Pojecie czasu jest na Filipinach dosyc wzgledne; zarowno z powodu ich rozciaglosci geograficznej (wyspy rozdzielone sa np. 15 min. roznicami stref czasowych), jak i wyspiarskiego postrzegania czasu przez ich mieszkancow.
Kiedy wiec nasz prom mial odplynac o 19, a dokonal tego wyczynu dopiero 1.5 godz. pozniej, nic dziwnego, ze powitanie kolejnej wyspy Siquijor wypadlo grubo po polnocy.<br />W doskonalych nastrojach, po urokiem nowego miejsca, uznalismy, ze w najgorszym wypadku pierwsza noc spedzimy pod gwiazdami. Kierowca trzykolowca dwoil sie i troil, ale zywej duszy w uroczym hoteliku nie odnalazl. Laweczki restauracyjne okazaly sie calkiem wygodne, sarongi chronily przed komarami, a niezbedne potrzeby mozna bylo zalatwic w chronionym przez obrazek ptaka kiwi przybytku. Ech, jak czas wolno plynie, kiedy morze szaleje, wiatr mu dopomaga, a sen nadejsc nie chce. Ech, jak pieknie wolno wtedy czas uplywa! Gdyby jeszcze czlowiek wiedzial, ze natraczywe swedzenie wynika z faktu polozenia sie na seku zamieszkalym przez mrowki, byloby calkiem uroczo.
Wyspa Ognia i Deszczu
Beataufniarz2005-12-08 21:03:19
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 2.67 z 5.00. 3 głosów oddanych
Pojecie czasu jest na Filipinach dosyc wzgledne; zarowno z powodu ich rozciaglosci geograficznej (wyspy rozdzielone sa np. 15 min. roznicami stref czasowych), jak i wyspiarskiego postrzegania czasu przez ich mieszkancow.
Kiedy wiec nasz prom mial odplynac o 19, a dokonal tego wyczynu dopiero 1.5 godz. pozniej, nic dziwnego, ze powitanie kolejnej wyspy Siquijor wypadlo grubo po polnocy.
W doskonalych nastrojach, po urokiem nowego miejsca, uznalismy, ze w najgorszym wypadku pierwsza noc spedzimy pod gwiazdami. Kierowca trzykolowca dwoil sie i troil, ale zywej duszy w uroczym hoteliku nie odnalazl. Laweczki restauracyjne okazaly sie calkiem wygodne, sarongi chronily przed komarami, a niezbedne potrzeby mozna bylo zalatwic w chronionym przez obrazek ptaka kiwi przybytku. Ech, jak czas wolno plynie, kiedy morze szaleje, wiatr mu dopomaga, a sen nadejsc nie chce. Ech, jak pieknie wolno wtedy czas uplywa! Gdyby jeszcze czlowiek wiedzial, ze natraczywe swedzenie wynika z faktu polozenia sie na seku zamieszkalym przez mrowki, byloby calkiem uroczo.
Rano okazalo sie, ze w hoteliku miejsc brak, ale dzieki temu zamieszkalismy obok, na plazy, gdzie wieksze fale zalewaly nam niemal werande. Brak klimy nie doskwieral, jako ze wialo jak w kieleckiem. Morze zielone, niebieskie, stalowe...
W ciagu dnia kajaczek, snorkeling i pozdzierane nogi gwarantowane. W slonej wodzie i w upale goja sie jak marzenie..
Poczatkowo, jako jednostki nieuleczalnie naiwne, zamierzalismy objechac wyspe w kilka dni rowerami. Rowerow jednak nie uswiadczylismy, a jedynym pojazdem zdolnym pokonac gorzysty interior byl miejscowy jeepney. I powiozl nas - po wioskach, wybrzezu, lasach i gorach.
Na pobudzenie apetytu na egzotyczne krajobrazy, ruszylismy na poszukiwanie wodospadu. Szumial juz z oddali, dostojny, kaskadowy, zielony uwodziciel. Lejacy jak z cebra deszcz powstrzymal nas przed kapiela w zimnym naturalnym basenie, ale te kolory, ten zapach swiezosci gorskiej wody w parnym, tropikalnym lesie!
Dla ukojenia rozkolatanego cudem swiata serca, udalismy sie w gorki, gory, gorzyska. Skapane w deszczu i w chmurach, burzyly skojarzenie z legendarna nazwa Siquijor - Wyspa Ognia. Kiedy juz silnik wyl resztkami sil, a kolejna sliska serpentyna drogi lamala nasza motywacje dlaszej jazdy, dotarlismy do celu - drogi prowadzacej do swietej groty. Jeszcze tylko 335 schodow, 3-metrowe paprocie i liscie palmowe czernobylowej wielkosci, mijane co 50 m. drogowskazy w postaci krzyzy z kolejnymi katolickimi swietymi...
I oto tajmnicza grota okazuje sie byc malenka wneka w skale z postacia Maryjki, powstala w zamierzchlym 1984 roku... Ale droga w ciemnym huczacym od drobnego zwierza lesie niezapomniana!
Ile sil w plucach, dopominalismy sie o slady slynnej na caly swiat suiquijorskiej czarnej magii. Na prozno - mistrzowie ceremonii woo-doo przekwalifikowali sie na masazystow, a jedyna wskazowka na istnienie "nieznanego" byl widok zgromadzonych w otwartym grobie miasteczka San Juan czaszek i kosci spoczywajacych niegdys w pokoju zmarlych.
No coz, buty wyschly, hotelowy zapas rumu i kalamansi (drobne lemonki) wykonczylismy, pozostaje sie pozegnac i z Salamat (po filipinsku: dziekuje) na ustach, przeniesc sie na kolejna wyspe - tym razem Negros Oriental.
Zobacz zdjęcia:
Filipiny
Filipiny - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj



















