WYPRAWY ROWEROWE - Do okoła Bałtyku - Dzień 11 - 17
Jabba Wyświetlono: 758 razy 2005-10-20 22:40:09![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.16 (160 głosów) |
Dookoła Bałtyku ( 29 VI - 21 VII 2001, 4401 km )
http://www.jgdula.friko.pl
9 lipca, poniedziałek. Dzień 11.
Po godzinie czy dwóch jazdy dotarłem do granicy fińsko - szwedzkiej. W ostatnim mieście po fińskiej stronie zrobiłem w supermarkecie większe zakupy wydając wszystkie marki jaki mi zostały.
Sama granica była bardzo śmieszna, bo jej w ogóle nie było. Zmianę kraju można było poznać po tym, że nagle nad ulicą zamiast flag fińskich pojawiły się szwedzkie. Z jednej strony taki brak granic to fajna sprawa, a z drugiej, to przez to nie mam szwedzkiej pieczątki w paszporcie :o(
Szwecja przywitała mnie niezbyt gościnnie. Był straszny upał, wróciły nagle górki, o których zdążyłem już przez ostatnie dwa dni zapomnieć. Do tego pojawił się silny wiatr, spowodowany zapewne bliskością morza i, co najgorsze, muchy. Co prawda nie gryzły, ale było bardzo denerwujące, jak latały nade mną całymi chmurami obsiadając od czasu do czasu, zwłaszcza na podjazdach. Towarzyszyły mi przez większą część dnia.
Z noclegiem mi się nieźle tego dnia udało - za jakimś parkingiem wypatrzyłem prowadzącą niewiadomo gdzie drużkę. Pojechałem nią - doprowadziła mnie do miejsca na grilla, z wielkim rożnem i dwoma drewnianymi domkami. Rozbiłem się w jednym z nich. Bez namiotu, po prostu położyłem karimatę na podłodze.
203 (2144) km
10 lipca, wtorek. Dzień 12.
Kurcze, zaspałem. Zwykle wstawałem o 6tej lub 7mej, tego dnia obudziłem się około 8.30. I kto wie, może bym spał jeszcze, gdyby wokół mojej chatki nie zaczął jeździć wielki traktor z przyczepioną równie wielką kosiarką do trawy. Wywlokłem się z mojego domku, zamieniłem kilka przyjaznych słów z kierowcą traktora i czym prędzej ruszyłem, aby gonić stracony czas.
Ten dzień mimo braku upału był ciężki. Górki były całkiem spore, a wiatr coraz silniejszy. No i nie wolno zapominać o tym nieszczęsnym, chropowatym asfalcie, też robił swoje. Jechało mi się bardzo topornie i tego dnia zaliczyłem pierwszy kryzys - taki, że mimo najszczerszych chęci nie ma się siły jechać po prostej szybciej niż 15 na godzinę, a najmniejsze wzniesienie jest nie do pokonania. W końcu, po dłuższej przerwie udało mi się go pokonać, ale jazda cały czas daleka była od swobody.
Nocowałem na parkingu nad jakimś jeziorkiem - było całkiem sympatyczne i pływały po nich małe kaczuszki.
190 (2334) km
11 lipca, środa. Dzień 13.
W nocy przeżyłem wielką burzę. Lało jak z cebra, błyskało co chwile i waliły ogłuszające grzmoty. A ja w takim malutkim namiocie... Całe szczęście przeszedł on pomyślnie tę próbę. Całość trwała z godzinę, po czym zrobiło się cicho.
Od samego rana wiedziałem, że czeka mnie ciężki dzień.
| Oceń relację |
SzwecjaWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju



















