Rowerem przez Ukrainę, Mołdawię, Rumunię, Węgry i Słowację - Dzień 9
Jabba Wyświetlono: 499 razy 2005-12-14 23:53:54![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.91 (76 głosów) |
Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja (4 VIII - 23 VIII 2005, 2068 km)
http://www.jgdula.friko.pl/
12 sierpnia, piątek. Dzień 9.
Nasza pierwsza noc w Rumunii była spokojna, nikt nas nie zaczepiał, nie molestował i nawet gwałcić nie próbował ;) Uprzedzając może trochę fakty napiszę, że Rumunia, wbrew powszechnie u nas panującej opinii, jest krajem bardzo bezpiecznym, pełnym przyjacielsko nastawionych ludzi.
W trasę wyruszyliśmy około 9. Po przejechaniu jeszcze kawałeczka główną trasą, skręciliśmy w bok. Od razu zmniejszył się ruch samochodowy (choć i tak nie był mały) i pogorszyła jakość asfaltu (choć i tak nie była najgorsza). Jechało się ciężko. Było sporo górek, może nie jakichś bardzo stromych i długich, za to w dużej ilości. Wiał bardzo silny wiatr, całe szczęście boczny, ale mimo to przeszkadzał nielicho i bardzo nas spowalniał. A do tego wszystkiego – trąbienie. Rumuńscy kierowcy (zwłaszcza we wschodniej części kraju, na zachodzie jest dużo lepiej) mają idiotyczny zwyczaj trąbienia co chwila. Trąbią na siebie nawzajem, na rowerzystów, na pieszych, a czasami po prostu ot tak sobie. Nie wydaje mi się, żeby robili to ze złej woli, z chęci przestraszenia kogokolwiek. Nie, oni po prostu ostrzegają, że jadą. Cóż, może miało to sens 30 lat temu, gdy samochód był na drogach sensacją i trzeba było klaksonem przeganiać z jezdni stada drobiu i dzieciarni... teraz jednak, gdy człowiek jechał sobie grzecznie tak blisko skraju jezdni, że już bliżej się nie da, a mimo trąbiono na niego kilkadziesiąt razy dziennie, budziło to tylko skrajną irytację. A czasami wręcz stan przedzawałowy, gdy z odległości kilkunastu metrów „ostrzegawczo” ryknął prosto w ucho klakson wielkiego tira. Mimo że spędziliśmy w Rumunii przeszło tydzień, do samego końca nie przyzwyczaiłem się do tego. I zjawisko to uważam za największą wadę podróżowania rowerem po tym kraju.
Z wielkimi bólami jakoś udało nam się dopedałować do przerwy obiadowej. W ciekawym miejscu nam wypadła, bo tuż przy przydrożnej kapliczce. Obok niej, w ramach tego samego ogrodzenia, była studnia i dwie wygodne ławy ze stołem, więc grzech było nie skorzystać. Na obiad oczywiście nieśmiertelny makaron – mieliśmy problem z zagotowaniem wody z powodu wiatru, ale jakoś poszło. W pewnym momencie podeszło do nas dwóch Rumunów. Już się baliśmy, że może zarzucą nam profanowanie kapliczki lub coś w podobnym stylu, ale oni zaczęli tylko żebrać o papierosy. Niestety nie wystarczyło im proste „nie mamy”, musieliśmy o tym zapewniać solennie przez dobrych kilka minut, dopiero wtedy dali nam spokój, i sobie poszli. No właśnie, żebractwo w Rumunii – nie oszukujmy się, zdarza się. Ale nie jest to wielki problem, nam przytrafiło się to zaledwie kilka razy i nie było to bardzo kłopotliwe.
W końcu ruszyliśmy dalej.
| Oceń relację |
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















