Rowerem przez Ukrainę, Mołdawię, Rumunię, Węgry i Słowację - Dzień 17
Jabba Wyświetlono: 480 razy 2005-12-14 23:23:07![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.95 (58 głosów) |
Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja (4 VIII - 23 VIII 2005, 2068 km)
http://www.jgdula.friko.pl/
20 sierpnia, sobota. Dzień 17.
Rano wjechaliśmy do centrum Satu Mare. Najpierw wizyta w kantorze gdzie wymieniliśmy leje na forinty, ostatnie w Rumunii zakupy aby pozbyć się pozostałych drobniaków i można się kierować w stronę granicy. Nie poszło nam to tak łatwo, bo najpierw pobłąkaliśmy sobie po fatalnie oznaczonym mieście, ale w końcu, po wzięciu na spytki kilku tubylców, udało nam się wyjechać na właściwą drogę. Po pokonaniu jeszcze 10 kilometrów dotarliśmy do przejścia granicznego. 5 minut później byliśmy już na Węgrzech – odprawa poszła szybko i sprawnie, nikt się nawet nie pofatygował aby wbić nam pieczątki do paszportów.
A więc już po Rumunii, skończył się główny etap naszej podróży. Co prawda przed nami jeszcze przejechanie Węgier, Słowacji i sporego kawałka po Polsce, ale to już był tylko powrót do domu. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy – wyprawa powoli miała się ku końcowi...
Pierwsze wrażenia z jazdy po Węgrzech: płasko (zbyt płasko), bardzo dobrej jakości asfalt nawet na bocznych drogach, mały ruch (dużo mniejszy niż w Rumunii), nikt na nas nie trąbi (!!!), bardzo zadbane otoczenie drogi – żadnych śmieci, czysto, porządek, każdy domek tonie wręcz w zasadzonych wszędzie gdzie się da kwiatach. Ogólne wrażenie więc bardzo pozytywne.
Za to pewnym problemem było to, że wszystkie sklepy były pozamykane na głucho, nawet supermarkety. Nie chybi – muszą mieć Madziarzy jakieś święto narodowe (faktycznie, jak później sprawdziłem, 20 sierpnia wypada dzień świętego Stefana). Niestety, tylko z tego powodu mieliśmy duże problemy z obiadem, bo żadnych produktów z sobą nie mieliśmy, a kupić ich nie było gdzie. Doszliśmy do wniosku że w takim razie można by się posilić w jakimś lokalu, jednak gdy doszło co do czego, nie było już tak łatwo. Znalazłem jakąś pizzerię, ale Wojtek stwierdził że jest tam za drogo i jemu w gruncie rzeczy wystarczą wafelki kupione na stacji benzynowej (niestety, nic bardziej konkretnego tam nie było), na co z kolei ja nie chciałem przystać. W końcu postanowiliśmy jechać dalej i rozglądać się za jakimś lokalem, ale tańszym niż owa pizzeria. Ha, łatwiej powiedzieć niż zrobić. Przejechaliśmy 20 km zatrzymując się co kilka minut przy przydrożnych barach, ale wszystkie co do jednego oferowały tylko alkohol i słodycze, żaden nie miał w ofercie nawet głupiego hot-doga. Robiłem się coraz głodniejszy, a na domiar złego nie poruszaliśmy się zbyt szybko, bo Wojtek miał problemy z licznikiem i kilka razy zatrzymywał się aby spróbować coś z tym zrobić – niestety bez skutku. Sam licznik był ok., ale coś nie kontaktowało przy czujniku. Sprawa była o tyle istotna, że mój licznik zmarł śmiercią tragiczną już dobre kilka dni wcześniej.
| Oceń relację |
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















