autobusem dojechać do Ustrzyk Górnych.
Na pierwszy biwak rozłożyliśmy się gdzieś nad Jeziorem Solińskim w rejonie Polańczyka. W środę rano autostopem dojechaliśmy do Wetliny i tam, po sprawdzeniu na rozkładzie jazdy, że autobus do Ustrzyk Górnych odjeżdża o godz. 15ºº, w pobliskiej knajpie spokojnie zajęliśmy się schabowym i piwem. Kiedy o 15³º autobusu nie było, z przerażeniem na rozkładzie zauważyliśmy znaczek, że autobus ten kursuje tylko do 2 października, a było chyba 5. Licząc na autostop ruszyliśmy w kierunku Wyżnej Przełęczy. Nic jednak nie jechało oprócz prowadzącego schronisko na Połoninie Wetlińskiej faceta na koniu, ale ten nas nie zabrał. Około 19ºº gdzieś w rejonie Berehów Górnych zobaczyliśmy światła z agregatu prądowego i chyba 10 żołnierzy czy więźniów budujących drogę. Czekali na ostatnią wywrotkę z masą asfaltową i ciężarówkę z ławkami. Obczęstowaliśmy ich papierosami i jakimiś ciastkami, oni odwzajemnili się "chodzącą" kaszanką, ale obiecali zabrać nas do Ustrzyk Górnych. Wywrotka wylała masę i odjechała, natomiast kierowca auta z ławkami za żadne skarby nie chciał nas zabrać - przewozu nie załatwialiśmy wszak z nim, lecz z żołnierzami. Dopiero przyłożenie przez jednego z żołnierzy finki do koła samochodu i zagrożenie przebiciem opony zmieniło jego zdanie.
W schronisku PTTK w Ustrzykach Górnych powiedziano nam, że ktoś dzwonił, że Danka zdała i że jutro przyjedzie pierwszym autobusem z Rzeszowa. Nocleg dostaliśmy w 70-osobowej sali z piętrowymi łóżkami. O 22ºº ciemno, bo wyłączyli agregat. Smród, chrapanie, coraz to ktoś wychodzi, ktoś usiłuje grzebać w moim plecaku (niewiele tam było, bo większość rzeczy miałem pod poduszką). Ale to był przecież 65 rok i jedyne schronisko w środku Bieszczad. Rano w sklepie GS-owskim nie można kupić chleba - wisi kartka, że jest zebranie w GS-ie w Lesku. No to autostopem do sąsiednich Bereżek - to samo, następna wioska - podobnie. W końcu jakiś rozgarnięty tubylec wyjaśnił, że w takich przypadkach najbliższy otwarty sklep jest w Czarnej, bo tam są dwa sklepy i na zebranie pojechała tylko jedna sprzedawczyni. Podróż po kilka bochenków chleba (resztę przehandlowałem w centrum Ustrzyk) to 60 km i 3 godziny jazdy. Zaopatrzeni w chleb i gotowi do wymarszu na Tarnicę czekamy na autobus z Rzeszowa.
| Oceń relację |
PolskaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju













