USA 1998 - Pustynia Nevady - Cedar Creek - Bryce Canyon
janusz1 Wyświetlono: 1044 razy 2005-10-11 23:34:44![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.47 (113 głosów) |
W sierpniu 1998, tuż po powrocie ze wspaniałych wakacji w Laponii, zostałem zaproszony na przepracowanie miesiąca w Instytucie Fizyki Cząstek Elementarnych Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz. Rok wcześniej po zakończeniu podobnej wizyty wybrałem się już w ramach prywatnych wakacji na Hawaje. Tym razem zdecydowałem się na szalony rajd po parkach narodowych południowo-zachodniej części USA. W ciągu tygodnia zrobiłem pętle o długości ponad 4000km: z San Jose na wschód w poprzek Kalifornii, Nevady i Utah aż pod granicę z Colorado, po czym na południe do Arizony i z powrotem na zachód do Los Angeles.
http://www.fuw.edu.pl/~rosiek/photo/jr_photo.html
Moja wielka podróż po Stanach zaczęła się w sobotę 5 września 1998. Rano spakowałem swoje rzeczy, wymeldowałem się z pensjonatu w którym mieszkałem w Santa Cruz, wsiadłem w autobus i pojechałem do odległego o 40km San Jose, stolicy Krzemowej Doliny. Na lotnisku miałem tam odebrać z wypożyczalni zarezerwowany wcześniej samochód - dostałem wielkiego Forda Contour. Włączając się nim do sporego ruchu wokół lotniska przeżyłem jak zwykle parę trudnych chwil - przestawienie się na jazdę z automatyczną skrzynią biegów wbrew pozorom nie jest takie oczywiste - po czym ruszyłem na wschód!
Moim pierwszym celem był Yosemite National Park. W Yosemitach spędziłem już wspaniały weekend w listopadzie 1997, ale oczywiście nie zdążyłem wtedy obejrzeć wszystkich najciekawszych miejsc i chciałem dotrzeć do pozostałych teraz. Nie udało się - zawiodła pogoda. Gdy wjechałem do Yosemite Valley, powitała mnie prawdziwa ściana deszczu, nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej widziałem taką ulewę! Widoczność nie przekraczała kilku metrów, a w płynącej drogą regularnej głębokiej rzece brodził powoli sznur samochodów. Udało mi się co prawda w chwilowym przejaśnieniu zobaczyć przez moment szczyt Half Dome, na który wszedłem rok wcześniej, na tym jednak zwiedzanie gór się skończyło - przejechałem przez nie tylko i o zmroku dotarłem na granicę Kalifornii i Nevady, nad wielkie jezioro Mono Lake. Nad jego brzegami w kilku miejscach zachowały się naprawdę niezwykłe formacje wulkanicznych popiołów - po dość wariackim rajdzie fatalnymi szutrowymi drogami zdążyłem do nich dotrzeć tuż przed zapadnięciem zmierzchu i zrobić parę interesujących zdjęć.
Ponieważ środkowa Nevada nie jest bardzo urozmaicona - setki kilometrów pagórkowatej półpustyni - postanowiłem jej część przejechać jeszcze w nocy, aby następnego dnia mieć więcej czasu na zwiedzanie ciekawszych terenów. Po wyjechaniu na równiny pogoda zrobiła się doskonała - rozgwieżdżone niebo i księżyc w pełni. Mimo to jazda po ciemku po z pozoru zupełnie pustej szosie wcale nie była bezpieczna - droga prowadziła przez bardzo pofalowany teren, ograniczający widoczność, a na poboczach stały liczne ostrzeżenia przed "możliwością zderzenia z krowami pasącymi się na otwartej przestrzeni" (przypominały mi znaki "uwaga niewidzialne krowy", które widziałem rok wcześniej na Hawajach). Na żadną krasulę udało mi się nie najechać, ale i tak o mało nie wpadłem w poważne kłopoty - doświadczenia z Europy nie przygotowały mnie na jazdę po terenie gdzie odległość między stacjami benzynowymi dobrze przekracza 200km...
| Oceń relację |
Stany ZjednoczoneWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju




















