Bliski Wschód 2002
piotbula Wyświetlono: 1541 razy 2004-01-19 20:25:34![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.98 (55 głosów) |
Wyprawa do Syrii i Libanu
Była to nasza pierwsza „prawdziwa” wyprawa trampingowa. Podróż do Syrii miała pierwotnie odbyć się w 2001 roku. Tak umawiałem się z moim przyjacielem ze studiów Kasimem.
Mieliśmy się spotkać po 5 latach w jego ojczyźnie.
Rok opóźnienia to prawie jak kwadrans studencki biorąc pod uwagę odległości.
Przygotowania do wyprawy rozpocząłem już wcześniej i pierwotnie mieliśmy jechać w kwietniu, ale najpierw nasilenie konfliktu w Izraelu, potem problemy rodzinne stawiały wycieczkę pod wielkim znakiem zapytania. Wiele osób pukało się w głowę pytając czy na pewno Syria to dobry cel wycieczki i to jeszcze z dzieciakiem.
W końcu jednak zdecydowałem się na męską wyprawę na Bliski Wschód. Zachęcony relacjami w internecie postanowiłem podróżować przez Turcję. Decyzja o terminie zapadła z dnia na dzień. Znalazłem na stronach L'turu ofertę przelotu do Antalyi i wykorzystując szczeciński oddział biura zakupiłem przelot w obie strony za jedyne 900 PLN za dwa bilety. Tyle tylko, że wylot był z ...Wiednia.
11.05.02
Wyprawa zaczęła się nieciekawie. Wyjechaliśmy do Wiednia o 3 w nocy z dziadkiem Zbyszkiem i wujkiem Tomkiem, którzy zdecydowali się nam pomóc odwożąc nas na lotnisko. Po przejechaniu 100 kilometrów, koło Pszczyny przednie koło Citroena zaczęło wpadać w dziwne wibracje. Próbowaliśmy sprawdzić gdzie leży problem, ale usunięcie go było poza zasięgiem naszych możliwości. Zadzwoniliśmy więc po drugiego dziadka - Jurka, który obudzony w nocy nie miał za bardzo ochoty, ale w końcu zdecydował się nam pomóc. Podjechał do nas i zamieniliśmy samochody. Całe szczęście, że człowiek nie jest w życiu sam i ma do kogo zwrócić się o pomoc. Z naszego zapasu czasowego nic nie zostało i musieliśmy pogonić trochę autko by zdążyć na samolot.
Granica była pusta i po wykupieniu od razu na polskiej granicy plakietek za 52PLN na autostrady czeskie i austriackie już o 11.15 byliśmy na lotnisku Wiedeń-Schwechat.
Żegnaliśmy się tak szybko, że zapomniałem dać dziadkowi koron na paliwo oraz zabrać z samochodu ubezpieczenia zdrowotnego. Miałem nadzieję, że i tak nie będzie potrzebne.
Zaskoczyło mnie przyjęcie dzieciaka na lotnisku. Najpierw dostał śliczną maskotkę przy odprawie bagażu, potem całą reklamówkę zabawek "na drogę" już w samolocie linii Air Lauda. Mój 4 letni synek stwierdził: "Nie spodziewałem się, że będzie tak fajnie"
Wylądowaliśmy o 16.30 miejscowego czasu ( przesunięcie o godzinę ). Przy odprawie paszportowej opłata za wizę turecką 10 USD na głowę. Poza tym bez problemów i kontroli.
Nie szukając zbyt długo środku lokomocji za całe 15 USD wzięliśmy taksówkę do miasta. Opłacało się. Taksówkarz wiedział, ze o 16.30 odjeżdża bezpośredni autobus do Antakii. Dogoniliśmy go już w drodze. Bilety kupiliśmy już w autobusie.
| Oceń relację |


























