Rowerem przez Ukrainę, Mołdawię, Rumunię, Węgry i Słowację - Dzień 13
Jabba Wyświetlono: 465 razy 2005-12-14 23:38:55![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:3.04 (54 głosów) |
Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja (4 VIII - 23 VIII 2005, 2068 km)
http://www.jgdula.friko.pl/
16 sierpnia, wtorek. Dzień 13.
Bliska obecność drogi powodowała, że w nocy było wyjątkowo głośno z powodu ruchu samochodowego i niezbyt dobrze się wyspałem, zwłaszcza że doszedł do tego wyjątkowo silny wiatr który nieźle miotał namiotem. Mimo to jakoś udało się noc przetrwać i rano znowu znaleźliśmy się na szlaku. Wiatr wiał bardzo silnie, ale na całe szczęście dla nas w plecy, więc tylko nam pomagał i jechało się bardzo szybko.
Nie ujechaliśmy daleko, kiedy Wojtka zaatakowało stado wielkich, strasznych bestii. No, może nie takich wielkich, bo miały z centymetr długości, ale straszne były bardzo i budziły wielką grozę swym złowieszczym bzykaniem. Tak, tak – pszczoły :) W Rumunii ule są mobilne – na poboczach dróg bardzo często widzi się zaparkowane ciężarówki mające na przyczepie zamocowane piętrowo kilkanaście takich pszczelich domów. Do tej pory nie mieliśmy z nimi żadnych przygód, teraz jednak było inaczej – jadąc drogą wpadliśmy w niewielkie, liczące kilkanaście sztuk stadko owadów. Traf chciał, że w tym momencie akurat Wojtek znajdował się na czele i cały impet pszczelego ataku przyjął na siebie. Przyznaję, ze wstydem wielkim, że widok mojego kolegi wymachującego panicznie rękoma i krzyczącego wniebogłosy był nader komiczny ;) Tak, doskonale wiem, że gdybym to ja był wtedy na przedzie zachowywałbym się zapewne identycznie :) Żeby uciec od skrzydlatych potworów, depneliśmy na pedały ile sił w nogach i kilka chwil później opuściliśmy strefę zagrożenia. Bilans bitwy: Wojtek jedno użądlenie, ja wymigałem się niczym. Straty po stronie pszczół: nieznane, ale mam nadzieję, że choć jedna oberwała ;)
Dojechaliśmy do Fagaras, gdzie zatrzymaliśmy się na zakupy. Niezbyt nam się ten postój udał: najpierw musieliśmy się odganiać od stada młodocianych żebraków (sami byliśmy często brudni i śmierdzący, więc nie rozumiem dlaczego akurat do nas podchodzili po kasę? ), później wyskoczył z pobliskiego sklepu jakiś facet i zaczął nas dosyć brutalnie przeganiać. O co mu chodziło, nie wiem, trochę na niego zdenerwowałem i przygadałem mu do słuchu, nie wydawał się jednak tym specjalnie przejmować – być może wynikało to z nieznajomości przez niego języka polskiego ;)
Szybko załatwiliśmy sprawunki w tym niezbyt gościnnym mieście i ruszyliśmy dalej.
Na niebie istna walka sił mroku i jasności – znaczy się, front atmosferyczny przechodzi. Patrzyliśmy w niebo z niepokojem, pewni że prędzej czy później zacznie padać. W każdej mijanej wiosce mieliśmy dylemat – zostawać gdzieś pod dachem i czekać na wyklarowanie się pogody, czy jechać do następnej miejscowości i ryzykować złapanie deszczu na jakimś pustkowiu.
| Oceń relację |
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















