Rowerem przez Ukrainę, Mołdawię, Rumunię, Węgry i Słowację - Dzień 19
Jabba Wyświetlono: 410 razy 2005-12-14 23:15:09![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.97 (65 głosów) |
Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja (4 VIII - 23 VIII 2005, 2068 km)
http://www.jgdula.friko.pl/
22 sierpnia, poniedziałek. Dzień 19.
To już ostatni dzień mojej wspólnej wędrówki z Wojtkiem. Dzisiaj mieliśmy w planie dojechać już do Polski i tam się rozstać – ja miałem jechać dalej aż do Biłgoraja, a Wojtek pociągiem do Warszawy.
Rano okazało się, że całkiem niedaleko naszego obozowiska trwają jakieś prace polowe i jeżdżą dwa wielkie kombajny, ale nami nikt się nie interesował i bez zbędnego pośpiechu mogliśmy zjeść śniadanie i się spakować. Jakoś wypchnęliśmy rowery na ulicę (co nie było łatwe, pod górę i na przełaj przez ściernisko) i ruszyliśmy prosto na północ.
Od samego początku jechało mi się po prostu fatalnie – ciężko i topornie, za nic nie mogłem się rozkręcić. Jak na złość było tego dnia dużo podjazdów i strasznie się męczyłem. Za to dla odmiany Wojtkowi noga wyjątkowo podawała i nie było widać po nim żadnego zmęczenia.
Mniej więcej po godzinie zjechaliśmy z głównej drogi na boczną, aby zaoszczędzić sobie kilku kilometrów, ale dosyć szybko zaczęliśmy żałować, bo droga, choć bardzo ładna i malownicza wiła się bo bardzo pagórkowatym terenie i nasza średnia prędkość spadła jeszcze bardziej. Trochę kilometrów faktycznie zaoszczędziliśmy, ale czasowo byliśmy raczej w plecy. Dla mnie w sumie nie miało to tak dużego znaczenia, ale dla Wojtka tak – jeszcze tego dnia chciał znaleźć się w Warszawie i chyba prześladowała go wizja odjeżdżającego mu tuż sprzed nosa pociągu.
W końcu wróciliśmy na główną drogę, która miała tą wielką zaletę, że przynajmniej prowadził a po w miarę płaskim terenie. Oczywiście to „w miarę” to sprawa bardzo względna, ale na pewno jechało się lepiej niż tą boczną.
W przydrożnym barze ostatnia przerwa na wypsztykanie się z drobniaków i jedziemy ostatnie 12 km do granicy już bez zatrzymywania się. Niestety pod koniec znowu trzeba było wdrapywać się na przełęcz, ale jakoś to poszło. Ciekawe jest otoczenie ostatnich kilometrów przed przejściem – co chwila stoją sobie na postumentach różne śmiercionośne narzędzia z okresu II wojny światowej: samolot, czołg, jakieś działa. Mam nadzieję, że Słowakom nie chodzą jakieś głupie pomysły po głowie i nie jest to zakamuflowana koncentracja ich wojsk przy polskiej granicy ;)
Przejście graniczne znowu było szybkie, łatwe i przyjemne, i oto znowu znaleźliśmy się na polskiej ziemi, prawie po 3 tygodniach :)
Wojtek wymienił całą posiadaną przez siebie walutę na złotówki i zaczął kombinować, jakby tu się jak najszybciej dostać do domu.
| Oceń relację |
WęgryWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
















