Kajakarz na katamaranie na białych wodach Ałtaju - część III
Jaroslaw Frackiewicz Wyświetlono: 293 razy 2006-01-13 21:17:54![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.08 (74 głosów) |
Kajakarz na katamaranie na białych wodach Ałtaju - część III
http://www.moje-kajaki.net
Kaniony Baszkausa i „parogi” Czui
Przejść teraz do opisu wyprawy nie jest łatwo. Nie można zapamiętać wszystkich niezliczonych „parogów i sliwów” i przedstawić je w formie locji. Od tego są inne teksty. Ważne są natomiast wrażenia, przeżycia, których nie brakuje, choć i tak nie łatwo jest w tej materii o porządek. Dla mnie już sama „zabroska”, tj. dotarcie nad rzekę, stała się żywym i niezapomnianym doświadczeniem.
To, że z Moskwy przyleciałem rankiem do Barnaułu, nie jest czymś sensacyjnym. Stąd cała ekipa wynajętym samochodem, „Gazelą”, aż do północy zmierzała do hoteliku. Był nim budyneczek do czasu użytkowany przez radzieckich „pograniczników” – mongolska granica blisko. To też nic nadzwyczajnego. Cuda dopiero zaczynały się. Następnego dnia z rana, tym razem na odpowiednim ”Gazie” jeszcze czas jakiś jechaliśmy szosą, aby później od Kosz-Agacz bezdrożami kierować się na północ do miejsca, w którym kierowca powiedział, że dalej już nie można. – „maszyna” siadała po osie w błotach. Było to już pod wieczór. Przez następne dwa dni, niczym alpiniści- Szerpowie, niosąc wszystko na plecach, przedzierając się przez tajgę, uporczywie zmierzaliśmy do rzeki. Groził nam trzeci, dramatyczny dzień marszu, gdyby nie napotkani trzej jeźdźcy, którzy zgodzili się przewieść nasze katamarany na koniach. Te ostatnie 8km tylko z plecakiem na ramieniu dodały nam skrzydeł. Dochodząc wieczorem do rzeki, długo nie mogłem uwierzyć, że cel został osiągnięty. Ten marsz pieszy oceniam nader pozytywnie. Nawet nie chodzi o to, że mogłem porównać siebie z drugimi. Sprawdzić, na ile mnie w tajdze stać. Ciężka, nużąca droga z nas wszystkich od razu uczyniła grupę, z wzajemnego pomagania sobie rodziło się koleżeństwo, rozumieliśmy się coraz lepiej, stawaliśmy się sobie bliscy.
Obie rzeki, Baszkaus i Czuja to wody piątej klasy trudności. Za nie przepływalne uważa się szóstki. Kiedy stanąłem u brzegu Baszkausa zostałem porażony tym co zobaczyłem. Po obu stronach na niebieskim tle skaliste, czerwonawe szczyty, pokryte wiecznymi śniegami, niżej zielonkawy pas lasów, i usypany szarymi głazami brzeg. A w nim biała, spieniona, lecąca z szumem woda. Porażała jej szmaragdowa toń. Nie dla kajaków, przeleciało mi przez głowę. To chyba prawda. Rzeka jest nieprzerwanym, można tak powiedzieć szypotem. Nie ma na niej miejsc spokojnych, plos, gdzie można byłoby odetchnąć. Nic takiego, tutaj normalna „równa” rzeka, to niekończący się całodzienny spływ „trójkowy”. Siedzisz w takiej bieli i sobie płyniesz, po prostu. Także i „czwórki”, których każdego dnia było parę, przechodziliśmy z marszu, niekiedy ich nie zauważając.
| Oceń relację |
RosjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju

















