Belize. Przelotnie tylko smigniemy przez ten niewielki, dziwny kraj. Najwieksza zmora podrozy sa wizy...
Belize i Gwatemala



Kinga2003-11-23 12:48:07
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Ocena 5.00 z 5.00. 1 głosów oddanych
drzewko cytrynowe. Nawet kilka. To musi byc Tintal, bo drzewo cytrynowe mialo byc znakiem. Miejsce, do ktorego mielismy dotrzec wczoraj i stad juz podobno prosta droga doprowadzi nas za okolo osiem godzin marszu prosto do El Mirador. Jest nadzieja. Idziemy. Zrywamy jeszcze tylko kilka cytrynek, ktore wkrapiamy do butelek z woda ze stawku. Slyszelismy, ze dziala to dezynfekujaco, a nie mamy tyle paliwa i czasu, aby wode gotowac. Idziemy. Lecz coz - sciezka, ktora miala byc jedna i prosta rozdwaja sie. probujemy najpierw te, ktora idzie prosto, choc kompas mowi, ze bardziej na wschod niz na polnoc, gdzie mielismy sie caly czas kierowac. Zawracamy. Idziemy sciezka, ktora odbija w bok, ale dokladnie na polnoc. Tylko mialo byc pod gore, a tu plasko. I bloto. I coraz wiecej blota. I wiecej. Przedzieramy sie, przedzieramy, az docieramy do miejsca, gdzie bez kajaka dalej nie ma szans. Woda przykrywa wszystko i nie ma sciezko obchodzacej wode, tylko gesta sciana dzungli. Tego nie przebedziemy. Z bolem zawracamy. Pozostaje tylko sprobowac druga sciezka, z ktorej wczesniej zawrocilismy. Zmeczeni, spoceni, pogryzieni, docieramy z powrotem do Tintal, zrywamy kilka cytrynek wiecej i wchodzimy na druga, tzn. pierwsza sciezke. Tu wyglada lepiej. Nie ma blota, idzie bardziej pod gore, kompas mowi, ze kierunek coraz bardziej sie zgadza. To musi byc ta. Nadzieja dodaje nam skrzydel. Posuwamy do przodu. Lecz to to... znowu bloto. I coraz wiecej. Co nam to przypomina? I staje sie to, o czym nie chcialam nawet myslec. Znowu napotykamy wielka, nie do przejscia wode. Koniec. Wody nie przeplyniemy. A innej sciezki juz nie ma. Nie zobaczymy wschodu slonca ze szczytu piramidy. Z ciezkim sercem zawracamy. Bez nadziei idzie sie beznadziejnie. Nie myslalam, ze w ogole tyle przeszlismy. W koncu docieramy po raz trzeci dzisiaj do Tintal. Jeszcze przeprawa przez wode spowrotem do miejsca, gdzie spalismy wczoraj. Na pocieszenie gotujemy sobie pod moskitiera pyszny makaron z reszta warzywek. Nie chce mi sie nawet myslec o jutrzejszym dniu.
21 grudzien 1999
Wyczerpani, spoceni, smierdzacy i pokaszeni jak nigdy przedtem przez komary, docieramy w konu z powrotem do wioski. Nie zobaczywszy ruin, ale spedziwszy trzy dni w dziczy. Po raz ktorys obiecujemy sobie - nigdy wiecej dzungli. Teraz, kiedy wykapalismy sie cudownie w rzece i przepralismy zablocone ciuchy, i siedzimy sobie przed chatka i nie musimy juz nigdzie sie przedzierac, wyglada to troche inaczej. Gdybysmy nie wybrali sie w poszukiwaniu ruin, nie zobaczylisbysmy tej wioski, nie poznalisbysmy tej rodzinki, nie spedzilisbysmy trzech dni zdala od cywilizacji.
22 grudzien 1999
Poranek w Carmelicie. Rano spadl deszcz i zmoczyl nasze suszace sie na drucie kolczastym rzeczy. Posiedzielismy w domku naszych gospodarzy. Niesamowite, mieszkac w domu z podloga po prostu z ubitej ziemi, gdzie reszteke wody, czy jedzenia rzuca sie bezposrednio na podloge, gdzie laza tam i z powrotem kury z kurczaczkami wydziobujac resztki, i psy, i czasem wedra sie male czarne swinki. Nagle - uslyszelismy zdala nadjezdzajacy samochod. Przyjechal pickup z chlebem, a raczej ze slodkimi bulkami przyjezdzajacy dwa razy w tygodniu. Zabralismy sie z nim z powrotem do Rancho de los Ninios...
...więcej na...
kinga & chopin
Zobacz zdjęcia:
Gwatemala
,
Belize
Gwatemala - wybierz obszar, który cię interesuje:

Zaloguj się
Przyłącz się do społeczności miłośników podróży
Twój profil
Wyloguj





















