Rowerem przez Ukrainę, Mołdawię, Rumunię, Węgry i Słowację - Dzień 18
Jabba Wyświetlono: 358 razy 2005-12-14 23:19:59![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.81 (89 głosów) |
Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja (4 VIII - 23 VIII 2005, 2068 km)
http://www.jgdula.friko.pl/
21 sierpnia, niedziela. Dzień 18.
Do granicy węgiersko – słowackiej mieliśmy tylko 40 km, więc już niecałe 2 godziny po wyruszeniu z miejsca biwaku znaleźliśmy się na granicy. Co prawda dojazd do przejścia był kiepsko oznaczony, ale jakoś trafiliśmy. To przejście udało nam się przejechać w rekordowym czasie, bo nie potrzebowaliśmy nawet minuty czasu aby znaleźć się po słowackiej stronie. Jeszcze tylko wymiana pieniędzy na korony (oczywiście niewielkich ilości, w końcu już następnego dnia mieliśmy być w Polsce) i można jechać na podbój Słowacji.
Jechaliśmy większość trasy po głównych drogach, bo nie za bardzo była możliwość inaczej, ale całe szczęście ruch był niewielki, a kierowcy kulturalni, także jechało się bardzo dobrze. Bardzo duży odsetek samochodów był na polskich tablicach, czuć było że do domu już blisko :) Przyzwyczailiśmy się już do płaskich Węgier, a tu nagle znowu trzeba było zmagać się z podjazdami i przypomnieć sobie jak wrzuca się najmniejszą tarczę z przodu ;)
Po dojechaniu do Trebiszowa zatrzymaliśmy się na większe zakupy w supermarkecie. Zaszaleliśmy i kupiliśmy sobie dużego kurczaka z rożna, którego oszamaliśmy zaraz w pobliskim parku.
Mając 90 km na liczniku zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze. Zasadniczo na lody (notabene w Słowacji królują lody Koral, w tym przypadku inaczej nie było), ale nie mogłem sobie odmówić posmakowania słynnego słowackiego piwa. Wziąłem małe, bo nie chciałem niepokoić Wojtka, który i tak wyrażał się sceptycznie na temat mojej zdolności do dalszej jazdy po wypiciu tego trunku. Zimne piwko w upalny dzień to jest to :) Przez chwilę nawet rozważałem wzięcie drugiego, ale na wszelki wypadek wolałem nie przesadzać. Kiedy ruszyliśmy dalej, okazało się, że obawy Wojtka były zupełnie nieuzasadnione – jechało mi się nie gorzej, a nawet lepiej niż wcześniej :)
Pod wieczór trochę się pospierałem z Wojtkiem co do miejsca noclegu, ale obyło się bez rękoczynów ;) i w końcu się dogadaliśmy – rozbiliśmy obóz na łące na niewielkim wzgórzu górującym nad jakimś jeziorem.
| Oceń relację |
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















