Na ciepłe południe
Kinga Wyświetlono: 473 razy 2003-11-22 16:03:39![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.76 (86 głosów) |
Po leniwym tygodniu w domu, spedzonym z rodzinka w Vancouver, przed telewizorem i komputerem, czas w dalsza droge. Na poludnie.
...wybrane fragmenty...
Po leniwym tygodniu w domu, spedzonym z rodzinka w Vancouver, przed telewizorem i komputerem, czas w dalsza droge. Na poludnie. Tam gdzie cieplej. Na Alasce zima, w Vancouver ciepla, deszczowa jesien, czy na poludniu bedzie lato? Teraz, pod koniec roku? Zobaczymy. Jutro ruszamy.
24 listopad 1998
Znowu w STANACH!
Seattle. I jest super. Jak zawsze, kiedy podrozujemy. Zero problemu z przekroczeniem granicy. Podwiozl nas Wojtek, granice przeszlismy pieszo. Pan urzednik spytal tylko czy nic nie przewozimy. Nie? To: "Have a nice day". I niewazne, ze moja wiza juz stracila waznosc. Wazna jest kartka w paszporcie z Nowego Yorku, ze mozemy przebywac w tym wspanialym kraju przez 6 miesiecy.
Za granica nie zdazylismy jeszcze porzadnie stanac na stopa, juz zatrzymal sie jeden gosciu. Dal nam nawet namiary na swoich znajomych w Seattle, gdzie mozemy sie zatrymac. Ale... za duzo dobrego na raz. Mamy akurat umowionych servasowych hostow. Wysiedlismy w downtown i przeszlismy sie pieszo przez miasto odnalezc Nancy i Tony'iego. Kilka kilometrow, z plecakami, juz po ciemku i w deszczu. Ale to nic, dobrze trafilismy. Wspaniale malzenstwo kolo piecdziesiatki, dawni hippisi, podroznicy. I podoba nam sie Seattle i w ogole atmosfera w Stanach. A Wojtek mowil, ze jak tylko przekroczy sie granice, jest brudno, szaro i ponuro. Ale to samo mowia Amerykanie o Kanadzie.
25 listopad 1998
Ciagle pada. Wypozyczylismy wiec sobie dwa niezle filmy z wypozyczalni i tak spedzamy czas w mokrym Seattle.
(...)
27 listopad 1998
Tajemnicza magia nasza podroznicza znowu zaczyna dzialac ze zdwojona sila. Ale po kolei...
Nasza wspaniala rodzinka z Seattle odwiozla nas na wylotowke. Ruszamy dalej, mamy umowionego kolejnego hosta w Salem, stolicy Oregonu. Dwa pierwsze stopy - natychmiastowe. Potem, abysmy sie zbytnio nie przyzwyczajali, dlugo, dlugo nic. I nawet Chopinowi zimno sie zrobilo. Ale jak zwykle nie czekamy bez powodu. Czekamy na tego konkretnego czlowieka. Mark, smieszny, ekscentryczny gosciu na emeryturze. Totalnie po amerykansku wyluzowany, lekki odjazd na punkcie swoich klockow lego oraz golfa. Cieszy sie ogromnie, ze sie zatrzymal, jestesmy jego najlepszymi przyjaciolmi. Opowiadamy o naszej podrozy, gdy dochodzimy do momentu, gdzie z Kaliforni planujemy przejechac rowerami na Floryde (nasz najnowszy projekt), Mark mowi, ze ma akurat dwa rowery, ktore nam z checia odda, bo ani on, ani jego zona ich juz nie uzywaja. Czy to nie przeznaczenie? No i zamiast w Salem, ladujemy w domku u Marka, w malym miasteczku za Portland.
A wieczorem zabiera nas na olbrzymia pizze (tu rzadko gotuje sie w domu), podzielona na trzy: jeden kawalek ze wszystkimi mozliwymi wedlinami i miesami, drugi wegetarianski z serem (dla Chopina) i trzeci wegetarianski bez sera, czyli veganski, dla mnie oczywiscie.
| Oceń relację |
Stany ZjednoczoneWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju













