Do Malezji wjeżdżam przez malutkie ukryte w niewysokich górach przejście graniczne. Zaraz później z wierzchołka mogę podziwiać panoramę Malezji..
Rowerem przez 3 kontynenty – Malezja

Rozmus2003-12-11 14:06:32
Wyświetlono razy (ostatnio: )
dnia, bo spieszę się do Singapuru, aby zdążyć kupić bilet lotniczy do Polski jeszcze przed świętami (jak się oczywiście okaże całkiem niepotrzebnie, ale pewnych rzeczy trzeba się uczyć kilka razy). W dwa dni dojeżdżam do Melaki. Po drodze mam okazję zobaczyć chiński cmentarz, gdzie nagrobki ozdobione są widoczkami przyrody a gdzieniegdzie leżą ofiary pokarmowe dla zmarłych oraz w innym miejscu chiński kościół katolicki. Gdzieś na trasie gubię także zalaminowaną mapę z oznaczoną trasą mojej podróży, którą przez cały czas miałem przymocowaną z tyłu roweru i która była jakby moją wizytówką w świecie. Z każdym obrotem kół wielka wyprawa zbliża się do końca.
Melaka jest niedużym, ale bardzo przestrzennym miastem i ma wspaniałą bazę hotelową. To ostatnie jest ważne, bo dwa razy zdarzyło mi się w Malezji być pogryzionym w nocy przez jakieś łóżkowe insekty i chyba muszę nazwać to największym rozczarowaniem i zdziwieniem tej wyprawy. Wiem, że takie wypadki zdarzały się też turystom w Tajlandii i Singapurze, a byłyby to ostatnie kraje, w których bym się tego spodziewał. W Melace przy nadbrzeżu stoi replika starego holenderskiego okrętu - znak dawnych kolonialnych czasów, podobnie jak 150-letnia tablica upamiętniająca wizytę angielskiego zarządcy Indii u jego holenderskiego odpowiednika na Półwyspie Malajskim.
Nazajutrz dojeżdżam 20 km do autostrady i łapię stopa do Johor Bahru, miasta na granicy z Singapurem. Młody Chińczyk zajmujący się handlem sprzętem nagłośnieniowym jest na tyle miły, że oprócz darmowego podwiezienia zaprasza mnie na wspólny obiad z jego przyjaciółmi. Szczerze mówiąc z początku jestem trochę podejrzliwy i nie chcę ryzykować niczego już na samym końcu wyprawy. Widzę po sobie, że wewnętrznie przygotowuję się już do powrotu. Ostatecznie przyjmuję zaproszenie. Przy stole oprócz konsumpcji bardzo dobrej zupy, kaczki, ryżu i serka tofu zabawiamy się zawiłościami naszych ojczystych języków. Dla nich polski brzmi mniej więcej tak jak dla mnie chińszczyzna. Jest to dobra okazja do nauczenia się kilku słów w obcym języku. Mogę się na przykład dowiedzieć, że "ło sjan ni" znaczy "tęsknię za tobą".
Krzysztof Rozmus
http://krzysztofrozmus.net
Zobacz zdjęcia:
Malezja
Malezja - wybierz obszar, który cię interesuje:














































