Rowerem przez Ukrainę, Mołdawię, Rumunię, Węgry i Słowację - Dzień 11
Jabba Wyświetlono: 465 razy 2005-12-14 23:46:33![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.13 (54 głosów) |
Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja (4 VIII - 23 VIII 2005, 2068 km)
http://www.jgdula.friko.pl/
14 sierpnia, niedziela. Dzień 11.
Rano zebraliśmy się dosyć szybko, bo lepiej nie kusić losu (ale ze śniadania nie rezygnowaliśmy) i ruszyliśmy w dalszą drogą. Na dzień dobry mieliśmy dalszy ciąg morderczego podjazdu z poprzedniego wieczora. Jechało się jednak nieźle i te 13 km pod górę nie dały mi się specjalnie we znaki. Na przełęczy krótki postój w towarzystwie rozbrykanych szalikowców jakiejś lokalnej drużyny, a później szaleńczy, ośmio kilometrowy zjazd w kierunku Georgheni. Było szybko, radośnie i... niebezpiecznie. Wojtek mało co się nie władował w stadko owiec, ja cudem uniknąłem czołówki z rozpędzoną terenówką, dla której serpentyny po zalesionym wzgórzu (a więc bardzo mała widoczność do przodu) nie przeszkadzały w wyprzedzaniu na trzeciego... Ale jakoś cało dojechaliśmy na dół i mimo wszystko – fajnie było :)
W Georgheni zatrzymaliśmy się na zakupy, głównie słodycze, jak zwykle. Nie wspominałem jeszcze o tym, ale Rumunia jest drogim krajem, większość produktów jest tam droższa niż w Polsce... Różnicę widać zwłaszcza na towarach eksportowanych z Polski (jest ich całkiem sporo).
Ruszyliśmy dalej, prosto na południe, w kierunku Braszowa. Zaliczyliśmy tylko jeszcze jedną niewielką przełęcz (niewielki był podjazd, bo zjazd całkiem, całkiem) i znaleźliśmy się w rozległej dolinie, którą mieliśmy podążać przez najbliższe 150 km. Było płasko, ale mimo to nie jechaliśmy szybko, bo hamował nas upierdliwy wiatr wiejący prosto w twarz. Droga nie była jakaś nadzwyczajnie ciekawa. Co prawda widoki na odległe o kilka kilometry góry były nienajgorsze, ale daleko im było do tego, co mieliśmy okazję podziwiać poprzedniego dnia.
No i płasko... może i lżej, ale niewątpliwie też i nudniej...
Tego dnia znowu padało. Całe szczęście akurat i tak mieliśmy zamiar zatrzymać się na przerwę obiadową, więc czasu nie straciliśmy. Schowaliśmy się pod niewielkim zadaszeniem koło stojącego przy drodze bloku, mieliśmy do swojej dyspozycji ławkę, więc warunki wręcz komfortowe. Zanim uporaliśmy się z nieśmiertelnym spaghetti i odspaneliśmy co nieco po tej jakże wyczerpującej czynności, deszcz gdzieś sobie poszedł. Nie tęskniliśmy za nim, zwłaszcza że zabrał z sobą swego kumpla, wiatr ;)
Po przerwie jechało nam się bardzo dobrze i szybko, praktycznie nie schodziliśmy poniżej 28 km/h, i tak jakoś dopedałowaliśmy do wieczoru.
Nocleg wypadł nam bardzo blisko drogi, w niewielkim zagłębieniu terenu, które trochę nas chroniło przed ewentualnymi ciekawskimi. Było tam też niestety dosyć wilgotno i latały chmury komarów, ale off dał im radę :)
Wojtek do Kuby – mój mistrzu! Nie wierzyłem twym słowom, które powiadały o skuteczności offa! Błądziłem!
Kuba do Wojtka – nie ma sprawy, mój uczniu ;)
| Oceń relację |
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















