Rowerem przez 3 kontynenty – Izrael
rozmus Wyświetlono: 1223 razy 2003-12-11 12:43:56![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.33333333333 (36 głosów) |
W ostatniej miejscowości przed granica jordańsko - izraelską, nie mogąc znaleźć żadnego hotelu, gdzie mógłbym zostawić rower, decyduję się na wjazd do Izraela rowerem...
A w zasadzie autobusem, gdyż przejścia Allenby Bridge nie można przekroczyć pojedynczo, czy to pieszo, czy rowerem, czy prywatnym samochodem. Po stronie izraelskiej każda część mojego bagażu, a na końcu i sam cały rower, zostają umieszczone w maszynie i dokładnie prześwietlone w poszukiwaniu broni. Z granicy także nie można wyjechać rowerem. Mając do wyboru taksówkę do Jerozolimy za 50$ wybieram autobus do Jerycha - sytuacja konfliktowa nieco się uspokoiła, granicę opuszcza w ten sposób bardzo dużo ludzi. Jerycho znajduje się na terenie Autonomii Palestyńskiej, konieczna jest wiec ponowna kontrola paszportowa.
Na dworcu okazuje się, że cena dzielonej taksówki do Jerozolimy podskoczyła sześciokrotnie w stosunku do przewodnikowych 5 NIS. Kierowcy tłumaczą to koniecznością objeżdżania miasta dookoła, aż do izraelskiego punktu kontrolnego. To i tak nie jest może drogo, ale w sumie liczy się każdy grosz. Nie chce mi się też ponownie zdejmować sakw, czekać na innych pasażerów do kompletu. Poza tym to tylko 40 km, a taksówki palestyńskie i tak nie mogą wjeżdżać do centrum miasta. Decyduję się zatem wjechać do Jerozolimy rowerem, ale najpierw upewniam się co do spokoju i bezpieczeństwa drogi. Taksówkarze zapewniają mnie, że od Palestyńczyków nic mi nie grozi, ale żołnierze izraelscy mogą mnie zastrzelić, jak będę podjeżdżał do punktu kontrolnego na granicy miasta. "Oni są szaleni, strzelają nawet do dzieci !" - słyszę, ale bardziej wygląda mi to na próbę przestraszenia i zatrzymania w taksówce.
Słynny punkt kontrolny to piętrowy budynek, ogrodzenie i dwie zdalnie zamykane kraty, umożliwiające przejazd. Z daleka podnoszę rękę w pokojowym geście i zatrzymuje się przy bramie. Widzę, jak jeden z żołnierzy wychodzi, ale zawraca, by ubrać kamizelkę kuloodporną. Drugi ubezpiecza go dwumetrowym karabinem, albo raczej czymś wielkim wprost z filmów science - fiction. Mam zostawić rower w pewnej odległości i podejść z paszportem. Wszystko w porządku. Jako turysta nie muszę objeżdżać miasta dookoła. Droga do Jerozolimy jest całkowicie bezpieczna i pod kontrolą Izraelczyków, natomiast w Jerychu, cóż... Palestyńczycy mogą mnie wziąć za izraelskiego żołnierza i "umieścić mi kulkę w głowie", ale raczej z tym rowerem trudno będzie mnie pomylić.
Przez miasto przejeżdżam całkowicie spokojnie, i gdy już prawie jestem na głównej drodze do Jerozolimy, nagle zauważam na drodze kamienie, druty, spalony asfalt, wywróconą ciężarówkę, a na końcu tego swoistego toru przeszkód żołnierzy palestyńskich. Jest to, jak się okazuje analogiczny palestyński punkt kontrolny. Znów muszę zostawić rower, tym razem w odległości aż 100 metrów. Komendant musi wydać zgodę na opuszczenie miasta: mogę jechać, ale nie wolno mi już tu wrócić - miasto jest zamknięte. Jeden z żołnierzy, z którym nawiązuję krótką rozmowę, zadaje mi pytanie, czy nie mam już nic lepszego w życiu do roboty niż jeździć rowerem po Izraelu w czasie wojny ? Za punktem kontrolnym widzę dwa olbrzymie manewrujące czołgi palestyńskie... Już pierwsze kilometry uświadamiają mi smutną prawdę, że droga do Jerozolimy wiedzie cały czas ostro pod górę i to przez pustynne wzgórza. Po godzinie jazdy jestem dopiero na poziomie morza (co jest oznakowane małym pomniczkiem i mozaiką na skale). No tak, drogę zacząłem z najniższej depresji świata i będę musiał pokonać różnicę wzniesień wielkości jednego kilometra. Nie mam szansy dojechać do miasta przed zmrokiem. W czasie następnych trzech godzin zmuszony jestem kilkukrotnie i całkowicie zasłużenie zakląć na samego siebie.
Wreszcie całkowicie wyczerpany i zlany potem dojeżdżam do obwodnicy miasta i mam przed sobą dwie drogi: Jerozolima i Jerozolima Wschodnia. Ta druga droga mimo, że bardziej stroma wydaje się być krótsza. Poza tym z Jerozolimy Wschodniej jest bliżej do Starego Miasta, gdzie mam zamiar znaleźć tani hotel. Kilkakrotnie spoglądam, czy ktoś może nie wczuł się intuicyjnie w moją sytuację i nie zatrzymał się samochodem, aby mnie podwieźć. Niestety.
Za to po prawej stronie w ostatnich promieniach zachodzącego słońca i w pierwszych światłach ukazuje mi się wielkie, piękne miasto, rozłożone na kilku wzgórzach. Ostatni wysiłek i ostatni 45-minutowy ostry podjazd. Na samej górze (skąd jeszcze 6 km do centrum) okazuje się, że droga jest zamknięta dla turystów. Muszę wrócić z powrotem na obwodnicę i wybrać inną drogę... Klnę, ale szybko zjeżdżam na dół, aby zdążyć złapać stopa na górę - moje możliwości fizyczne i psychiczne na dziś się skończyły. Po dwóch minutach jadę furgonetką z młodym sympatycznym Izraelczykiem, który pól roku temu wrócił z narzeczona z sześciomiesięcznej wyprawy po krajach Dalekiego Wschodu. Zmęczony niestety zostawiam mój śpiwór w jego samochodzie. Chcąc oszczędzić ostatecznie tracę kilka razy więcej. Ale to nic. Nauki, aby nie być głupio oszczędnym, nie będę musiał już nigdzie odbierać po raz drugi.
W Jerozolimie mieszkam w najtańszym możliwym miejscu, czyli muzułmańskiej dzielnicy Starego Miasta. Wraz z moim przybyciem rozpoczyna się ramadan - islamski miesiąc postu.
Na ten czas, wyjątkowo ze względu na napiętą sytuację turyści nie sa wpuszczani nawet na dziedziniec słynnego meczetu Kopuły Skały - to ta charakterystyczna jerozolimska złota kopuła na miejscu, skąd, jak wierzą muzułmanie, prorok Mahomet wstąpił do nieba.
Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby zobaczyć go przynajmniej z daleka, wraz z całą przepiękną panoramą z wznoszącej się za murami miasta Góry Oliwnej. U dołu wzgórza odwiedzam Kościół Męki Pańskiej, nazywany też Kościołem Wszystkich Narodów (różne elementy budowli fundowały różne nacje). Wraz z przyległym ogrodem upamiętnia on miejsce trwogi i modlitwy Jezusa przed czekającą go śmiercią. Kościół jest niewielki i ma fioletowe szyby nadające miejscu półmrok i specyficzną atmosferę. Można się tutaj wyspowiadać w sześciu językach.
Na ulicach miasta pełno jest policji, wojska, w wieczorami dodatkowo chodzą nieumundurowane, ale za to w kamizelkach kuloodpornych, patrole. Najbardziej chyba strzeżonym miejscem jest słynna Ściana Płaczu, jedyna fizyczna pozostałość po żydowskiej świątyni zburzonej w I wieku n.e. przez Rzymian. Na dziedzińcu znajduje się kilkadziesiąt wozów policyjnych, na dachach wokół rozmieszczeni są snajperzy, przed wejściem wszyscy poddawani są kontroli na wypadek posiadania broni. Sam mur podzielony jest na dwie części: męska i żeńską, skąd nieustannie wznoszą się modły, śpiewy i charakterystyczne żydowskie pokłony. Prawie wszyscy mężczyźni ubrani są w czarne chałaty, kapelusze i maja kręcone pejsy. Zresztą chodzą tak na co dzień, często można ich spotkać na Nowym Mieście, gdzie mieszkają Izraelczycy. Wschodnia, muzułmańska część miasta, jak wspomniałem, jest zamknięta dla turystów.
Na Starym Mieście można być często obrażonym lub w inny nieprzyjemny sposób zaczepionym przez palestyńskie dzieci i młodzież. Okazuje się, że nie tylko ja się na to uskarżam, ale tez para rowerzystów z Holandii, o których słyszałem już w Syrii od ludzi, bo byli na trasie jeden dzień przede nam. W ciągu czterech miesięcy częściowo rowerem, a częściowo pociągiem i autobusem pokonali trasę Amsterdam-Jerozolima.
Osobnym rozdziałem są jerozolimscy sprzedawcy pamiątek, którzy nie zostawią nikogo w spokoju. Potrafią chyba powiedzieć kilka słów w każdym języku świata. Ceny za nawet najdrobniejsze pierdółki zaczynają się od 170 dolarów, aby systematycznie spadać. Później sprzedawca już siłą próbuje Cię zatrzymać w sklepie - $10. Na końcu krzyczy za tobą na ulicy "Five dollars, OK ?".
W Jerozolimie też dowiaduje się, ze słynny bliskowschodni falafel jest potrawa przyrządzaną bez mąki, choć na taką nie wygląda. Jak się okazuje, jest to kolejny sposób przyrządzania groszku: posiekany wraz z zieloną pietruszką, cebulą i solą, w postaci kulek jest smażony na głębokim oleju. Bardzo smaczny, stanowi cenne urozmaicenie mojego menu, obok dawno zapomnianych, a kupionych w izraelskim supermarkecie serów pleśniowych, salami, łososia czy różnorakich sałatek.
Krzysztof Rozmus
http://krzysztofrozmus.net
| Oceń relację | ![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
![]() ![]() |
IzraelWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
-

mach -

tomalazak -

AM -

kevlar -

moshinek -

Mariusz... -

tarip -

natt.mee -

kkamil -

dominik222 -

ismailija -

Czeszum... -

maksdor -

ziewak -

mietek....













































