Strwiążem i Dniestrem do Mołdawii - część I
Jaroslaw Frackiewicz Wyświetlono: 985 razy 2006-01-11 23:57:00![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.01 (180 głosów) |
"Wyprawa ekipy Grzegorza Łuczkiewicza z Polski do Mołdawii rzeką Strwiąż i Dniestrem - 2001"
http://www.moje-kajaki.net
Autor:Grzegorz Łuczkiewicz
WSTĘP
Latem 2000 roku wybrałem się z siedmioletnią córeczką na Suwalszczyznę — nad Hańczę i Wigry. Zażywaliśmy wywczasu, chodząc na całodniowe wycieczki oraz pływając łódką wiosłową i kajakiem po jeziorach. Ostatnie trzy dni postanowiliśmy przeznaczyć na nie zaplanowany wcześniej spływ Czarną Hańczą: dopłynęliśmy do śluzy Gorczyca. Był to dla obojga kajakowy chrzest — także dla kapitana, który nawędrował się w życiu dużo, trochę najeździł rowerem i w pacholęctwie pływał pod żaglami na jeziorze Rożnowskim, ale z kajakami akurat nigdy nie miał do czynienia. Spływ spodobał się nam szalenie — nawet śluzowanie, które małej załogantce wydawało się tak groźne, przyjemnie było później powspominać!
Po powrocie do domu, pod świeżym wrażeniem odkrycia przyjemnej formy turystyki, zacząłem planować przyszłe wakacje — tym razem już tylko na rzece. Szybko przekonałem się, że kryterium dwutygodniowego spływu jest bardzo surowe: Bug? Narew? Mieszkamy na wsi pod Krakowem, 6 km od Wisły — więc Królowa? A może Warta od Częstochowy? Tak błądząc palcem po mapie, natrafiłem na Dniestr — no proszę: bliżej niż rzeki polskich pojezierzy, długi, bez większych miast, a na dodatek ile romantyki! Morze Czarne, Sienkiewicz... No i sam cymes — Strwiąż, lewy dopływ Dniestru wypływający spod Gór Słonnych na północnym skraju Bieszczad. A więc z Polski ku Morzu Czarnemu?
Ukraina była mi już znana: w roku 1997 przez 19 dni wędrowałem z synami po Czarnohorze i Gorganach, zachowując jak najlepsze wspomnienia. Ale jak z tym Dniestrem? Karmiona Trylogią wyobraźnia podsuwała obraz niebezpieczeństw — porohów i kipieli. Śledztwo przeprowadzone w internecie doprowadziło mnie jednak do relacji p. Celiny Mróz ze spływu Dniestrem: porohów nie ma, stałych przeszkód nie ma. Ta informacja była rozstrzygająca — klamka zapadła, mogłem przejść od fazy decyzyjnej do fazy przygotowań.
A przygotowań było mnóstwo. Przede wszystkim — czym popłynąć? Troje uczestników, w tym jeden dzieciak, który musi się pokręcić, plus sporo ekwipunku na trzytygodniową wyprawę wydawało się, że 2 kajaki to ledwo ledwo. Szybko jednak dowiedziałem się, że nie da się zaplanować przewiezienia kajaków pociągiem z Ukrainy do Polski. Opcje wyjazdu w ciemno i powrotu, jak lokalne warunki pozwolą, uznałem za zbyt ryzykowna. Składaki: nie wiedziałem, gdzie pożyczyć, zakup byłby zbyt drogi, a poza tym obawiałem się (jako niedoświadczony kajakarz), że ciągle będę musiał je łatać, albo nawet całkiem rozwalę. Zacząłem wiec szukać kajaków‑półtrupów, które mógłbym kupić po cenie bliskiej złomu, jakoś wyremontować, a potem po prostu zostawić nad Dniestrem. To też mi się nie udało.
| Oceń relację |
Komentarze
UkrainaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















Podziwiam samozaparcie ,konsekwencję i wizję.Pozdrawiam.Ahoj!