Wyspa Bohol nalezy do jednych z najmniejszych na Filipinach - zamierzalismy wiec optymistycznie objechac ja rowerami, noo - ewentualnie motorami. Rzeczywistosc nas przerosla - ale dzieki niej zakochalismy sie w transporcie publicznym. Autobusy zatrzymujace sie na kazde gwizdniecie i uderzenie w sufit przez pasazera, pomocnicy wrzucajacy jedna reka bagaze na dach, bilety tanie jak barszcz (jakies 30 pesos za 30 km, czyli zaledwie 50 razy mniej niz proponowane turystom mini-busy). A do tego wiatr wlosy (jak sie je ma) rozwiewa, widoki powoduja trwale rozbieganie oczu... Do tego, Filipinczycy sa naroden niezwykle milym, uprzejmym i swietnie znajacym jezyk angielski (w podstawowce czesc nauki odbywa sie po angielsku). Do tego uczciwi wobec przyjezdnych, co w Azji nie jest oczywiste.
Filipiny - czekolada na polach ryzowych
Beataufniarz2005-12-08 21:06:19
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 4.25 z 5.00. 4 głosów oddanych
Wyspa Bohol nalezy do jednych z najmniejszych na Filipinach - zamierzalismy wiec optymistycznie objechac ja rowerami, noo - ewentualnie motorami. Rzeczywistosc nas przerosla - ale dzieki niej zakochalismy sie w transporcie publicznym. Autobusy zatrzymujace sie na kazde gwizdniecie i uderzenie w sufit przez pasazera, pomocnicy wrzucajacy jedna reka bagaze na dach, bilety tanie jak barszcz (jakies 30 pesos za 30 km, czyli zaledwie 50 razy mniej niz proponowane turystom mini-busy). A do tego wiatr wlosy (jak sie je ma) rozwiewa, widoki powoduja trwale rozbieganie oczu... Do tego, Filipinczycy sa naroden niezwykle milym, uprzejmym i swietnie znajacym jezyk angielski (w podstawowce czesc nauki odbywa sie po angielsku). Do tego uczciwi wobec przyjezdnych, co w Azji nie jest oczywiste.
Do Gor Czekoladowych jechalismy zaledwie dwie godziny, ale droga wila sie jak seprentyna, mimo ze cel znajdowal sie na poziomie niewiele ponad 1.000 m. Ulga - upal stal sie znosniejszy, wial nawet wiatr, a wschodowi slonca towarzyszyly przelotne dreszcze. Gor w Czekoladowym kompleksie jest ponad 1.000, niektore przypominaja babki z piasku, inne babki wielkanocne,jeszcze inne zblizaja sie do idealu stozka. Porosniete trawa i drobna roslinnoscia, zmieniaja barwe w zaleznosci od pory roku - im bardziej sucha, tym bardziej zielen ustepuje czekoladowemu brazowi.
W jedynym, na szczycie wzgorza i z widokiem na slodkie gory, hotelu poprobowalismy miejscowych kwasnych zup,wyrownali poziom krewetek we krwi i nawodnili (koniecznosc - bylo baaardzo goraco) miejscowym piwem San Miguel (0.32 l za 0.5 USD). Choc powstrzymalismy sie od degustacji Vino Viagro (sic!), sily powrocily by podjac dalsza wedrowke. Tym razem na motorze przez wioski i pola ryzowe. Wioseczki po 40 domow, z obowiazkowa szkola, skad dzieciaki wybiegaly na nasz widok z okrzykiem "Hey, Jo" (pozostalosc po latach pobytu wojsk amerykanskich), oraz nazwami nasuwajacymi na mysl pobyt w Ameryce Pld. raczej niz w znajomej Azji: Villa Nueva, Villa Norte... Pola ryzowe w zachodzacym sloncu chyba nie potrafia nie zachwycic, zwlaszcza kiedy ryz jest w fazie gotowej do zbioru i zacheca do zlozenia zmeczonej glowy na jaskrawo zielonych tarasach (pokusa do odparcia, jako ze uprawa wzrasta na blotku...).
Nastepny dzien zapisal sie zlotymi czcionkami w ksiedze rekordow przemieszczania sie z bagazem w upale oraz ilosci pokonywanych z nim schodow. Z rana ruszylismy nad rzeke w Lobok - zywcem przypominajaca krajobraz z Misji. Wielkie, strome zbocza, a w ich dolinie zielona rzeka. Amazonka w srodku Azji! Rajski widok skutecznie jednak rozpraszal odglos pily tarczowej pod hotelem, wiec plecaki w lapy i kolejnych 500 schodow, potem po gruzach w gore, truchtem przez jezdnie i hop do ulubioneo autobusiku wiozacego nas przez Carmen i Seville do parku, gdzie czekal na nas upraginony tarsjusz. Malenki teren powierzony fundacji ratujacej nieliczne okazy endemicznego gatunku, na nim zaledwie 10 objetych ochrona zwierzatek (mimo ochorony, sa wylapywane i nielegalnie srzdedawane zaledwie kilometr dalej). Piekne zwierzatko, chociaz tak puchate, ze trudno glaszczac je, przebic sie przez warstwe futerka do drobnego ciala. I te wolno otwierajace sie, ogromne oczy....
Tarsjusz byl jednym z filipinskich celow wyprawy, wiec spotkanie z nim warto bylo okupic nawet powrotem (znow schody, bagaze i wdepniecie w bagno w celu oczyszczenia butow) polotwartym jeepney'em, gdzie bialy pyl szczelnie pokrywal oczy, wlosy i sprzet foto... Ale przeciez nie dla przyjemnosci w koncu czlowiek jedzie na wakacje...
By przemieszczania nie bylo dosyc, ruszylismy wieczorem na wyspe Suiquijor.... A tam pierwsza noc - coz, ciekawa, ciekawa.
O tym wkrotce, jesli znow dopadniemy internet.
Zobacz zdjęcia:
Filipiny
Filipiny - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj



















gosia, 2007-11-08 08:25:14