Turcja 2005 - Trzy wulkany - Suphan Dagi - część II
tojazwin Wyświetlono: 1434 razy 2005-11-20 15:17:53![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.19 (136 głosów) |
Turcja 2005 - Trzy wulkany - Suphan Dagi
http://www.tompress.wroclaw.pl/
Dzień piąty, 11. czerwca 2005:
Po śniadaniu (jogurt, melon, oliwki) idziemy na przystanek dolmusów , by udać się do Adilcevaz, położonego u stóp Suphan Dagi. Tak po prawdzie, to okazuje się, że dolmus jedzie tylko do miasteczka Ahlat, żeby się dostać do Adilcevaz trzeba się przesiąść (mimo że dolmusy w Tatvan mają tabliczkę „Ahlat/Adilcevaz”). Na miejscu pytamy o transport do wioski Harmantepe i zostajemy skierowani do ...sklepu warzywnego. Tam jest nasz kontakt z kierowcą. Przy pomocy tłumacza w postaci 12-letniego Yassina (tata ma sklep obok) umawiamy się na następny dzień, podróż będzie nas kosztować 15 YTL. Potem kręcimy się trochę po egzotycznym miasteczku, podziwiamy ruiny twierdzy na wzgórzu i gasimy pragnienie w jedynym napotkanym we wschodniej Turcji pubie. Wracając przez Ahlat postanawiamy zwiedzić seldżucki cmentarz i okazałe grobowce, położone pod miastem. Kierowca jest chętny, po drodze zaprasza nas do miejscowej herbaciarni, gdzie budzimy życzliwe zaciekawienie.
Cmentarz, z omszałymi nagrobkami i poważnie nadgryzionymi zębem czasu pomnikami, to miejsce magiczne, na chwilę przenosimy się o kilkaset lat wstecz. Kolejne napotkane żółwie znakomicie harmonizują z nastrojem oazy spokoju, jaką jest zabytek - nawet na tle niespiesznie żyjącej wschodniej Turcji Po okolicy oprowadza nas podwieziony jednym busem starszy pan, który okazuje się miejscowym imamem – czyli czymś w rodzaju proboszcza. Gdy oglądamy imponujący grobowiec z XIII wieku nasz przewodnik wdziewa szaty liturgiczne i przez głośniki wzywa wiernych na modlitwę. Po powrocie do Tatvan uzupełniamy prowiant i idziemy do kafejki internetowej.
Dzień szósty, 12. czerwca 2005:
Z całym majdanem pakujemy się do dolmusa, po obowiązkowej przesiadce lądujemy w Adilcevaz. Wygląda na to, że wcześniej umówiony bus jest nieaktualny, ale szybko znajduje się inny chętny do zawiezienia nas do Harmantepe. Nic, że stareńka renówka to zwykłe auto osobowe, przecież klapę bagażnika można podwiązać.
Zostawiamy też depozyty u ojca Yassina i wraz z naszym tłumaczem udajemy się zameldować w żandarmerii. Kierowca twierdzi, że inaczej nie może nas zabrać do Harmantepe, zresztą o obowiązku odwiedzenia „żandarmy” mówiono nam też w Tatvan. Cóż, nie ma się co dziwić, jeszcze kilka lat temu te rejony były objęte wojną domową, a cudzoziemców w ogóle tu nie wpuszczano. Dziś środki ostrożności (trasportery opancerzone na rogatkach miast, posterunki na drogach) są raczej podyktowane bliskością granicy z Irakiem (około 100 km). Żołnierze i oficerowie są bardzo uprzejmi, nie wypisują żadnych przepustek, ale kserują nasze paszporty i każą się odmeldować, gdy wrócimy. To jednocześnie rodzaj zabezpieczenia – gdybyśmy nie wrócili o czasie, pójdą nas szukać.
| Oceń relację |
TurcjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju























