Rowerem przez Ukrainę, Mołdawię, Rumunię, Węgry i Słowację - Dzień 12
Jabba Wyświetlono: 427 razy 2005-12-14 23:42:53![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.89 (57 głosów) |
Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja (4 VIII - 23 VIII 2005, 2068 km)
http://www.jgdula.friko.pl/
15 sierpnia, poniedziałek. Dzień 12.
Od rana jechało mi się bardzo dobrze i lekko, za to Wojtkowi zupełnie na odwrót – narzekał na brak sił i musieliśmy zwolnić szybkość jazdy. Całe szczęście do południa się rozruszał i mogliśmy przyśpieszyć do naszego normalnego tempa. Ogólnie rzecz biorąc Wojtek to typowy „slow starter”. Rano jedzie mu się ciężko i dopiero po godzinie jazdy nabiera sił i tempo wtedy wzrasta zdecydowanie. A w godzinach popołudniowych mógłby jechać i jechać.
Mając na liczniku 50 km, zjechaliśmy na główną drogę, prowadzącą prosto do niedalekiego już Braszowa. Jechało się tą drogą wyjątkowo kiepsko: była poprowadzono prosto jak po linijce, zero żadnych zakrętów, otoczenie było wyjątkowo nieciekawe, bo monotonne pola, a więc jechało się po prostu nudno. Natężenie ruchu było bardzo duże, jechaliśmy w sznurze samochód, a na dokładkę tego wszystkiego, nawierzchnia nie była asfaltowa, tylko betonowa i co chwila podskakiwaliśmy na łączeniach płyt. Nawierzchnia taka może i jest trwała i o wiele tańsza niż asfalt wraz z podkładem, ale nawet samochodem nie jeździ się po niej komfortowo, nie wspominając o rowerze.
Najgorsze było jednak przed nami. Już w samym Braszowie trafiliśmy na bardzo paskudny objazd – musieliśmy tłuc się wyjątkowo dziurawym asfaltem, czasami wręcz gruntówką i to wszystko w niekończącym się sznurze samochodów wlokącym się kilka kilometrów na godzinę. Ruch co chwila zupełnie się korkował, a droga była tak wąska, że nie zawsze była możliwość wyprzedzenia stojących pojazdów. W końcu jakoś udało nam się wjechać do centrum miasta, ale ta przeprawa kosztowała nas sporo sił i nerwów i ze słynnego Braszowa, uznawanego przez wielu za jedno z najpiękniejszych miast środkowoeuropejskich, zapamiętaliśmy głównie ten nieszczęsny objazd.
Przez miasto przejechaliśmy, nie zatrzymując się nigdzie, można powiedzieć, że zwiedziliśmy je z siodełek rowerów. Wbrew swojej opinii nie zrobiło na nas specjalnego wrażenia, choć zdaję sobie sprawę, że za krótko tam byliśmy i za mało widzieliśmy, żeby wydać jakąś opinię.
Już wyjeżdżając z miasta wstąpiliśmy do supermarketu. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji, bo w Rumunii nie tylko supermarkety, ale w ogóle sklepy samoobsługowe są rzadkością. Market mnie trochę rozczarował, bo mimo sporej powierzchni wybór towarów był tam skromny, ale kupiłem sobie na obiad duży półlitrowy jogurt, który później zjadłem z musli, które wiozłem z sobą jeszcze z Polski.
| Oceń relację |
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















