Rowerem przez Ukrainę, Mołdawię, Rumunię, Węgry i Słowację - Dzień 15
Jabba Wyświetlono: 460 razy 2005-12-14 23:31:12![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.81 (57 głosów) |
Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja (4 VIII - 23 VIII 2005, 2068 km)
http://www.jgdula.friko.pl/
18 sierpnia, czwartek. Dzień 15.
Padało całą noc bez przerwy, przestało dopiero o 10 rano. Obudziłem się wcześnie, Wojtek jeszcze spał, więc umilałem sobie czas czytając książkę, którą przezornie zabrałem z sobą poprzedniego wieczoru.
Gdy w końcu przestało padać, poszedłem zrobić porządek w namiocie. W środku było istne jezioro, którego głębokość sięgała miejscami 20 centymetrów. Sakwy, całe szczęście, zgodnie z obietnicami producenta, mimo że przez kilkanaście godzin taplały się w wodzie, nie przepuściły do środka ani kropelki :) Za pomocą ręcznika udało mi się wybrać wodę i doprowadzić namiot do względnej (bardzo względnej) suchości.
Ruszyliśmy około 11. Zaraz na początku zaliczyłem glebę. A było to tak: żeby dotrzeć do ulicy, musieliśmy sprowadzić rowery ze wzgórza za którym biwakowaliśmy. Wojtek szedł przodem prowadząc swój rower, ja kilkanaście metrów za nim powoli zjeżdżałem. W pewnym momencie Wojtek, nie widząc że jestem tuż za nim, zaszedł mi drogę. Gdy próbowałem go ominąć, rower pośliznął się na mokrej trawie i nawet nie zdążyłem się podeprzeć nogą, gdy już leżałem na ziemi. Jechałem powoli, więc zupełnie nic mi się nie stało, niestety ucierpiał trochę rower, a konkretnie mocowanie sakwy na kierownicę – mimo że zrobione z grubego, solidnego kawałka metalu, pękło sobie. Jakoś się pozbierałem i ruszyliśmy dalej. Niestety, daleko nie ujechaliśmy, bo po przejechaniu 700 metrów znowu zaczęło padać, początkowo skromnie, później rzęsiście. Szczęście w nieszczęściu, że mieliśmy się gdzie schować, bo na dużej, zadaszonej stacji benzynowej.
Źli byliśmy jak osy – drugi dzień deszczowej pogody przypominał nam początek naszej wycieczki, baliśmy się że znowu nas czeka wielogodzinne siedzenie i gapienie się w deszcz. Na dodatek ta nieszczęsna sakwa na kierownicę – jej uszkodzenie było o tyle istotne, że stanowiła ona podstawę pod mapnik. Żeby czymś się zająć, zacząłem kombinować, jak można przymocować sam mapnik do kierownicy, za pomocy kilku sznurków. W końcu się udało, nie wyglądało to może za ciekawie, ale było w miarę funkcjonalne.
Deszcz całe szczęście przestał padać stosunkowo szybko (jako ciekawostkę podam, że w czasie największego nasilenia deszczu, wręcz istnego oberwania chmury, przemknęło drogą dwóch rowerzystów – sakwiarzy) i mogliśmy ruszyć dalej, ale przez kilka następnych godzin musieliśmy bawić się z aurą w kotka i myszkę – poruszaliśmy się skokami po kilkanaście kilometrów, robiąc przymusowe przerwy na przeczekanie kolejnych fali deszczu.
| Oceń relację |
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















