• Relacji z podrózy: 17305
  • Zdjęć: 122762
  • Podróżników: 28284
  • Porad: 18790
  • Postów: 112579
  • Tematów: 10281

Dolomity 2002 [II]

darek Wyświetlono: 541 razy 2003-12-11 11:01:56
  Ocena:3.00 (57 głosów)


Czwartek, 30 maja. Po całym dniu na autostradzie nie mamy nazbyt dużej motywacji by wcześnie wstać.
30. maja 2002

Czwartek, 30 maja. Po całym dniu na autostradzie nie mamy nazbyt dużej motywacji by wcześnie wstać. Do tego dochodzi fakt, że nasz namiot znajduje się w cieniu jednej z zachodnich ścian Ciampani de Val Mesdi i słońce dociera do nas dopiero po godzinie dziewiątej. Pierwszy dzień zamierzamy poświęcić na rekonesans: musimy się dowiedzieć jakie warunki panują w wyższych partiach, które ściany są suche, które zlodowaciałe, jak daleko jest do sąsiedniej doliny, w jakim stanie są o tej porze roku pobliskie schroniska na wypadek, gdyby trochę wyżej potrzebny był schron. Wyruszamy dopiero o dziesiątej i kierujemy się wzdłuż Muru Orientale de Pisciadu w Val di Bosli. Podejście jest strome – na jednym odcinku ktoś założył jakąś zbędną Ferratę – ale za to w miarę szybko przedostajemy się na drugie spiętrzenie skalne, do Valun de Pisciadu na ponad 2500 m. Tutaj oczekuje nas niespodzianka, lub dokładniej, uzmysłowienie sobie rzeczy właściwie ewidentnej: górne piętro pokryte jest grubą kopułą firnową, oczywiście ciągnącą się aż po partie szczytowe i wyścielającą całą dolinę. Właściwie nie było by w tym nic złego; mamy raki, dziaby, firn i tak jest lekko rozmokły i chwyta bardzo dobrze. Lecz pierwsze kroki w tą krainę śniegu uzmysławiają mi jeden podstawowy błąd, i dokładnie w tym samym momencie, słyszę za mną głos Agnieszki: „Darek, masz może krem przeciwsłoneczny?” Stanąłem jak wryty. Przed wyjazdem jeszcze o tym myślałem, ale jakaś automatyka w myśleniu nakazała mi: Dolomity – nie ma lodowca – krem nie potrzebny. Bzdura to wprawdzie niesamowita, ale dopiero teraz, czując to cieplutkie promieniowanie idące od śnieżnego podłoża, uzmysłowiłem sobie tragiczność naszej sytuacji. Tragedia? Nie, z pewnością nie, bo gdyby tak było, to natychmiast byśmy zawrócili, my tymczasem... poszliśmy dalej. Dolina Valun de Pisciadu otwierała się przed nami niczym wielki, podłużny, biały kocioł. Pocieszałem się jeszcze, że może po przekroczeniu grani i przejściu na południową stronę śniegu ubędzie, ale z minuty na minutę wątpiłem w taki rozwój sytuacji. Pokrywa śnieżna stawała się coraz grubsza, a konsystencja śniegu rozgrzanego pionowym słońcem coraz nieprzyjemniejsza. Mijając schronisko Cavazza widzimy jedynych dwóch ludzi tego dnia. Poza tym jedynym śladem ludzkiej obecności pozostaje na stoku elegancka serpentyna zjazdu narciarskiego, to wszystko. Szlak jest nie tylko nie przetarty, ale w ogóle nie ma po takowym śladu. W monotonii podejścia wzdłuż doliny odpuszczam myśl wyjścia na szczyt Pisciadu: śniegu jest za dużo, czasu za mało. Myśl ta się tak ewidentnie rozsiadła w mojej głowie, że nawet zapominam podzielić się z nią z Agnieszką, która nagle nie wie co jest grane, kiedy ni stąd ni zowąd, skręcam na prawo odwracając się od szczytu.
Strona:  1, 2, 3, 4


Oceń relację  


Dodaj nowy komentarz
Twoje imię:
Treść komentarza:

Wpisz wynik działania z obrazka:
WłochyWybierz obszar który Cię interesuje

WłochyChcesz wiedzieć więcej?
Zadaj Pytanie
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju