Autostopem po Europie 2003

NaczelnyFilozof Wyświetlono: 3509 razy 2005-09-23 21:42:24
  Ocena:3.09756097561 (41 głosów)


Polska -> Słowacja -> Węgry -> Chorwacja -> Słowenia ->
Włochy -> Francja -> Andora -> Hiszpania ->
Francja - > Niemcy -> Czechy -> Polska

Do ostatniego dnia nie wiedziałem ile urlopu dostanę. Więc nie wiedziałem zasadniczo w które rejony Europy sie wybiorę. Gdybym dostał 2 miesiące pewnie zobaczyłbym Norwegie i Portugalię...
Poniedziałek. Praca. Pierwsza zmiana. Nerwówka bo nie wiem co z urlopem. Dowiaduje sie w końcu że mam ponad 4 tygodnie. Od jutra wolne. Po 14:30 wychodzę z pracy i gnam na rowerze do domu. Obiad, pale samochód i załatwiam na mieście karte Euro26 - student. Na sklepy i zakupy. Wszystko szybko. Do banku szarpnąć kase z konta i w kantor.
Jeszcze do znajomej modem podłączyć...
Ostatnia kolacja w kraju...
Jutro pierwszy dzień...


Dzień Pierwszy.
Jeleśnia - Korbielów - Dolny Kubin - Banska Bystrica - Zvolen - Krupina - ???




Nadszedł ten dzień. Rano wstaje. Ostatnie zakupy. Pakuje plecak. Trochę przeraża mnie jego waga. Samemu trzeba wszystko dzwigać. Ale w końcu wychodzę z domu. Cel - Portugalia. I to była jedna z najwspanialszych chwili całej wyprawy. Wyjśćie z domu. Odwracam się i patrzę na znajomy widok. W co Ja się pakuję? Nie wiem. Ale człowiek tyle jest wart, ile może się sprawdzić...

Jako że mieszkam na poludniu Polski - Żyweczczyzna - kieruję sie na pobliskie przejście graniczne - Korbielów. Draga powiatowa 945. Do granicy jakieś 10 kilometrów. Idę z plecakiem na przystanek PKSu. W międzyczasie stopuje. Ale Polacy takim narodem są, że sie nie zatrzymują. Na przystanku czekam 20 minut na autobus. Oczywiście kiwam i kiwam, i nikt sie nie zatrzymuje. Pewnie dlatego, że nie mam wprawy ;) Spotykam jeszcze kolegę - Arka Waligórę. Na rowerze gdzieś pomyka... O 12:04 siadam w PKS do Korbielowa. Ostatni przystanek w Korbielowie. Do granicy 2 kilometry. Spacerek więc drogą pod górę do przełęczy Glinne. Beskidy, czyli lasy mnie otaczają. Ruchu prawie zero do granicy więc nie ma co zatrzymywać. Myślałem już sobie że stanę sobie za przejściem granicznym, albo że będę pytać kierowców na przejściu granicznym. Ale udało mi sie zatrzymać jakiś kilometr przed przejściem granicznym - Opla Corse. Młode małżeństwo mnie zabrało. Aż do Ruzomberoka...



Słowacja.




Polacy wysadzili mnie w centrum. Jechali dalej, ale w stronę Słowackich Tatr, a później na Węgry. W Ruzomberoku bankomatu szukam, bo nie mam koron słowackich. Bez problemu znajduje. Supermarket i w dalszą drogę. Idę więc wzdłóż drogi nr 59 (czyli E-77) przez miasto. Beznadziejnie, bo jezdnia dwupasmowa i samochody za szybko jadą. Ale kilkaset metrów i mam bardzo szerokie asfaltowe pobocze. Nawet karton sie znalazł w trawie. Piszę "BB" (Banska Bystrica), czekam dwie minuty i jadę 53 kilometry Skodą Felicją. Gościu z firmy produkującej tokarki. W Banskiej Bystricy zawozi mnie za miasto, w okolice dużych hipermarketów. Tam też zaopatruje sie w papier, na którym piszę ZV (Zvolen). Problem bo droga dwupasmowa, samochody grzeją. Ale widze autostopowicza w dobrym miejscu, stoi na pasie włączającym do ruchu. Podchodze. Słowak. Targa na Bratysławe. Gadamy chwile, i ustawiam sie za nim. Stoimy z 20 minut i nic. Więc biorę plecak i idę wzdłóż drogi patrząc za lepszym miejscem. Kończy sie chodnik, idę drogą, co chwilę odwracam sie i próbuje coś zatrzymać. I zatrzymuje sie Skoda Felicja. Gościu jedzie za Zvolen, na Lucenec. Niby bym miał na Węgry wtedy tylko z 20 kilometrów, ale później miałbym więcej do Budapesztu. Wysiadam więc na skrzyżowaniu na Sahy. Na szczęście to nie centrum miasta. Za skrzyżownaiem nie ma gdzie łapać, brak pobocza, chodnik z krawężnikiem. Dochodzę do zatoczki, pewnie kiedyś był tam przystanek. Pare minut i już jadę do Doberj Nivy. Dwie babki starsze zabrały mnie VW Polo. Wysadziły mnie w środku wioski, obok baru. Wchodzę i kupuje pokazowo ...zimną Colę ;) Siędzę i rozmawiam z lokalnymi stałymi bywalcami baru - dwoma dziadkami.

Z wioski bierze mnie jakiś stary Seat. Krupina. Miasteczko malutkie. Gościu wysadza mnie w centrum. Więc plecak na plecy i idę główną ulicą i w między czasie stopuje. Nie ujdę kilka metrów jak nie zatrzymie sie Skoda Felicja. Kilkanaście kilometrów robie. Wysadza mnie gociu przy restauracji, na odludziu, bo mówi często tu Tiry stoją tu często w drodze do Węgier. Mała restauracja. Skusiłem sie na frytki z kurczakiem ;) W miedzyczasie zajechał autokar z Polakami. Dzieci małe. Kolonia może albo coś takiego? Zbieram sie na drogę. Idę drogą pod górkę. ruch mały więc nie ma co zatrzymywać. 7 wieczór dochodzi. Zatrzymuje starą Skode 120. Gościu młody zawozi mnie do pobliskiej wsi. Nawet nie mam jej na mapie. Znowu plecak ciężki na plecy i w droge. Wychodzę ze wsi i idę w stronę Węgier. Może jest jeszcze z 20 kilometrów. Ruchu prawie nic. Podejmuje decyzje że koniec na dziś. Więc rozglądam sie za miejscem do spania. Droga tam biegnie w dolinie. Na szczęście dość szerokiej. Schodzę w polną drogę i na jakimś polu/pastwisku pod laskiem rozbijam namiot. Kolacja. Słowacja okazała sie wspaniałym krajem do stopowania.


Liczba pojazdów: 8
Dystans: 205 km.
Dzień Drugi.
??? - Sahy - Budapeszt - Balaton





Poranek. Pierwsze co robie to sprawdzam pogode. Niebo błękitne. Cieszy mnie to. Robię porządne śniadanie, najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Herbata, wczorajsze bułki, zupka chińska. Składam namiot. Pełno koników polnych. Wychodzę na drogę. Nie wracam sie do wsi, idę pomalutku w stronę Węgier. Ruch rano bardzo mały. Idę prawie ...godzinę! Może temu że blisko granica? Zatrzymał sie mi dopiero ...Liaz ciężarowy z przyczepą. Gościu fajny. Opowiadał o wspaniałych polskich drogach, jeździł kiedyś na tirach do Nas. Podwiózł mnie do rozwidlenia na Sarovce. Dochodzę do stacji paliwowej i łapie Skode Fabie. Młody chłopaczek. Muzyczka techno klasy Vivy. Podwozi mnie do samej granicy w miejscowości Sahy. Za ostatnie korony dzwonie do domu i przekraczam granice. Witaj Magyarorszag!



Węgry.





Siadam na ławeczce no Węgierskiej stronie. Nie wiedziałem czy iść pytać na pobliskie Tiry czy jadą na Budapeszt czy stanąć za przejściem. Poszłem do kantoru. Zmieniłem 5$ na forinty. Postanowiłem spróbować stopować. Za przejściem trochę z górki jest, w koszu na śmieci znalazłem biały karton. Markerem napisałem Budapeszt. Postawiłem plecak. I zatrzymałem po minucie pierwszy samochód. Nie wierzyłem. Pytam gościa po angielsku czy jedzie do Budapesztu. Coś mi mówi w ich języku. Pokazuje mi mape - Vac. Może być. 40 kilometrów też dobre - pomyślałem i siadam w starego VW Passata. W trakcie jazdy okazuje sie że gociu umie mówić po niemiecku. Wię rozmowa idzie. Dowiedziałem sie że przejeżdżaliśmy np przez miejscowość typowo socjalistyczną. Wybudowano mieścinę bez kościoła.
W Vac gościu mówi mi że jedzie dalej do Budapesztu ale muszę poczekać na niego 30 minut. Załatwia jakieś ubezpieczenie zdrowotne. Więc czekam w samochodzie, podziwiając Węgry. Krainę Suzuki Swifta (posiadam taki pojazd 91r). Pełno Swiftów. Węgry dziwnym sposobem jako państwo socjalistyczne nie produkowało swych samochodów. Masa więc importowanych Trabantów.

"Ruscy mieli czarne Wolgi, wszytkie dzieci sie ich bały,
w NRD były Trabanty, z Wartburgami sie ścigały.
Czesi mieli swoje Skody, a w rumuni były Dacie
Każdy kraj miał swoje mody, nasza przyszłość była w Fiacie..."
Chyba tak to leciała ta piosenka. ;)

Budapest. Gościu wysadził mnie w centrum. Kiedyś z wycieczką klasową w mieście tym byłem więc w miasto sie nie zagłębiałem. Poprostu szłem przed siebie szukając dworca kolejowego. Kiedyś gdzieś na sieci czytałem że są trzy główne dworce. Wchodzę więc do duuużżżego banku i na Informacjii (bankowej!) pytam o drogę do dworca, z którego można sie dostać nad Balaton. Po angielsku. Ci mi znowu tym ich dziwnym językiem coś mówią. To ja tłumaczę Balaton -> Trejnstejszyn! Zawołali jakąś młodą -chyba praktykantke- umiała po angielsku. Mam jechać tramwajem numer 6 do końca, później 61. Decyduje sie iść pieszo za szynami ;) Zrobiłem ładne koło, ale porobiłem zakupy w spożywczym, szarpłem kase z bankomatu. Koniec torów okazał sie dużym placem na którym tramwaje miały coś w rodzaju dworca. Stacja metra też była. Znajduje mape miasta, ale zniszczona częściowo przez wandali. Ale jakaś Budapesztanka widząc turystę z wielkim plecakiem próbującego odczytać zniszczoną mapę Budapesztu pyta czego szukam. Dogadujemy sie po angielsku. Upewniam sie w którą stronę iść. Więc za szynami po których jeździ tramwaj nr chyba 61 idę na dworzec. Chwila i jestem w wielkiej budowli. Czasy socjalistyczne. Widać. Stojąc w kolejce po bilet, odjeżdża mi pociąg nad Balaton. Następny za godzinę. Kupuje bilet do Siófok. Czekam i wsiadam. Druga klasa, ale nowe wagony. Klimatyzacja. Wygodne fotele. Dziwy. Gdzie ta nasza PKP.

Pogoda sie pogarsza. Niebo sie zachmurzyło. Ale z okien pociągu widzę wspaniałą rzecz - Balaton. Morze Węgierskie ;) Piękny widok. Fale powstające od wiatru, ciemne chmury. Wysiadam w kurorcie wczasowym. Turyści pouciekali przed deszczem. Znajduje punkt informacji turystycznej, dowiaduje się jak wydostać z tej miejscowości. Więc idę szosą, już w deszczu. Kurtka przeciwdeszczową wyciągam i worek folowy na śpiwór. Dochodzę do świateł. Łapię kilka minut za światłami. Ludzie dziwią sie, tak jakby autostopowicza nigdy nie widzieli. Nawet szydersko wyciągają kciuk do góry. Zbieram plecak idę wzdłuż drogi. Po kilkunastu metrach zatrzymuje Fiata CC. Z młodym gościem nie pogadałem, bo cały czas nawijał przez komórke. Może z 10 km przejechaliśmy, wysadza mnie na przystanku w jakimś kurorcie. Przystanek z zatoczką mały więc idę drogą szukając lepszego miejsca. Beznadzieja bo droga dwupasmowa przez wioche. Krawężnik i chodnik. Nie ma jak zatrzymywać, a w dodatku trzeba iść pod górkę, w deszczu. Może kilometr przeszedłem i koniec wiochy. Kawałem asfaltu na zjeździe do restauracjii. Ale stoje prawie na szczycie wzniesienia więc kierowcy późno mnie dostrzegają. Siadam na doniczce przed restauracją. Beznadziejne miejsce do łapania stopa. Jezdnia szeroka, dwa pasma do jazdy, brak utwardzonego pobocza. Nie pozostawało mi nic innego jak iść do następnej wioski, którą było widać, może z 2 kilometry. Ale staje ostatni raz w tym beznadziejnym miejscu. Ruch duży. Nawet zaczęli na mnie trąbić! Ale trąbili dlatego ...bo ja zatrzymuje, a za mną na awaryjnych czeka już Opel Astra... Biegne więc. Gociu zatrzymał się w trawie, bo pobocza nie było. Umie mówić po angielsku więc fajnie się jedzie. 45 kilometrów i na rondzie na odludziu skręca na Keszthely. To to rondo na krórym był wypadek autokaru z polskimi pielgrzymami. Ustawili tam pomnik z drzewa, z kilkunastoma dzwonami. Tyle dzwonów ile ofiar. Modlitwa w dwóch językach wyryta na pomniku. Oglądamy z Węgrem. Po czym sie żegnamy. Fajny gościu, nawet chciał dać piwo, ale podziękowałem. Deszcz ustał, wiec idę za rondo. Skręcam w leśną drogę i idę w las. Rozbijam namiot tak szybko jak sie da, zanim jeszcze nie pada. Niepotrzebnie bo pomimo że chmury do rana zalegały, deszcz już nie padał...


Liczba pojazdów: 5
Dystans: 270 km.
Dzień Trzeci.
??? - Nagykanizsa - Cakovec - Nedelisce - Ormoz - Ptuj - A10 - Domzale.



Rano niedaleko namiotu znajduje starą lodówke w środku lasu. Komu sie chciało to taszczyć? Do najbliżej ludzkiej osady z kilka kilometrów. Zbieram sie i na rondo. Dobre miejsce do łapania, stoje chwilkę i zatrzymuje starego Opla Vetre. Gościu jedzie na Chorwacje w interesach z firmy. Ale może mnie zabrać tylko do granicy. Dobre i to więc jadę. W kantorze przed granicą zamieniam wszystkie forinty na chorawckie kuny. Po węgierskiej stronie granicy budują autostrade. Granica węgierska bez problemu. Spotykam francuza. Wraca pociągami z Mołdawi. Akurat tutaj nie ma przejścia kolejowego, a chce sie dostać do Cakovca. Poszedł pytać na tiry. Ja przechodzę przez most i idę na Chorwacki terminal. Przychodzę i pojawiają się problemy. Celnik nie chce mnie wpuścić bo to przejście drogowe. Jak mówię że jadę dalej na zachód, proponuje abym się wrócił na Węgry i udał na przejście graniczne Węgry-Słowenia.
To sie śmieje do niego i zagaduje jakby był moim kumplem. Mówię że jadę do Portugalii i że nigdzie nie miałem problemów. Ale nowy problem wymyśla. Pyta ile mam kasy. Pokazuje mu moje kuny (równowartość 2 euro). Wyśmiewa mnie. Muszę mieć 100 euro na jeden dzień pobytu według jego "widzimisie". Oczywiście w czasie naszej rozmowy odprawia samochody, tylko mnie się doczepił. Pokazuje mu karty Visa & Maestro. Sugeruje mi abym sie udał na Węgry, wyciągnął kase z konta, zamienił na kuny i dopiero wtedy przyszedł. To ja ściągam plecak, rozpinam i wypakowywuje wszystkie graty. Pyta się zdziwiony co robię. Odpowiadam że mam 100 euro schowane na dnie plecaka, co było prawdą oczywiście. I tak po kilkunastu minutach wpuścił mnie na terytorium swego kraju:


Chorwacja.



Acha, oczywiście zabronił mi zatrzymywania samochodów za przejściem granicznym. Idę dalej i układam sie za stacją paliw. Mały ruch i nikt nie bierze. Zbieram sie i idę drogą. Ale i tak sie nikt nie zatrzymuje. Dochodzę do ...autostrady. Na mojej mapie jej nie ma! Stoję przed autostradą, widzę dwóch gosci na rowerach i pytam o lokalną drogę na Cakovec. Informują mnie że trzeba zejść z autostrady i iść scieżką aż sie dojdzie do drogi starej. Idę. Znajduję drogę i dochodzę do skrzyżowania na Gorican. Śmieje sie do siebie bo pustki. Pola, lasy i ZERO ruchu. Myślałem że na lokalnej drodze szybciej coś złapie. Więc idę na Cakovec. Więcej mija mnie rowerzystów niż samochodów. Popadam w pesymistyczny nastrój. Po 6 kilometrach dochodzę do Hodosanu. Mała wiocha. Widzę gościa na podwórzu przed domem, proszę o wodę. Z pragnienia nie padnę. Sklepu nie znalazłem, dobrze że miałem suchary z polski. Za Hodosanem sie ustawiam. Plecak za ciężki aby iść. Po kilkunastu minutak zatrzymuje sie w końcu Fiat Tipo. Gościu jedzie tylko kilka kilometrów do jakiejś wiochy. Za wiochą ustawiam się obok cmentarza. Ruch jest, ale nikt sie nie zatrzymuje. Plecak na plecy i idę drogą. Zmieniam plany. Myślałem zobaczyć Adriatyk, ale widać Chorwacja najlepszym krajem na stopa nie jest, a może takiego pecha miałem tylko Ja??? Kilka kilometrów i jestem w Mala Subotnica. Zatrzymuje się mi młody chłopak w starej Corsie. Masto Cakovec. Na szczęście wysadza mnie na głównej drodze na Varazdin. Tyle że droga dwu pasmowa przez miasto. Krawężnik i nie ma jak zatrzymywać. Ograniczenie prędkości do 70 więc samochody śmigają że hej! Idę chodnikiem, a droga długa! Dochodzę do zatoczki autobusowej. Stawiam plecak i stopuje. Po chwili jadę już do Nedeliscic. Młody chłopak z dziewczyną wysadzają mnie przy drodze do przejścia granicznego ze Słowenią. Na Varazdin sie nie pcham, mam dość Chgorwacjii. Za dużo chodzenia. Do granicy z 8 kilometrów. Liczę że ktoś pojedzie. Ruch na drodze mały, ale miejsce za skrzyżowaniem dobre. Kilka minut i jadę Corsą z jakimś synkiem. Muzyka puszczona na fula. Jakieś techno z manieczek. Ale gosciu jak sie dowiedział że jadę do portugalii to mnie dowozi pod samo przejście graniczne :) I tak po kilku godzinach pożegnałem się z Chorwacją...


Słowenia.



Chorwacki terminal przekraczam bez problemu. Dziwię się bo nie ma słoweńskiego. To znaczy znalazł się. Pierwszy raz sie spotkałem, żeby odległość między terminalami odpraw granicznnych wynosiła ponad kilometr!!! Oczywiście na piechotę! Słoweńcą też się coś nie podobałem. Paszport wzięli i czekam, czekam. Ale w końcu puścili bez problemu.
W kantorze zmieniam kuny na talary (w Chorwacjii nie udałem ani grosza!). Zero ruchu więc idę do wioski Sredisce ob Dravi. Wiocha jak wiocha, ale bankomat i supermarket jest. Zakupy robię, pudło katronowe przerabiam na arkusz na którym mogę pisać gdzie chcę jechać. Myślałem zajść na koniec wioski i łapać. Nie udało mi się to bo wcześniej zatrzymałem starego dziadka w Yugo. Jechał do Ormoza. Wysadza mnie nie w centrum, ale na nowej obwodnicy (na mapie jej nie miałem). Miejsce ekstra do łapania bo za światłami. Pobocze asfaltowe, lekko pod górkę więc samochody sie rozpędzają pomału. Kilka samochodów i zatrzymuje mi się Peugot 106. Dwóch młodych gości wracało z Budapesztu, byli na koncercie rockowym. Słowenia mały kraj nie przyciąga gwiazd muzyki. Fajnie mi się udało, bo jechali do ...Ljubljany!
Studenci. Wyjaśnili mi że starsi ludzie w tych rejonach są strasznie nieufni. Stąd problemy z autostopem. Co jeszczę mogę napisać to to, że Słowenia to śliczny kraj i że dbają o drogi. Budują autostrady, widać to. Wysiadam przed Ljubljaną, okolice Domzale, dochodzi wieczór. Na szczęście nie jechali owi studenci autostradą, tylko równoległą drogą krajową dla oszczędności, wysiadam na skrzyżowaniu, przed wjazdem na autostradę. Odludzie. Idę w kierunku lesistego wzniesienia. W lesie rozbiajm namiot, kolacja. Idę jeszcze sie przejść na szczyt wzniesienia, bo zauważyłem że jest tam polana. Po kilku minutach jestem na sczycie. Polana, kukurydza, zboża. I piękne widoki. Siedzę i konplentuję. Wesoło mi :)

Liczba pojazdów: 7.
Dystans: 270 km.

Dzień Czwarty.
Domzale - Ljubljana - Postojna - Nova Gorica - Gorizia.



Nie ma to jak spanie obok autostrady. Szum pędzących pojazdów. Człowiek budzi się taki wypoczęty... Wychodzę z lasu i zastanawiam się czy łapać stopa na wjeździe na autostrade do Ljubljany czy też wrócić się do skrzyżowania 200 metrów. Wracam do skrzyżowania, sygnalizacja świetlna. Pobocze utwardzone. Stoje z kartką na Ljublane. 15 kilometrów może. Stałem chwilke. Zatrzymuje się Fiat Panda. Gościu jedzie do pracy. Częstuje bułkami świeżymi. W Ljublanie wyskakuje z samochodu i poszedł się dla mnie zapytać o numer autobusu na wylotówkę z miasta w kierunku Postojnej. Kupił mi nawet bilet, a raczej różowy krążek. Komunikacja miejska w Ljubljanie jeździ na krążki które oddaje sie kierowcy przy wsiadaniu do autobusu.
Wysadził mnie gość w centrum. Chodzę i cieszę wzrok. Ljubljana nawet ładne miasto. Szybko oglądam Katedre. Zamek sobie odpuszczam. Znajduje w centrum targ owocowo-warzywny. Robię zakup owoców. I na autobus.
Ostatni przystanek prawie jest kawałek za wjazdem na autostrade A10. Tam miałem zamiar stopować. Trochę się przeraziłem bo kilku autostopowiczów(ek) tam stało. Siadłem pod wiaduktem, patrzę na mapę. Doszłem do wniosku że idę do następnego wjazdu na autostradę, a w mniędzyczasie stopować będę na lokalnej drodze. Przeszłem 3 kilkometry ale nikt mnie nie zabrał! Stoję więc chwilę na wjeździe na autostradę (tym drugim). Za światłami, ale nikt sie nie zatrzymuje. Nie wiem czy czytać nie umieją - Postojna! Wyraźnie mam napisane na tekturze! Po kilkunastu minutach decyduje sie zatrzymywać na lokalnej drodze do Postojnej. Za światłami ustawiam się i chwilkę później jadę już starym Subaru kombi...

Droga do Postojnej malownicza. Ale bardzo miejscami pod górę. Idealna na motocykl. W Postojnej wysiadam. Chcę zobaczyć jaskinie słynne. Idę za znakami. 1 km, później 500 metrów, później 200 metrów, później 100 metrów, później 250 metrów... nie umią liczyć... Kupuje bilet do jaskiń. Plecak zostawiam w przechowalni, biorę bluzę. Jaskinie piękne, ale bardziej podobały mi się słowackie "wolności/lodowa". Ale opłacało się zwiedzić. Najlepiej moim zdaniem iść na samym końcu i co chwilę odwracać się i oglądać jaskinie "bez turystów" ;)

W Postojnej zakupy w spożywczym. Pokazowo rozkładam sie w cieniu na trawniku obok drogi i konsumuje. Idę jeszcze za miasto, za hipermarketem ładne rondo. Piękny punkt do łapania. Wyciągam papier i piszę - "Nova Gorica". W międzyczasie jakiś chłopaczek już się ustawił i stopuje. Zagaduje po angielsku ale nic nie rozumie. Chyba tutejszy bo bez bagaży. Siadam więc w trawie i czekam 15 minut aż go ktoś nie weźmie. Następnie układam się Ja i odjeżdżam w dwie minuty (może temu że Ja miałem kartke, a on nie?).

Młody chłopaczek Punto mnie wziął. Jedzie prawie pod Triest. Wysiadam jednak przy skrzyżowaniu na Novą Gorize. Tylko że ruch tu mały. Czeka mnie podejście do wylotu z autostrady. Co to dla mnie te kilkaset metrów. Tyle że pod górę. Na wylocie z autostrady, za bramkami spotykam autostopowiczkę. Jedzie też na Novą Gorizę. No to jej nie przeszkadzam, ale i tak pojechała pierwszym samochodem. Ja sie nie zmieściłem. Pojechałem ...chyba czwartym. Renault Kangoo. Gościu z doniczkami jechał. Dowiedziałem się że mają tu problemy z wiatrem, za dużo drzew wycięli i teraz wieje że hej. Gościu się mnie pyta na którym przejściu granicznym ma mnie wysadzić. Duże na autostradzie czy małe w mieście. Wybieram małe. Pewnie nie będzie problemu z pieszym przekraczaniem granicy. I wysadza mnie 20 metrów przed granicą. Kożystam z wc na stacjii paliwowej, uzupełniam zapas wody (nie ma to jak kranówa za free) i w kierunku Włoch.



Włochy.

Włoscy celnicy bardzo mili. Zaputali tylko jak długo mam zamiar przebywać na terenie Unii, okazać jakieś euro na przeżycie. Okazałem 150 euro i poinformowałem że kilka dni chcę spędzić na kempingach (musiałem pocisnąć kit). Gorica. Gościu co wiózł doniczki mówił mi że miasto w nocy ponoć niebezpieczne (jak Polskie????). Trochę się mi pobłądziło, bo wylotówki nie mogłem znaleść. Poszłem w końcu na wschód i znalazłem most z główną drogą. Mapa moja okazała się niedokładna. Dochodził wieczór, Ja w mieście, gdzie spać? Idę obok drogi, same domy. Nic lasu lub gąszczy! Ale miasto się skończyło. Nogi bolały. Nie było lasu, ale pola. Skręcam w polną drogę. Za jakimś polem kukurydzy chyba rozbijam namiot. Słońce zaszło, szarówka się robi a tu gościu jakiś traktorem jeździ opodal mnie. Na szczęście nie zauważył namiotu. Więc idę spać. Przed snem wyciągam z nogi kleszcza! Trochę się przeraziłem....


Liczba pojazdów: 5
Dystans: 130 km.
Dzień Piąty.
Gorizia - A4 (Mestre, Verona) - A22 (Mantova, Modena) - A1 (Piacenza) - A21 (Voghera) - Tortona.





W nocy się budzę kilka razy. Ujadanie psów z okolicznych domostw. Wstaje wcześnie rano. Jeszcze przed wschodem słońca. Zwijam namiot i robie śniadanie. Wychodzę na drogę, ale pora wczesna, mały ruch. Nie wracam do Gorizy. Idę do następnej wioski. Kilkaset metrów i pod koniec wioski znajduję piękne miejsce do stopowania. Na kartonie piszę "Mestre A4" i czekam parę minut. Zatrzymuje się Mazda. Gościu mówi tylko po włosku. Jedziemy w kierunku autostrady. Przed autostradą tablica "NO AUTOSTOP" ;). Po kilkunastu kilometrach gościu zjechał z autostrady. Jechał do pracy. Poinformował mnie że idąc kilometr autostradą dojdę do "bramek". Oczywiście rezygnuje z tego pomysłu. Układam się na wlocie na autostradę. Problem polegał na tym że ruchu na tym wlocie ZERO. Czekałem z pół godziny. Kilka samochodów. W końcu zatrzymuje się Toyota Yaris. Gościu okazuje się być księdzem, i jedzie aż do Verony. Pracuje w gazecie więc po angielsku rozmawiamy. Wysiadam na stacji paliw przed Veroną. Zmieniam tabliczkę na "Brescia". Staję u wylotu i czekam kilkanaście minut. Zabieram się Peugotem dostawczym. Pojawił się problem bo gościu nie jechał do Bresci, tylko do Mantovy. Zamieszał mi w planach że hej! Zamiast na zachód, jechałem na południe!

Wysiadam na stacji paliw przed Mantovą. Już na stacji widzę że coś nie tak. Same niemieckie fury. Wylot ze stacji beznadziejny. Po 10 minutach widzę Poloneza na polskich blachach! Podchodzę i zagaduję aby mnie pod Modenę wzięli. Dwóch gości miało wątpliwości wielkie. Ale skonsultowali się z drugim wozem (tankował paliwo) i mnie wzięli. Nie ma to jak jazda Polonezem Caro po włoskiej autostradzie.

Wysiadam na A1 przed Modeną. Wg atlasu były tam dwie bliźniacze stacje, po obu stronach drogi. Liczyłem na to że ta stacja paliw ma kładkę, lub tunel pod autostradą. Chciałem się przedostać na drugą stronę, aby stopować na zachód! Nie było oczywiście! Przebieganie przez autostradę, skoki przez barierki z ciężkim plecakiem - nie dla mnie. Stację paliw przebudowywano, syf straszny. Pytam obsługę stacji. Gościu na kasie miły. Nie umiał mi wytłumaczyć w angielskim języku, ale poszukał plan zagospodarowania terenu, jakaś urzędowa mapka. Wynikało z niej że idąc obok autostrady wąską drogą na wschód dojdę do wiaduktu nad autotradą. Później tylko się wrócić drugą stroną. Wiec idę. Zajęło mi to z 30 minut. Ale tylko temu że upał niesamowity! W końcu dochodzę na stację z drugiej strony. W toalecie uzupełniam wodę. Za stacją paliw jezdnia się zwęża przed wlotem na autostradę. Ładne miejsce na łapanie. Więc stoję 5 minut ...i uciekam w cień na 10 minut. Leżę pod drzewem na mrówki mnie atakują. Staję na 5 minut ...i znowu uciekam do cienia. W końcu daje za wygraną. Upał zwyciężył. Rozkładam się w cieniu i robię obiad...

4 godziny zajęły mi te stacje. Może temu że ruch na niej duży? Uciekam w końcu Fordem Fiestą. Chłopak jakiś maniak muzyki rockowej. Wysiadam na stacjii paliw przed Piacenzą. Leżę w cieniu bo upał straszny. Dobrze że woda za darmo w toaletach. Stoi tir, ale gociu niemrawy. Układam sie na końcu stacjii, kilkanaście minut i jadę w kierunku Alessandri. Renault Clio stare. problem ma gościu, silnik sie mu przegrzewa, nie sypie powyżej 90 km/h. Wleczemy się ale jedziemy. Jedzie do Tortony, wysadza mnie na stacji paliw. 30 minut stoje za stacją i NIC! Wracam na stację. I widzę gościa co mie wióźł. Grzebie coś w silniku tej starej renówki. No to mu pomogłem wkręcać święcę do głowicy. Problem bo klucz miał zły i się nie dało. Nakombinowaliśmy się, w końcu pojechał o 3 świecach, miał kilka kilometrów, więc chyba dojechał...

Ja miałem naa dziś dosyć. Stacja paliw i autostrada odgrodzona jest stalową siatką. Ale jakoś muszą pracownicy docierać na tą stację. Obok wlotu na stację zauważyłem "dziurę" i parking dla pracowników. Nawet asfaltowa droga do jakiejś wsi chyba. Może 100 metrów i jestem na małym skrzyżowaniu wiejsckich dróg. Pokazowo rozkładam się i robię kolację. Rozglądam się za miejscem do spania. Podchodzę pod autostradę. Autostrada biegnie nasypem, jakieś krzaki, drzewa, po drugiej stronie mam gigantyczne pole pszenicy. Rozbijam namiot. Martwi mnie budka kilkanaście metrów obok mego obozowiska. Na moje oko to był tam zawór od wody, którą podlewali okoliczne pola przy użyciu pomp. I zajechał tam gościu jakimś kombiakiem. Więc idę i się pytam czy może mi tu namiot jedną noc stać. Gościu po angielsku nie umiał, ale "no problem" ;)
I się spało...


Liczba pojazdów: 6
Dystans: 520 km.
Dzień Sześć.
Tortona - A21 - Chieri - Turyn.




Rano jak zawsze sprawdzam pogodę. Cieszę się - padać nie będzie, ale błękitne niebo sugeruje upały. Zbieram namiot, jem śniadanie. Pełno komarów lata. Atakują mnie więc uciekam. Po drodze do wczorajszej stacji paliw na której wysiadłem spotykam gościa "od wody". Chyba się pytał jak się spało ;)

Układam się na wyjeździe ze stacji. Kartka na Turyn. Stoję kilka minut i zatrzymuję jakiś stary samochód. Gościu jedzie przed Turyn, biorę się z nim. Dwu-drzwiowy sedan, na tył plecaka nie dam - bo siedzi i szczeka jakiś duuużżży piesek. Gościu otwiera mi bagażnik. W dalszym ciągu nie wiem co to za samochód. Kanciaty, stary. Dopiero jak otwieram drzwi i widzę chromowaną listwę na progu - Maserati (chyba to się tak pisze). 2 litry biturbo. Jak to szło! Jak pięknie ten silnik brzmiał! 150 km/h jak w niebie! Ale wszystko co dobre szybko się kończy. Wysiadam na stacji paliw przed Asti.

Kilka minut stopuje na wyjeździe ze stacji. Jakoś ruch niewielki. Paliwem śmierdzi. Śmieci pełno. Podjeżdża do mnie motocyklista (Honda Translap), bo widział jak stopuje. Gadamy chwilkę łamaną angielszczyzną. Mówię że jadę do Portugalii itd. Gościu chwilę myśli i mówi że mnie może zabrać do Chieri, a tam już komunikacja miejska z Turynu dociera. Pytam czy ma dodatkowy kask. Miał. Ale jak zobaczył z bliska mój plecak! Ale zrobiliśmy tak. Do jego kufra włożyliśmy namiot i śpiwór. Ja ubrałem długie spodnie, bluzę i kurtkę przeciw deszczową. I plecak się zmniejszył znacznie. Jeszcze go zabrał przed siebie na bak. Zapiął sobie (ja ubrać plecaka nie mogłem bo kufer miałem za plecami). I heja na autostradę! Na początku trochę nami kołysało. Też szybko nie jechaliśmy 90-120 może. Później chyba trochę szybciej bo nikt nas nie wyprzedzał...

W Chieri odwiózł mnie facet na drogę wylotową do Turynu. Podziękowałem. Pięknie się jechało. Jak zeszłem z motocykla, to mi dziwnie nogi drgały ;) Pokazał przystanek mi jeszcze i powiedział że dziś - niedziela- nie będą napewno sprawdzać biletów. Na przystanku nie znalazłem rozkładu jazdy. Ale widziałem autobus do Chieri po drugiej stronie drogi. Logicznie więc myśląc - musiał się on wracać do Turynu. I po chwili zajechał. Oczywiście jako porządny Polak idę do kierowcy i chcę kupić bilet. Ale okazuje się że kierowcy w turynie w niedziele rano biletów nie sprzedają. Że niby bilety w kioskach. Więc pytam moim łamanym angielskim co mam zrobić. Kierowca uśmiechnął się, powiedział "Ok". I zajechałem te kilkanaściekilometrów do Turynu za free. ;-)

Dlaczego Turyn wybrałem do zobaczenia? Według mojej mapy miał kemping blisko centrum, i był po drodze do Portugalii. Wysiadam na przystanku za mostem. Muszę się wrócić bo kempin jest po wschodniej stronie rzeki, gdzieś na wzgórzu. Już będąc na moście widzę drogowskaz na kemping. Idę jakiś kilometr zakrętami, uliczkami (oznakowanie do kempingu bardzo dobre). Końcowe podejście masakra - droga pod górę ostro. Samochody na pierwszym biegu tam targają chyba. Ostatnie 200 metrów - podwozi mnie pracownik kempingu! Idę i się zatrzymuje combi - stare Renault. Otwierają się drzwi i gościu pyta czy idę na kemping. Jadę pod samą recepcję ;-)

Zostaję dwie noce. Cena 9 euro. Mały kemping. Rozkładam się na uboczu pod walącą się budowlą. Na moje oko to chyba teren wojskowy kiedyś był i teraz na kemping go przerobili. W kiblach straszyły pająki. Po południu ruszam na miasto. Graty zostawiam na kempingu...


Liczba pojazdów: 3
Dystans: 120 km.



Dzień Siedem.




Turyn - rzymskie ruiny, Katedra (w remoncie po spaleniu kilka lat temu), dużo starych kościołów. Place, etc... Natrafiłem na rajd starych samochodów. Piękne rajdowe stare Alfy Romeo, Lancie i Fiaty. Widzę starego Fiata Topolino (przodek Fiata 126). Zagaduje do właściciela aby mi silnik pokazał. Otwiera mi maskę i widzę - nieoryginalny silnik - bo 652 cm3, czyli silnik z Fiata 126. A ten silnik to wszędzie poznam! ;-)

Szukałem jeszcze dworca, bo jutro z rana chciałem się wydostać z miasta, jechać w stronę Alp. Z początku myślałem nad pociągiem do Pinerollo (za 2 euro). Ale dostarłem na dworzec autobusowy i przekonałem się że za 5 euro lepiej dojechać do samego Sestriere w Alpach, niedaleko granicy z francją.

Dzień Ósmy.
Turyn - Pinerollo - Sestriere - Briancon - Gap - Veynes - Serres.



Wstaje o piątej rano. Cisza na kempingu. Zbieram się. Zapłaciłem za kemping dzień wcześniej. Tylko problem bo brama wyjściowa zamknięta z kempingu (miała być otwarta). Już miałem zaczynać przez bramę przechodzić, ale zauważyłem na ścianie budynku obok przycisk do otwierania bramy. Do dworca autobusowego miałem jakieś 3 kilometry jak nic. Jeszcze z plecakiem ciężkim to się wlokłem pomału. Nie dałem zarobić komunikacji miejskiej w Turynie. Po drodze spotykam gościa. Okazuje się być z Rumunii. Przyjechał dla zarobku. Starszy gość ale zakręcony, bo za socjalizmu też się autostopem podróżował.

Żegnam Turyn. Pakuję się w klimatyzowany autobus. Wygodne fotele. Podziwiam widoki. Alpy się przybliżały. I tak dojechałem do Siestriere. Wioska alpejska. W zimnie to pewnie ludu mase tu jeździ. Wyciągi, drożyzna i te sprawy. Nie znalazłem dużego supermarketu, a w małych sklepikach ceny wysokie. Ale co zrobić. Czuć wysokość. Chłodniej niż w Turynie. Zbieram się i idę na drogę. Problem bo miejsca dobrego nie ma. Idę drogą w stronę Francji. Ruchu mało. Z Turynu wiedzie autostrada do Francjii ale się nią nie brałem. Mam wstręt do autostrad. Już się wolę pomęczyć na lokalnej drodze. Po 3 kilometrach zatrzymuje VW Golfa. Para jedzie do następnej wiochy - Cesana. Dobre i 12 km. Tym bardziej że dostanę się na krajową drogę 24.

Po tej drodze na Francje sami turyści. Droga przez alpy, gnają więc tabuny rodzin. Idę drogą i stopuje. Napisałem na kartonie "france" i liczyłem że mnie ktoś weźmie. Pocieszałem się że jak się nic nie zatrzymie to tylko z 6 kilometrów będę musiał przejść. Ale zatrzymuje Mercedesa Vito. Tylko te kilka kilometrów do Francjii, ale do Francjii. Włochy pozostają w tyle. Widoczki super. Cieszę oczy i duszę.


Francja.



Claviere. Wiocha narciarska. Dobrze że mała. Upatruję ładne miejsce do zatrzymywania pod koniec wiochy. Nawet nie dokończyłem gryzmolić na kartonie nazwy miasta jak się mi Citroen Saxo zatrzymał. :) Piękny początek!
Jadę do Briancon z młodą Szwajcarką. Na wakacjach tu jest. Jedziemy wolno. Po zjeździe z przełęczy, po francuzkiej stronie droga fatalna. Wąska, liczne zwężenia, remonty. Ale widoki wspaniałe. Wysiadam obok ruin. Kiedyś pewnie forteca lub coś warownego. Ruiny wznoszą się nad miastem. Z plecakiem wchodzę po stopniach kamiennych w górę. Zejście w dół - przeszkada waga plecaka! Błąkam się po uliczkach. Kupuje widokówki. Zachciało się mi zakupów. Drogowskazy prowadzą mnie na koniec miasteczka do "Championa". Znowu nadreptałem się. Ale to jest urok autostopu ;)
Idę do ronda. Piękne miejsce na stopowanie. Ale wpierw muszę się najeść. W cieniu na trawie konsumuje bagietkę z masłem czekoladowym, woda mineralna, jabłka...

Staję za rondem. Ruch duży. Uśmiecham się i ...po minucie już siedzę w Toyocie Rav4. Matka i córka jadą do Gap do rodziny. Mieliśmy problemy z rozmową. Bo kobitki były bardzo rozmowne, ale słabiutko angielski znały. Komedie że hej! Po drodze zbiornik wodny - Lac de Serre-Poncan. Tak pięknego jeziora w życiu nie widziałem. Ten odcień lazurowy wody! Już miałem wysiadać i zostać tam!

Gap. Wysadziły mnie w centrum. Lokalizuje tablicę informacyjną miasta, z planem. I idę na wylotówkę. Znajduję rondo. Ale idę dalej i znajduję jeszcze jedno. Lepsze. Za dużo chodzę dziś. Ustawiam się i po chwili jadę Fordem Fiestą do Veynes. Młoda para zawozi mnie za wiochę i pokazuje dobe miejsce do stopowania. Stoję kilkanaście minut (ruch mały) i zabiera mnie młoda francuzka w Renault Clio. Do Serres. Jedzie jeszcze kilka kilometrów dalej na południe, ale z tej wiochy droga 994 idzie na wschód. Idę i stopuje. Doszłem na koniec wiochy i nic. Ruchu prawie zero. Słońce zachodzi. Patrzę za miejscem do spania. Trochę beznadziejnie. Droga biegnie nad doliną rzeczki. W dolinie domostwa i pola uprawne. Nad drogą stromizna i górki. Kładę plecak w trawie i robię rekonesans. Upatruję trochę płaskiego miejsca, ale trzeba przebić się przez rów, ostre podejście i jie rozbijam. Wieje wiatr mocny. teren bez drzew, tylko krzaczki. Ale rozbijam się. Domy niedaleko, ale mam nadzieję że problemów nioe będzie...


Liczba pojazdów: 7.
Dystans: 253 km.

Dzień Dziewiąty.
Serres - Nyons - Avignon - (A9) - Beziers - Capestang - (przed) Carcassonne.




Budzi mnie rano ujadanie psa. Szczekał we świat. Gdzieś niedaleko. Zbieram namiot. Śniadanie robię na murku obik drogi. Może siódma rano. Pełno mrówek. Już nie miały do czego się dobierać tylko do mego plecaka. Zaczynam łapać. Plecak podparłem patykiem i chodziłem obok niego w kółko bo nic nie jechało. Mały ruch ale po kilkunastu minutach staje mi dostawczy stary Ford. Chyba jakiś przodek Transita. Młody chłopak do roboty jechał. Wakacje myśli spędzić w Maroku. Jedzie tym starym Fordem. Miejsca we świat. Po 20 kilometrach wysiadam w wiosce. Tyle że miejsca nie ma dobrego do łapania. Bo droga biegnie ślicznymi górkami. Krajobrazy piękne, ale brak szerokiego pobocza. Więc idę drogą w dół. Jak słyszę że coś jedzie to próbuję zatrzymać. Za ładnym zakrętem znajduje skrzyżowanko i wreszcie szerokie pobocze. Dobrze że jest zakręt bo samochody zwalniają do piędziesiątki. Piszę na kartonie "Bollene". I tak stałem z 30 minut! Nie to co wczoraj! Ale ruch mały. Jedzie Ford Mondeo. Matka z córką. Uśmiechają się i dają znać że nie mogą zabrać. No to ręką dziękuję . I czekam na na następny pojazd. Odwracam się jeszcze i widzę że stają jakieś 150 metrów. Wbijają wsteczny i cofią, ja plecak i lece. Jednak mnie zabrały. Miło z ich strony ;)

Jadą do Avignon. Duże miasto. Ale zachwalają je. Planowałem stopować N86 na Nimes. Ale jadę z nimi. Co tam. Wysiadam pod murami nad rzeką. Avignon. Kiedyś papież tu urzędował. Historia sie kłania. Na drogę dostaję od kobietek wode mineralną. I zaczynam zwiedzać. Tylko plecak dokuczał. "Urwany most", katedra, "pałac Papieży" -za drogo dla mnie. Obiad w mcDonaldsie. Kartki do znajomych. Moja uwaga na temat masta - ZA DUŻO TURYSTÓW.

Wydostanie z miasta okazało się lekkim problemem. Myślałem zabrać się pociągiem, gdzieś np do Beziers - ale cena 16 euro mnie odstraszyła. Plan drugi -myślałem się dostać pod autostradę, w okolice miasta Remoulins, ale autobus (dworzec ukryty przed ludzmi w duuuużżżym garażu podziemnym obok dworca (przed dworcem w lewo 100 metrów)) dopiero pod wieczór, czekać kilka godzin nie było sensu. Więc idę na miejską komunikację. Dobrze że Francja jest krajem cywilizowanym i na przystankach komunikacjii miejskiej widnieją prócz rozkładów prowizoryczne plany ulic - gdzie autobusy jadą. Znajduję linię 10. Jedzie w centra handlowe na końcu Villeneuve-les-Avignon. Za euro i parę centów docieram i znajduję rondo. A jak mówi przysłowie ludowe "Dobre rondo, podstawą sukcesu". Budując to rondo nie pomyśleli inżynierowie o potrzebach autostopowiczów. Z ronda wylatują dwa pasy ruchu i zero pobocza - barierka! Dalej nie ma co iść bo samochody przyśpieszają że hej! Ale próbuje w tym beznadziejnym miejscu. Może coś małego się zatrzymie! Zatrzymał się! Camper! Z przyczepą campingową! Aż korek na rondzie powstał! Pakuję się - nawet nie wiem gdzie jadą, ale grunt że na dobrej drodze. Wysiadam na rondzie przed wjazdem na autostradę. Piszę kartkę na Nimes. Kilkanaście minut w ostrym słońcu. Zatrzymuje się Nissan Micra. Jedzie do Nimes, wysiadam na autostradzie na stacjii paliw. Zatrzymuje Peugota jakiegoś nowego. Ale kilkanaście minut w słońcu się nastałem.

Tylko podjeżdżam na stację paliw następną, przed Montpellier. Stacja z dużą ilością miejsc parkingowych w lasku. Robię coś do żarcia. Gdzie się nie popatrze mrówki na trawie. Mrówki rządzą światem. Zbieram się na wylot ze stacjii. Kładę plecak obok barierki i nie stopuję. Zaczynam czytać barierkę. Zpisana markerami przez aytotopowiczów. Większość z Polski i Czech:
"TravelFans! Podróżnicy! Autostop OK! Wrocław-Maroko 07.2002"
"Viktor from Poland 20.07.99 Dajcie coś do ubrania bo jest zimno"
"UG Gdańsk, 98-Hiszpania (Żaba i Kinga)"
"Miejsce super nie czeka się dłużej niż 5 minut"
Składam swoją parafkę i stopuję. Kilka samochodów i się zabieram się z dwoma gościami Oplem Omegą Kombi do Beziers. Fajnie bo wjeżdżali do miasta od strony zachodniej. Wysiadam więc przed miastem, a jednocześnie za miastem, bo według mapy muszę przejść tylko z kilometr do drogi 11 na Carcassone. W czasie studiowania mapy zatrzymuje mi się samochód! Nawet nie myślałem o łapaniu! Ale jedzie w przeciwną stronę, więc dziękuję i idę ten kilometr. Po drodze mijam kanał zabytkowy [ foto_kanal ].

Skrzyżowanie myślałem że będzie lepsze. Wiadukt. Układam się za wiaduktem. Ale pojazdy szybko jadą, ponad 70 jak nic. W rowie pełno wieszaków na ubrania. Ale po kilku minutach zatrzymuję młodą francuzkę w VW Polo. Jedzie do Capestang. Dobre i kilkanście kilometrów. Jak zwykle opowiadam gdzie skąd jadę i gdzie. Nie wiem czemu ludzie niedowierzają ;) Dziewczyna łamaną angielszczyzną opowiada o historii regionu, że piękny itd. Oczywiście region piękny. Mnie zachwyciły drzewa równo posadzone obok drogi (bezpieczne to to nie jest). Zawozi mnie na koniec wioski za skrzyżowanie.

Stawiam plecak na poboczu za skrzyżowaniem. Wzbudzam zainteresowanie bo gościu co miał dom po drugiej stronie ulicy zaglądał na mnie przez kilka minut. Ruch mały. Na skrzyżowaniu więcej samochodów skręca w centrum wioski i w stronę Narbonne. Po kilkunastu minutach wypijam resztę wody i udaje się do pobliskiego domu. Pokazuje gościowi pustą butelkę i zajażył o co chodzi. Wraca po chwili z zimną "kranówą".

Stoję i zatrzymuję. Nikt nie nie chce zatrzymnać. Jedzie biały dostawczak, ale gości dwóch na szoferce tylko się uśmiechneli i kiwnęli ręką. Stoję dalej. Za plecami słyszę traktor i gościa krzyczącego na nim. Gościu podjeżdża bliżej mnie i krzyczy na mnie coś w ich języku. I pokazuje mi tego białego dostawczaka co mnie minął - stał na poboczu 150 metrów dalej, dwóch gości mi macha i krzyczą. Traktor wszystko zagłuszył ;) Plecak ładuje na plecy i biegnę. Goście dziwnie wyglądają ale biorę się z nimi. Siadam pośrodku w szorerce i sie zabieram. Goście okazują się być wspaniali. Może po 30 lat mieli, wracali z Marsyli z pracy. Dostawczy Peugot ledwo co jeździł. Samochód ten chyba nie miał nigdy przedniej szyby mytej, tyle zabitych owadów jeszcze nie widziałem. Nie umięli nic po angielsku. Ale zapodali wspaniałą muze - ZZTop - klasyka ;) Komedii w samochodzie co nie miara. Ale tego opisać się nie da.... ;)

Wysiadam na rondzie przed Villegaihenc, do Carcassonne mam jakieś 7 kilometrów. Jakoś dziwnie oni jechali lokalnymi drogami przez Peyriac-Minervois etc. Ale byłem na głównej drodze. Za rondem się nie układam do stopowania. Wieczór i szukam miejsca do spania. Kawałek dalej droga biegnie w dół i skręca w prawo obok kanału. Tu i tam widać domy. Wracam kawałek i wspinam się z głównej drogi do lasku. Lasek mały ale nie widać namiotu z drogi i z okolicznych domostw. Kolacja i spanie...

Liczba pojazdów: 8
Dystans: 396 km.


Dzień Dziesiąty.
Villegailhenc - Carcassonne - Montreal - Foix - Ax-Les-Thermes - Canillo.






Budzę się w nocy. Błyska się i grzmi. Zaczyna padać. Tym samym po raz pierwszy namiot mój przechodzi próbę deszczową. Z plecaka wyjmuję folię malarską na wypadek przecieków. Latarką sprawdzam czy się gdzieś nie leje. Deszcz nie jest intensywny na szczęście. Las tłumi porywy wiartu. Tylko się bałem żeby jakieś drzewo się nie zwaliło...

Rano pochmurnie. Tylko mi zmiany pogody brakowało. Ale miło było odczuć chłodne powietrze. Pakuje namiot. Trochę cięższy od deszczu. Wychodę z lasu na wczorajsze rondo. Ruch na Carcassone duży. Ale dopiero po kilku minutach zatrzymuje się stary Opel Corsa. Gościu jedzie do pracy. Opowiadał że mieszkał gdzieś w lesie i o historii kanałów tutejszych.

Wysiadam w centrum Carcassone [ foto_carcassone ]. Przez kamienny stary most dochodzę pod mury srednniowiecznego zamku. Z tego słynie to miasto. Co jak co piękna rzecz. Tylko turystów za dużo. Wewnątrz zamku stare domostwa, wszytstko w kamieniu. Stara katedra - brak w niej ciszy - turyści się szwędają.
Wracam przez most do centrum. W biurze informacji turystycznej dostaję plan miasta (beznadziejny bo tylko centrum) i pani miła kieruje mnie do drogi wylotowej na Foix. Początkowo idę wąską uliczką przeznaczoną tylko dla pieszych. Pełno sklepów i sklepików. W piekarni zaopatruję się z pieczywo. Dochodzę na plac jakiś i na przystanku komunikacji miejskiej znajduję plan miasta. Nie chce mi się iść na piechotę więc siadam w autobus komunikacji miejskiej. Ostatni przystanek to centra handlowe. Pytam kierowcy autobusu jak dojść na drogę wylotową do Foix. Powiedział mi po ichniemu. Ja nic nie zrozumiałem więc przekładaliśmy na język rąk... ;)

W centrum handlowym zaopatruje się w białe kartki a4 (na infrmacji poprosiłem ;), później nie mogę się oprzeć i idę do McDonaldsa.
Tak jak tłumaczył kierowca autobusu idę najpierw prosto obok jakiś sklepów/zakładów. Na małym rondzie skręcam w prawo. Dziwne bo podświadomie czuję że to nie jest to o co mi chodziło. Nie ma się kogo zapytać o drogę bo tylko jakeś składy i zakłady. Idę dalej i o dziwo dochodzę na rondo jakieś. Znaków żadnych. Zatrzymuję kierowcę przed wjazem na rondo. Pokazuję mapę i drogę na Foix. Gosciu kiwa głową i pokazuje że to ta droga. Czyli dobre rondo. Piszę na kartce "Foix" i zaczynam zatrzymywać. Kilka minut i już jadę do Montreal, tylko kilkanaście kilometrów ale dobre i to... Gościu jechał wynajętym Peugotem dostawczym. Nie umiał nim jeździć więc trochę się wlekliśmy. Miał fajne plany. Wszystko co miał sprzedawał i przygotowywał się do wyjazdu do Brazyli. Ciężko się mu żyje we Francjii i liczy na to że w Brazylii się mu powiedzie. Życzyłem mu szczęścia.

Montreal to mała wiocha. Za wioską droga w dół. Kilka ostrych zakrętów. Szłem poboczem i starałem się zatrzymywać. Ruch mały. Po kilometrze spacerku doszłem do małego skrzyżowania. Plecak na trawę i zatrzymuję. Myślałem że będzie beznadziejnie bo ruch mały, a tu po chwili już jadę ze starą babką w citroenie ZX combi. Tylko do następnej wioski - Fanjeaux. Wysadza mnie za wioską na skrzyżowaniu. Dziękuję jak zwykle w kilku językach ;) i zatrzymuję dalej. Kilka minut i staje Renault Clio. I to był bardzo dobry stop. Zatrzymałem babkę (potężną babkę, bo z nadwagą dużżą), amerykankę na wczasach. Przez internet miała zarezerwowane noclegi w hotelach a jeździła wynajętym samochodem. Jechała do Foix. Było z kim pogadać moją łamaną angielszczyzną. W Foix miałem zdecydować gdzie dalej jechać - Francją na zachód czy też uderzać na południe w stronę Andory i Hiszpanii. Zdecydowałem się jechać na południe bo Francje zobaczę jeszczę w drodze powrotnej. A babka była tak uprzejma i miła że podwiozła mnie aż do Ax-Les-Thermes (nadrobiła w jedną stronę 40 kilometrów!)! Super. Nastawiło mnie to pozytywnie do końca dnia. Jeszcze pogoda się poprawia i wyszło słońce. Widoki oczywiście wspaniałe, bo Pireneje!

Wypatrywałem dobrego miejsca do łapania. Na końcu wioski droga odbija w prawo i lekko podgórę idzie. Kawałek prostej więc byłem dobrze widoczny. Brak szerokiego pobocza ale liczyłem że się coś zatrzymie. Ruch duży ale pełno turystów! Jak zwykle holendrzy... Te ich żółte blachy... Stałem kilkanaście minut z kartką "Andorra". Samochód za samochodem ale nic się nie zatrzymie! Dopiero dwie babki zabrały mnie do małego Renault Twingo. Ledwo co się plecak do bagażnika zmieścił ;) Jechały sąsiadki na zakupy do Andorry. Papierosy. Wesoło było bo angielskiego nie znały. Droga do Andorry piękna. Jak dla mnie to ładniej niż w Alpach (tych obok Turynu).



Andorra.



Wysiadam na przejściu granicznym, bo koleżanki uderzają do pierwszych sklepów. Czuję się jak w domu (przejście graniczne Korbielów-Oravska Polhora, mam w paszporcie starym 98 pieczątek "Korbielów" z wycieczek po "zaopatrzenie" ;) Andorski celnik puszcza bez problemów. Z ciekawości idę pochodzić po sklepach. Cała wiocha przygraniczna to same sklepy i restautacje, bloki i domy ciekawie sie komponują z majestatem gór. Wysoko. Zero drzew, tylko trawa i łyse szczyty. Cieszę oczy elektroniką w sklepah. Wybór duży. Oglądam na wystawach granofony Dj'skie: Vestaxsy, Techniksy, i etc. O mikserach, cdplayerach nie wspomne...

W spożywczym robię zakupy. Za grosze kupuje kilo wafli z czekoladą ;) Oglądam polskie wódki na monopolowym stoisku: Żóbrówka i Wyborowa. Aż się łza w oku zakręciła ;) W informacji turystycznej dostaję mapkę i dowiaduję się o kempingach. Wychodzę i obok na ławce w cieniu budynku konsumuję bagietkę, jabłka, ciastka etc. Po najedzeniu się znajduję tabliczkę "No picnic" czy jakoś tak. Zapewne mnie to nie dotyczyło ;)

Wydostanie się dalej było baaardzo trudne. Miejsce fajne znalazłem ale nikt nie chciał mnie zabrać w głąb Andorry! Prawie godzina czekania! Nie to co Francja! Robię fotki [ foto_andorra1 i foto_andorra2 ]. Zabrał mnie gościu Peugotem 106. Droga serpentynami do góry. Miał wspaniałą metodę wyjazdu pod górę. Jako że samochód pod górę nie przyśpiesza trzeba więc gnać cały czas i nie zwalniać na zakrętach, tylko je ścinać jak się da. I targaliśmy jakieś 40km/h z piskiem opon w zakrętach ;)
Gościu miejscowy. Pytam o TANI i doby kemping. Poleca w Canillo. W wiosce są dwa, zawozi mnie do mniejszego, pod samą bramę. Na recepcjii nie ma nikogo. W barze obok znajduję bufetową. Po chwili zmienia się ona w osobę z recepcjii. I za 5 euro zostaję na kempingu. Gorąca woda. Czyste ubikacje. Spokój. Na kempingu pustki.

Ale to nie koniec przeżyć na dziś. Po kolajcji przychodzi burza, z gradobiciem. Pompa ładna. Rozłożyłem się pod drzewami więc liście wytłumiły grad, ale podczas ulewy namiot zaczął przeciekać w jednym miejscu. Miałem już lecieć i folie malarską rozciągać ale zdecydowałem podłożyć ręcznik wewnątrz bo liczyłem że burza przejdzie szybko. Po kilku minutach burza przeszła. W niższej części kempingu powstały gigantyczne kałuże. Dobrze że namiot rozbiłem wyżej...

Liczba pojazdów: 7.
Dystans: 200 km.


Dzień Jedenasty.
Canillo - Andorra - La Seu d'Urgell - Balaguer - Alfarras - Benabarre - Graus - Barbastro.




Rano strasznie zimno. No tak. Pireneje. Śniadanie robię sobię w umywalni na kempingu. Dlaczego? Bo było tam ciepło! Na szczęście kamping pusty więc mi nikt nie przeszkadzał. Po porządnym śniadaniu pakowanie namiotu. Jeszcze mokry po wczorajszej burzy, ale pakuje bo czasu szkoda. W wiosce idę na przystanek autobusowy. Brak rozkładu jazdy. Ale po drugiej stronie ulicy ludzie czekali na autobus, więc zapewne coś pojedzie. Po kilkunastu minutach jadę za 1,7! euro do stolicy.

Andorra. Miasta nie mam zamiaru zwiedzać, bo same sklepy. Jadę za centrum, wysiadam na jakimś przystanku, bo kierowca coś zaczynał mi tłumaczyć, chyba dalej nie jechał. Droga główna z miasta. Szłem z dwa kilometry szukając dobrego miejsca do łapania. Pełno sklepów. Koniec miasta. Za stacją benzynową prosta droga. Brak pobocza, ale próbuję łapać. Na kartonie piszę "Espana" i liczę że mnie ktoś weźmie te kilkanaście kilometrów do granicy. Ruch duży. Ale chyba miejsce naprawde nieodpowiednie bo po 30 minutach rezygnuje i idę na autobus. Za 0.7 euro jadę do następnej, ostatniej wioski - Sant Julia. Ostatni przystanek to centra handlowe. Właściwie dwa centra handlowe. Plecak zostawiam miłej pani na informacji a sam robię zakupy. Kupiłem jakiś paszczet do bagietki. Ale nie ma to jak POLSKI paszczet.

Idę kawałek za centrum handlowe. Beznadziejnie bo droga dwupasmowa i samochody szybko gnają. Idę deptakiem i liczę na szerokie ładne pobocze. W międzyczasie stopuję. NIC! Po kilometrze dochodzę do RONDA! Ustawiam się za rondem, samochody zwalniają. I po chwili zatrzymuję samochód. DOBRE RONDO PODSTAWĄ SUKCESU. Ford Courier - mały dostawczak na angielskich blachach. Trochę się zdiwiłem bo z przodu miejsca nie było - siedziało dwóch anglików młodych. Zabrałem się "na pace" z tyłu. Tam już leżał wygodnie na gratach trzeci anglik. Byli wszyscy studentami. Mieli wakacje i jechali do Barcelony. Więc i ja z tyłu położyłem się wygodnie na gratach. Samochód mieli wspaniale urządzony - ani camper - spali w nim na karimatach etc. Goście zarąbiści. ;)

Na przejściu granicznym kontrol. Hiszpańscy celnicy sprawdzali wozy czy przypadkiem alkoholu i papierosów za dużo ludzie nie wwożą. Anglicy mieli tylko parę piw. Celnik dziwnie się na nas dwóch popatrzył jak leżeliśmy z tyłu na "pace". Nie wiem czy można tak u Nas ludzi wozić ;)



Hiszpania.




Anglicy mieli mnie wysadzić w La Seu i jechać na wschód drogą na Pugicerde i dalej na południe do Barcelony. Ale ich namówiłem na piękniejszą drogę przez Solsonę i Cardonę. Rok temu jeździłem w tych okolicach na rowerze ( >>Rowerem po Katalonii 2002<< ). Tym samym jechałem drogą po której rok temu targałem na Wagancie. Piękne uczucie. Patrzyłem i nie mogłem się nadziwić. Poznawałem miejsca gdzie zatrzymywałem się na odpoczynki, gdzie jadłem... Droga od La Seu do Oliany szczególnie piękna, góry, przełomy, ekstra. Ale wiem jedno. Szesnaście razy piękniejsza z perspektywy roweru!

Wysiadam na skrzyżowaniu. Dziękuję anglikom. Jadą dalej na Solsone. Ja robię tabliczkę z kartonu - piszę LLeida i ustawiam się za skrzyżownaiem. Jest ograniczenie prędkości ale nikogo nie rusza - wszyscy targają z 90 na godzine. Liczę że weźmie mnie coś wyjeżdżającego od strony Solsony. 40 minut czekania. Upał wielki. Może kilometr dalej widzę stację paliw, ale nie idę tam. Za gorąco aby chodzić z plecakiem.

Zatrzymuje Seata Cordobę. Facet z babką. Po angielsku nawet umią mówić. Mówią mi że stałem w złym miejscu. Jasne, co miałem zrobić? Wybudować progi zwalniające? Nie jadą do Lleidy ale do Balaguer, miasto 30 kilometrów przed Lleidą. Ludzie niesłychanie otwarci i mili. Aż się zdziwiłem. Powiedzieli mi że za 2 euro jest pociąg z Balaguer do Lleidy. Podwieźli mnie pod dworzec, ale pociągu nie było. I tak oto zabrali mnie do siebie abym coś zjadł ;)

Gościu był nauczycielem w szkole podstawowej. Przesiedziałem u nich dwie godziny. Ser owczy z miodem? Ryż na zimno z warzywami? Własny wypiekany chleb z sałatą? Mieszkali w małym bloku, kamienicy. Okna w domu zasłonięte, półmrok - ochrona przed silnym słońcem. Co jak co, ale miło będę wspominać tych ludzi. Gościu był zapisany w organizacji, działającej na zasadzie wymiany noclegów za free. Oczywiście i mi zaproponował nocleg, ale podziękowałem. Przez kilka lat przenocowało u nich kilkadziesiąt osób! Rezygnuje z pociągu, chcę spróbować drogą 148 na Monzón. Gościu poświęca się i zawozi mnie na koniec miasta, za skrzyżowanie z obwodnicą. Daje mi jeszcze paczke ciastek, numer telefonu jakbym do wieczora nic nie złapał to mam zagwarantowany nocleg ;)

Staję za skrzyżowaniem, pobocze szerokie asfaltowe. Ruch mały. Czekałem ponad godzinę... Zabiera mnie gościu Peugotem 106. Nie umie nic po angielsku. Miałem wysiążść w Alfarras, ale gościu targa dalej na północ N-223 więc wysiadam przed Benabarre. Zero chodzenia bo ustawiam się po drugiej stronie drogi na skrzyżowaniu i stopuje na Barbastro. Po kilkunastu minutach wsiadam w klimatyzowaną Astrę Combi. Małżeństwo. Nie szło się z nimi dogadać, gdzie jadą. Mówili że w kierunku Barbastro. Przez to dogadywanie się nie zauważyłem jak zjechali w boczną drogę i wysadzili mnie przed Graus, małej wsi. Trochę się załamałem jak się wydostanę na jakąś nacjonalkę.

Wysadzili mnie przed wioską na skrzyżowaniu. Przechodzę za skrzyżowanie i stopuje. Jakimś cudem (a zarazem pechem) zatrzymuję po chwili stare Renault 6. Dziadek stary bierze mnie i jedziemy. Nic nie kuma po angielsku. Droga wiedzie do nacjonalki więc siadłem. A gosciu lekko wstawiony. Wesoły i nawijał po hiszpańsku że hej! Ja nic nie rozumiałem i się śmiałem, szczególnie z faktu że jechaliśmy strasznie powoli - może 40-50 km na godzinę. Ja gościowi tłumaczę, że jadę na Barbastro. I tak gościu wysadza mnie przed La Puebla de Castro, i zawraca bo jedzie na ryby. I tym samym wpadłem w jeszcze większą dziurę. Idę "obwodniczką" (wąska asfaltowa droda) z kilkaset metrów do skrzyżowania z główną drogą z wioski i próbuję na tym odludziu stopować. Problem. Bo z wioski w kierunku nacjonalki ruch ZEROWY. Na dziesięć minut przejechały może 3 samochody. I nikt Cie nie weźmie! Pozostawało jedno. Piechotą do krajowej 138, do wioski El Grado.

Idę. Do przejścia 10 kilometrów. W lini prostej pewnie o wiele mniej, ale serpentyny - muszę pokonać jakąś przełęcz. Plecak ciężki, skwar. Zachciało mi się autostopu. Ale pomyślałem sobie: "przeszłem Chorwacje, przejdę i kawałek Hiszpanii". Co kilkanaście minut przejeżdżał samochód. Ale nikt się nie zatrzymał! Tylko się ludzie gapili jakby turysty nie widzieli! Wiem że nawet mmo tej ciężkiej chwili się cieszyłem. Wspaniałe widoki, lasy i góry. Sam. Pustkowie. Zero ludzi. Cisza... Obracam sie do tylu i robie zdjecie [ foto ].
Po półtorej godzinie marszu zatrzymuje się babka w Roverze. Z tyłu wiezie psa, coś mnie nie polubił. Jedzie nawet do Barbastro! Stwierdziła że nie pachnę za ładnie (1,5 h marszu z plecakiem w upale!!! Miałem się nie spocić???). Bardzo ją zaniepokoiło że po Europie autostopuje. Że to niby niebezpieczne. Poprosiłem żeby wysadziła mnie przed miastem, bo wieczór i trzeba znależść miejsce do spania. Przed miastem, obok szkoły skręciła w ulicę, później nawierzchnia się pogorszyła. Ani jak w Polsce. Dziury i wyrwy. Zawiozła mnie nad rzekę, jakieś dwa kilometry będę musiał rano się wrócić do głównej drogi, ale na samą myśl o wymyciu się robiło się lepiej... To znaczy pokazała mniej więcej gdzie jest rzeka. Zawróciła i pojechała. Ja przedarłem się przez pole i znalazłem w wyschniętym korycie rzeki. Pełno kamieni, ale rzeki nie ma! Zostawiam plecak i idę dalej. Znajduję! Rzekę ...a raczej strumień! Ale dobre i to. Tylko kamienie za śliskie... Nie było sensu rozbijać namiotu na kamieniach, udałem się w stronę lasku, na trawie pod drzewem rozbjam namiot i kilkanaście metrów dalej znajduję ...rzekę!

Liczba pojazdów: 8.
Dystans: 260 km.

Dzień 12.
Barbastro - Huesca - Jaca - Pamplona - Iruzun - Lecumberri.




Nie wiem jak to się mogło stać, ale skasowałem plik tego dnia. Jak sobie pomyślę że jeszcze raz mam to pisać. Więc w skrie, bo leniwy jestem i zły na siebie...

Rano dużo chodzenia. Powrót od rzeki do głównej drogi. Na głównej drodze, na Huesce nikt mnie nie chce zabrać. Dopiero po 10 rano jadę Citroenem Saxo z młodym małżeństwem. Wysiadam na dworcu kolejowym/autobusowym i gdzieś dalej jadę komunikacją publiczną. Wybieram autobus do miejscowości Jaca.

Droga do Jaca piękna widokowo. Mam beznadziejny humor. Pewnie przez poranne czekanie. Ale w radiu zagrali jakiś kawałek Eyna'i to mi się poprawiło. W mieście robię zakupy. Zjadam dwa przeterminowane jogurty i mnie mdli. Na stacji paliw siedze kilka minut w ubikacji. Później siedze w cieniu. ;)

Do Pampeluny bierze mnie młody gościu Peugotem 106. Czekałem kilkansście minut za rondem. Fajnie bo gadamy po angielsku. W Pampelunie włóczę się chwilę i komunikacją miejską uciekam na wylot z miasta. Za jednym z rond kilkanaście minut i jadę na Iruzun. Małżeństwo marokańskie dowozi mnie za miasto, przed wlot na autostradę. Stopuje pół godziny na San Sebastian. Nic nie zatrzymuje się. Zmieniam kartkę, stopuje na Lecumberi. Zabieram się na kemping w tej miejscowości. Rodzina w Renault Scenic podwozi mnie pod samą recepcję. Cena 5 euro więc zostaję...




Liczba pojazdów: 6
Dystans: 265 km.


Dzień Trzynasty.
Lecumberri - Betelu - Tolosa - San Sebastian.




Pogoda wspaniała. Świeci rano słońce i nie zanosi się na deszcz. Bez burz w nocy. Od kempingu do autostrady mam jakieś pół kilometra. Staję na wjeździe z kartką "San Sebastian" i czekam. Młoda godzina, bo około 9 rano. Ruch bardzo mały. Katastrofa - po póltorej godzinie czekania zawracam do wioski. Miejscowość duża więc może dalej jest jakiś inny wjazd na autostradę? Może znajdę drogę na Tolosę? Może jednak zabrać się komunikacją publiczną?

Lecumberri. Jedna główna droga przez miejscowość. Kupuję świeże bagietki. I idę dalej wyglądając za przystankiem autobusowym. Zapytuję miejscowego i pokazuje mi hotel który minąłem. Tam ma być przystanek. Zawracam ale obok hotelu nie widzę przystanku! Wchodzę na recepcję i pytam o transport do San Sebastian. Babka wychodzi ze mną z hotelu i pokazuje ławeczkę. Przystanek bez oznakowań. Chyba tylko dla miejscowych. Babka jeszcze tłumaczy że autobus jedzie chyba przed 12 godziną. Dziękuję i siadam na ławeczkę. Nie wiem czy czekać na autobus czy iść dalej w nieznane i stopować. Zaczepiam jeszcze ochroniarza jakiegoś, ten pokazuje mi na wystawie sklepowej (może to drzwi były, nie pamiętam) rozkład jazdy autobusów. Ja myślałem że jestem człowiekiem inteligentnym, ale ten rozkład mnie rozbroił całkowicie. Godziny dziwnie popisane, kierunki we świat...

Poszłem na stopa. Wegług rozkładu autobusu "przed 12" nie było, dopiero po południu. Kilometr spacerkiem i znajduję piękne rondo. Będąc przed rondem, mija mnie autobus do San Sebastian. Macham na gościa, ale ten się nie zatrzymał. Staję za rondem na wlocie na autostradę. Ruch mały. Pół godziny i zmieniam taktykę - idę na drugą stronę ronda - stopuję na lokalną drogę do Tolosy. Ruch troszeczkę większy. Pozdrawiają mnie cykliści. Kilkanaście minut i zatrzymuje mi się samochód. Ale jadą do pierwszej wioski tylko, kilka kilometrów. Mam dobre miejsce, więc dziękuję uprzejmie. Ale później po kilkunastu minutach stania naszły mnie wyrzuty sumienia.
W końcu zatrzymuje się Renault 21. Starsze małżeństwo. TEŻ jadą tylko do tej pierwszej wioski. Zabieram się. Mam doś tego miejsca!

Betelu. Wiocha mała. Ślicznie położona. Ładne miejsce upatrzyłem, ale słyszę muzykę ludową. Na ryneczku festyn. Ludzie piją, dzieci krzyczą, etc. Wychodzę po kamiennych stopniach do kościoła. Zabytkowy, ale wnętrze raczej po nowemu urządzone. Po wyjściu z kościoła zagadują mnie dwaj dziadkowie, tutejsi. No to się pochwaliłem dokąd jadę, i skąd jestem. Ale trzeba się zbierać. Ustawiam się na drodze w wiosce, pod górkę lekko, samochody pomalu jadą, widzą mnie dokładnie. Ruch jakiś niewielki, po godzinie wracam w stronę ryneczku i oglądam przystanek autobusowy. Rozkładu brak. Zagaduję faceta. Nie wie o której jedzie autobus, ale ma zapisamy rozkład w domu. Mieszka obok więc czekam kilka chwilę. I tak oto dowiaduję się że autobus mam dopiero coś o 18 wieczór...

No to stopuję. Mam 4 godziny by coś zapać. Po godzinie mam dość słońca. Ruch zmalał do zera. Sjesta chyba? Obok ryneczku znajduję czynny bar. Spelunka dla miejscowych. Jak wszedłem do środka to się dziwnie na mnie popatrzyli. Nie widzieli turysty z plecakiem? W dodatku zakupiłem sobie Coca-Colę z lodem. Na zewnątrz w cieniu baru siedzę i sączę. Oglądam mapę. Jak jechać. Hiszpania mi już wychodziła bokiem. Na dziś miałem zaplanowane tylko 72 kilometry. Na rowerze byłbym już dawno w San Sebastian! Już chyba wtedy wiedziałem że nie dojadę do Portugali. Zamiast Portugalii będzie spokojny powrót przez Francję, bez pośpiechu. Bez panicznego stachu że nie dam rady na czas wrócić do pracy...

I stał się wtedy cud. Człowiek zdołowany a tu go życie nagle wyrwie z marazmu. Pierwszy raz w życiu złapałem stopa w barze... Lub raczej mnie złapał ;) Siędzę i dopijam resztki wody z lodu i podchodzi chłopak z dziewczyną, dwaczieściapare lat. I coś nawijają po hiszpańsku. Ale dobre zamiary do uśmiechają się. Nie wyglądali na tych co im 50 groszy do wina brakuje ;) Przeszliśmy na łamaną angielszczyznę. Pytają czy jadę do Tolosy ...bo widzieli mnie 2 godziny temu jak stopowałem. Oni byli nad rzeką. Idę z nimi na parking i ładujemy się w Renault Clio. BÓG JEST WIELKI.
Po drodze do Tolosy zatrzymujemy się, wyścig kolarski, raczej kolarek. Nie miałem sił krzyczeć aby szybciej pedałowały. Moi wybawcy nie wiedzą gdzie w Tolosie jest dworzec kolejowy. Pytają o drogę miejscowych. Specjalnie dla mnie. Hiszpanie jak już człowieka wezmą do samochodu to tak łatwo nie wypuszczą. Docieramy pod dworzec. Dziękuję baaaardzooo. Dworzec mały. Idę do kasy. Pociąg do San Sebastian kosztuje 2 euro i jedzie za 4 minuty!!! Nawet do kibla nie miałem czasu wejść...

Donostia - San Sebastian. Na dworcu studiuję plan turystyczny miasta. Jest camping i schronisko młodzieżowe. Najpierw nad OCEAN. Miasto mi się spodobało. Palmy i takie te ich drzewa. Stare miasto. Dochodzę na plażę. Wieje silny wiatr. Miejscami nie mogę iść z plecakiem. Pochmurno ale na plaży pełno ludzi. Idę drogą obok plaży. pełno turystów, rowerzystów, tych co biegają etc. Schronisko i kemping jest w tym samym kierunku. Z ciekawości i z obawy przed pogodą wolałem schronisko. Chyba że cena byłaby wygórowana. Szłem sobie równolegle do plaży. Z planu wynikało że schronisko jest gdzieś w okolicy trzeciej plaży. Kogo się zapytać o drogę? Turystów? Plażowiczów? Nie! Facetkę ze służb oczyszczania miasta! Za jej radami docieram do schroniska. Total piechotą od dworca jakieś 3 kilometry...
Zostaję w schronisku - 2 noce za 25 euro. Jutro dzień "wolny" - czyli zwiedzanie i leżenie...

Liczba pojazdów: 3.
Dystans: 60 km (!)



Dzień Czternasty.
San Sebastian.



Wczorajszego wieczoru poznaję w schronisku ludzi z pokoju. Sala kilkunastoosobowa. Piętrowe łóżka. Ja, japończyk, argentyńczyk, trzech belgów, dwóch amerykanów. Jeszcze jacyś obcokrajowcy w nocy dotarli. Belgowie się chwalili że nawet jakąś część drogi pokonali autostopem. Dziwni jacyś. Cwaniaczki jednym słowem. Rano śniadanie w cenie noclegu. Pierwszy poszłem na śniadanie, reszta spała. Cherbata, mleko z płatkami, bułka z masłem...

Po śniadaniu na miasto. W miarę pusta plaża. Turyści jeszcze spali. Piękna chwila... Znajduję piekarnię. Uderzam na wzgórze górujące nad portem. Tam piękny widok na ocean [ foto_na_ocean ] i na miasto. Jeszcze stare miasto. Obiad w McDonaldzie i pozostawało mi sprawdzenie pociągów/autobusów do Francji. Decyduję się na pociąg podmiejski. Odjeżdża co 30 minut, ale nie z głównej stacji.

Cały dzień szwędałem się po mieście. Wieczorem kolacja. . W kuchni na dole schroniska zaczynam gotować wodę - zupka chińska i budyń śmietankowy. I siedziała tam para ludzi. Chłopak i dziewczyna. Nawijali po angielsku. Witam się i siadam obok nich. I mnie zaaamoorowało bo chłopak przeczytał na zupce chińskiej - "Rosół z kury". Polak? Nie - Czech! Tylko że przez jakiś czas miał dziewczynę z polski i umie mój ojczysty język perfekt ;) To rozmowa się zaczęła. Ta dziewczyna co obok nas siedziała tylko się dziwiła - nasz akcent ;) Była australijką. Tam mają taki dziwny zwyczaj, że jak skończą studia i mają kasę to jadą w świat, np do europy. Akurat ona miała pecha bo w Barcelonie ją okradli. Z Czechem zaczęliśmy się nabijać z Australi - że tam niby dzieci do szkoły są noszone przez kangury/ że tam ludożercy jeszcze są / jak oni tam żyją po drugiej stronie świata - przecież spadają w dół!

Wieczorem do pokoju doszli jacyś nowi. Belgów już nie było. Weszli na temat używek -trawki. Co tam oni nie próbowali... Czech ich zagiął totalnie, bo wyciągnął z plecaka i zapytał kto idzie na zewnątrz...

Dzień Piętnasty.
San Sebastian - Hendaye - Bayonne - Dax - Mont de Marsan - Marmande - Ste.Foy - Neuvic.




Czwarta rano wstaje. Ludzie śpią w pokoju w schronisku, ja się zbieram. Na recepcji nie ma ochroniarza, ale znajduję go na zewnątrz, palił papierosa. Odbieram legitymację studencką i na przystanek komunikacji miejskiej. Gościu z recepcji wczoraj mówił że autobusy co chwilkę, ale chyba nie przed piątą rano! Więc poranny 3 kilometrowy spacerek na dworzec kolejowy. Ostatni raz oglądałem ocean. Zatoka Biskajska. Chłodny wiatr. Zero ludzi. No super...

Kolejka podmiejska dociera do pierwszej miejscowości we Francji - Hendaya. Z San Sebastian jeździ co pół godziny. Czekam dwadzieścia minut i za chyba 2 euro jestem we Francji. Jedzie się dużo pod ziemią, ani metrem...

Hendaye to miejscowość wypoczynkowa. Nawet nie myślę tu gdzieś stopować. Jeszcze kilkanaście kilometrów podjeżdżam pociągiem do Bayonne. 5.8 euro. Koleje we Francji to droooga zabawa. Natrafiłem w kolejowej ubikacji na ślady Polaków - napisy markerami na drzwiach w toalecie ;)
Więc wysiadam w Bayonne. Pociąg jedzie dalej do Tuluzy. Ja jestem porządny Polak, nie jeżdżę bez biletu ;) Obok stacji znajduję plan miasta w gablocie. I już wiem gdzie iść. Obok dworca w lewo, pod górkę dalej w lewo i doszłem do skrzyżowania. Za skrzyżowaniem nie ma gdzie łapać ale widzę stację paliw. Zaopatruję się w karton i piszę "Dax". Za stacją nie ma gdzie łapać. Więc idę wzdłuż drogi i stopuję. Ruch duży ale jakoś nie chcą się zatrzymać w mieście. Za stacją może 300 metrów lasek i łagodnie z górki. Pobocze nawet jest. Plecak na ziemię i stopuję. Po chwili już siędzę w Fiacie Punto. Rumun z pochodzenia. Rozmawiamy o socjaliźmie. Jerdzie do Tuluzy, ale dziękuję i wysiadam na rondzie w małej miejcowości - St. Geours. Przechodzę rondo i w centrum wioski ustawiam się na Dax. Kilka minut i zatrzymuje ...o dziwo kolejnego Fiata Punto. Plecak do bagażnika i w drogę. Gościu nie trybi po angielsku. Starszy facet. Ale rozmowny strasznie, tylko mu głową kiwałem. Wychodzi w czasie rozmowy że jedzie dalej - na Mont de Marsan, ale zatrzymuje się na chwilę w Dax. Gościu sprzedawał Fiata a chciał kupić Renault Clio. Więc oglądneliśmy samochody u dilera Renault i pojechaliśmy jeszcze do dilera Fiata.

Mont de Marsan. Wysadził mnie dziadek w centrum. Zawaliłem bo mogłem wysiążść na obwodnicy przed miastem - było ładne rondo. Zawaliłem. Jeszcze się naszukałem wylotówki z miasta. Przeszłem 200 metrów i stwierdziłem że źle idę. Wróciłem się spowrotem do planu miasta znalazłem właściwą drogę. Miasto jak miasto. Ładna katedra. Obok katedry w oczy rzuciły mi się prospekty firmy z nieruchomościami. Zabieram plik kartek. Nie temu że chciałbym tam dom kupić, ale temu że były to ksera A4, piękny biały papier z jednej strony, idealny do pisania gdzie się chce jechać...

1,5 kilometra od centrum koniec miasta i centa handlowe. Szaleję z pieniędzmi - idę do McDonalda. Naprzeciw mam ładne małe rondo i pobocze w sam raz do zatrzymywania. Kilka minut i jadę vanem Citroena. Tylko kilkanaście kilometrów. Dobre i to. St. Justin. Wioska maleńka. Oglądam mały ryneczek i kościółek. Na drogę, idę za most i staję. Ruch jest. Kilkanaście minut i zatrzymuje po raz pierwszy BMW. Stare jak świat. Młody chlopak. Auto brudne i zakurzone. Ale 150 km/h szło... Wysiadam w Casteljaloux bo gościu skręca na zachód. na drogę dostaję od niego jeszcze półtora litra wody mineralnej. Na ławeczce robię żarcie, jem i uderzam do katredry. Z kamienia, wszystkie te ich starsze kościoły są wyjątkowe. Tyle ich widziałem ale nie wiem który najpiękniejszy.

Nie muszę chodzić daleko bo ustawiam się za skrzyżowaniem na łuku drogi. Samochody pomału jadą. Kilka minut i jadę. Citroen C5 kombi. Ledwo plecak do bagażnika wszedł, zawalony jakimiś gratami. Graty te okazały się być sprzętem polograficznym, bo gościu poligraf. Miałem targać na Bergerac, ale gościu jedzie inną drogą na północ- 708 na Montpon. Biorę się z nim. Byle bliżej Paryża...

Neuvic. Gościu zachwalał mi kamping w jego wiosce. Po drodze wstąpił do piekarni po pieczywo i kupił mi kawał placka chyba ze śliwkami czy czymś takim. Dowiózł mnie pod sam kemping. Cena według cennika na bramie - 8 euro. Ale jak już jestem to zapłace. Camping mad rzeką, zadbany. Poszłem na recepcję. Baardzo miła babka. Jak jej powiedziałem że po Europie autostopem jeżdżę zmieniła dla mnie cenę - 6 euro.

Liczba pojazdów: 5.
Dystans: 340 km.

Dzień Szesnasty.
Neuvic - Perigueux - Chalus - Rochechouart - Bellac.

Nad ranem budzi mnie deszczyk. Namiot nie przecieka. Beznadziejnie bo po śniadaniu zaczyna kropić i namiot składam w ekspresowym tempie. Z Neuvic do Perigueux prowadzą dwie drogi. Tranzytowa E-70 (dwupasmówka szybkiego ruchu) i lokalna droga. Za namową wczorajszego gościa idę w stronę lokalnej drogi. Ale po przejściu 200 metrów za kemping dochodzę do wniosku że ta droga jest zdecydowanie "za mała". Wracam do wioski. Kupuje pieczywo i już w strugach deszczu idę w stronę wlotu na drogę szybkiego ruchu. Przed wjazdem jest rondo. Piękne miejsce do stopowania. Tylko że trzeba przejść całą wioskę. Ruch mały, leje, zimno. Stałem może z godzinę jak nie przyszła ulewa. Uciekam pod wiadukt drogi szybkiego ruchu i czekam aż deszcz trochę ustanie.

Zdeterminowany wychodzę na drogę szybkiego rucju. Ale wozy śmigają ponad 100 więc zawracam na moje rondo. Czekam jeszcze godzinę. Droga napewno dobra! Znaki! Pytałem na stacji paliw! Ale nikt Cię nie weźmie z tej wioski! Dochodzi południe. Mam dość. Idę na tą drogę lokalną. Jak mnie tam nic nie weźmie to przejdę do Perigeueux te dwadzieścia pare kilometrów na piechote! Pójdę dwa dni ale zostwię tę pechową miejscowość za sobą!

Idę więc w stronę campingu, mijam piekarnię. Z naprzeciwka jedzie Citroen Saxo. Babka macha mi znajomo. To jej macham i ...ona się zatrzymuje. Widziała mnie rano jak stałem za rondem, jechała z przeciwej strony. Nie jedzie niestety do Perigeuex, ale zawraca i podwozi mnie za kemping, do małego skrzyżowania, którego rano nie zauważyłem bo nie doszłem za zakręt, tylko się wróciłem po 200 metrach. Dziękuję uprzejmie i staję na lokalnej drodze. Cisza. Ruchu zero. Idę jeszcze za zakręt upatrując dobrego miejsca do stopowania. No i zatrzymuję po chwili pierwszy przejeżdżający samochód. Citroen C15. Babka szwajcarka z pochodzenia. Po drodze minęliśmy bunkry wojskowe. Ponoć podziemne miasto, szpitale itp...

Perigueux. Duże miasto. Poprosiłem aby mnie wysadziła z dala od centrum, gdzieś na wylotówce. Poświęciła się dla mnie i wysadziła mnie gdzieś za centrum na rondzie. Nie mogę stopować bo przychodzi ulewa! Chronię się pod zadaszeniem przed salonem fryzjerskim. Beznadziejnie tle czasu straconego. Jak deszcz się uspakaja to stopuję z kartką na "Limoges". Pół godziny i zabieram się starą Corsą z facetem. Nie umiał po angielsku ale dał do zrozumienia że mam złe miejsce. Jedzie na zakupy do hipermarketu za miasto. Pokazuje mi ładne rondo, muszę do niego dojść 200 metrów bo gościu skręca do sklepu.

...z plecakiem, w strugach deszczu, ba! Ulewy! Proszę Boga aby się ten deszcz do wieczora uspokoił, bo w takim desczu namiotu nie rozłożę. Z ronda uciekam do McDonadla. Uzupełniam zapas wody w toalecie. Ale trzeba jechać. Więc staję za rondem i moknę. Ruch duży. Kilka minut i zabieram się Mercem klasy SUV. Gościu wraca z dziećmi do domu, do Limoges. Po angielsku rozmawiamy. Jak zwykle dziwią się ludzie, tak daleko autostopem?

Wysiadam 35 km przed Limoges, w miejcowości Chalus. Przestało padać. Ale jest duszno. Idę w stronę ruin zamku. Wjazd kilka euro. Zdziercy. Zawracam i staję za skrzyżowaniem na drodze do Rochechouart. Lokalna droga i ruch mały. Stałem obok jakiegoś domu i wyszła jakaś stara babcia i coś po ichniemu mówiła. Ja pokazuje kciuk i móię "autostop" z uśmiechem na ustach. Machła ręką i gdzieś poszła. Ja się w kilkanście minut zabieram z małżeństwem Peugotem 406.
Rochechouart. Pytają się mnie gdzie mnie wysadzić. Proszę o koniec woski. Na początku jest śliczny zameczek, ale deszcz zaczął padać więc nie chcę moknąć. Deszcz zmienia się w ulewę. Na moje szczęście wysadzają mnie na przystnku autobusowym przed rondem. Przystanek zadaszony, ale muszę kucać na ławeczce bo deszcz zasieka. Dwadzieścia minut czekania i patrzenia na Francje.

Deszcz ustaje, zbieram się za rondo. Kilka minut i jadę z młodym synkiem Citroenem Saxo. Można pogadać po angielsku. Jedzie do St. Junien, ale jak mu powiedziałem o mojej trasie to mnie wywozi jeszcze kilka kilometrów za miasto, na skrzyżowanie na Bellac. Cieszę się jak dziecko bo się przejaśnia i stoję na ładnym rondzie. Stałem z dwadzieścia minut i ładuję się do Citroena XM. Babka jedzie kilkanaście kilometrów do jakiejś wioski. Wysiadam i się załamuje lekko bo wioska długa na 200 metrów. Kilka domów i ograniczenie tylko do 70 km. Podchodzę na koniec wioski i stopuje. Problem bo samochody nie zwalniają. Dochodzi wieczór ale widać że problemów tu z noclegiem nie będzie. Lasy i pola. Piękna okolica. Ale miejsce do stopowania beznadziejne. Ale szczęście się do mnie uśmiechnęło. Z drogi obok wyjeżdża Fiat Bravo. Babka i dwoje dzieci. Dają znać że miejscowi i że jadą tu gdzieś niedaleko. Podbiegam do nich i chcę się zabrać bo tu stopa nie złapie. Biorą mnie 3 kilometry do następnej wioski. Oglądam mały ryneczek i układam się do stopowania. Mały ruch. Mija pół godziny i mówię dość. Zbieram plecak i mam zamiar iść wzdłóż drogi do jakiegoś lasku lub w jakieś ustronne miejsce by rozbić namiot. Ale widzę jeszcze że ze skrzyżowania rusza pomału jakiś samochód i się mi zatrzymuje! Babka jedzie do Bellac. W czasie jazdy oglądam mapę i myślę czy nie wysiąźść przed Belllac i drogą E-62 uderzyć na Chatellrault. Nie ma tam ronda więc decyduje się na drogę do Le Doret i Le Blanc.

Bellac, babka wysadza mnie na jakimś osiedlu. Na szczęście znajduję tablice informacyjną z mapą miasta. Kilometr piechotką i jestem na końcu miasteczka, dwa supermarkety i rondo. Na jutro miejsce jak znalazł. Idę wzdłuż drogi na Le Doret, jakieś 200 metrów za supermarkety, skręcam w prawo w polną drogę i dochodzę do lasku. Choć raczej jakiś chaszczy, pokrzywy, krzewy, trawska. Najważniejsze że namiot niewidoczny dla ludzi...

Liczba pojazdów: 9.
Dystans: 165 km.


Dzień 17.
Bellac - Le Doret - Montmorillon - Chauvigny - Chatellerault - Loches - Amboise.




Rano pada deszcz. Ze złożeniem namiotu czekam do 8 godziny. I na drogę. Wracam na rondo i stopuje. W końcu po 20 minutach zabieram się w stronę centrum - chcę spróbować szczęścia na drodze E-62 na Poitiers. Nie ma obwodnicy, więc ruch przez miasto. Za światłami ładne miejsce. Ruch duży ale nie mam szczęścia. Znowu utknąłem. Zawsze rano mam problemy z ruszeniem. Wracam na rondo do Le Doret. Idę do supermarketu Championa i robię zakupy. Ustawiam się za rondem i po chwili jadę Renault Clio z pielęgniarką...

Le Doret. Babka zawozi mnie pod koniec mieściny. Droga na Le Blanc. Kładę plecak i stopuje. Ruch mały. Oglądam pracę ogrodników. Godzina mija a ja sterczę nadal w tym samym miejscu. Oglądam mapę. Pojawia się nowy plan. Lusac na drodze do Chatellerault. Kolej wg mapy tam dochodzi. Idę więc w stronę centrum, później z górki d dworca (widziałem wcześniej bo mijaliśmy go jadąc z pielęgniarką). Pociąg dopiero o 14 i za 7 euro! Mam kilka godzin. Nie ma co czasu marnować. Wracam na małe rondo przed centrum za postkiem. Odchodzi z niego droga lokalna do Bussiere i krajowej N-147. Rondo małe i szerokie pobocze. Stawiam plecak i czekam na jakiś samochód. Ruch mały. Pozdrawia mnie para holendrów w camperze. Po drugiej stronie drogi na poboczu staje ciężarowka z bydłem. Wspaniały zapach i odgłosy. Kilka minut później zatrzymuje się za tą ciężarówką terenówka jakaś. Wychodzą dwie starsze kobietki. Zagadują po francuzku. Ja nic nie kumam. Po angielsku się dogadujemy. Ale nie jadą w moją stronę. Zostają w mieście. Ale rozmowę naszą słyszał stojący obok gościu - powiedział że jedzie do jakiegoś miasta i może mnie zabrać. Pokazuje mu mapę. Jedzie do Montmorillon!

Jadę te 30 kilometrów. Gościu pozytywnie zakręcony. Długie włosy. Wyobijany samochód Felicja kombo. Jakieś graty woził w środku. Zajmował się w zawodowo produkcją domowego piwa. Po drodze zatrzymał się obok swego domu i przyniósł dla mnie jedno. Butelka litrowa szklana. Musiał mieć w domu małą linię produkcyjną z kapslownicą... Podwozi mnie na koniec miasta na drogę do Chauvigny. Ładne rondo. Dziękuję za wszystko.

Kilka minut i zatrzymuje starego Forda Sierrę. Gościu starszy a umie po angielsku nawet. Z samochodem jest coś nie tak. Bo w czasie wyprzedzania wciska mnie w fotel. Gościu mówi że ma baaardzo doobry silnik - dwa litry benzyna...
Chauvigny. Miasto średniowieczne. Zatrzymuję się i wchodzę na wzgórze. Ruiny zamku i stare kamieniczki. jak dla mnie ładniej niż w Carccasonne, bo DUŻO MNIEJ TURYSTÓW. Bałem się że będzie problem z wydostaniem, ale na wylotowej drodze z centrum znajduję próg zwalniający. Samochody zwalniają ...i po chwili jadę Peugotem 106 z chłopaczkiem i jego dziewczyną do Chatellerault. Częstują mnie ciastkami, gra nam Scooter. Pytam czy by mnie nie wysadzili za centrum. Trochę stoimy w korkach ale dowożą mnie pod koniec miasta, centra handlowe i zakłady. Nie mam już wody więc idę do pobliskiego Leader Price. Kupuje wodę. Babka przedemną w kolejce miała caaały wózek z zakupami. Widząc że mam tylko wodę, przepuściła mnie. Kultura! Jeszcze się zaopatruje w ładny karton i na drogę!

Wylotówka z miasta to dwupasmówka. Na szczęście są światła. Za bardzo nie ma pobocza utwardzonego ale jest kawałek włączającego pasa ruchu z pobliskiego zakładu. Plecak kładę obok krawężnika siadam na ziemi i piszę na kartonie nazwę miejscowości. Wstaje, patrze a już na mnie czeka fiat punto. Nawet nie zacząłem stopować! Nie widziałem jak coś hamowało! Podbiegam z plecakiem 50 metrów. Przez głowę przechodzą mi myśli - pewnie zaraz ruszy, albo ktoś się zatrzymał na chwilę! Ale nie! Dziewczyna otwiera mi drzwi. Pakuję się i jadę do Descartes. Studentka. Opowiadamy o podróżach. Wysadza mnie za swoją miejscowością, na rondzie. Chwilę później zatrzymuje busa z robotnikami! Kilka osób ale nikt nie umie po angielsku! Jadą kilkanaście kilometrów do Liguell. Mała wiocha. Wysadzają mnie za centrum na skrzyżowaniu. Miejsce nie za bardzo odpowiednie na stopa. Za zakrętem stoje. Tyle dobrze że samochody nie jadą szybciej niż 40 na godzine. Kilkanaście minut i widzę że ze skrzyżowania wyjeżdża pomalutku Renault 5. I zatrzymuje mi się staruszka. W polsce niemożliwe! Siadam i jedziemy do Loches. Trochę się boję jak babcia wjeżdża swym renaultem na obwodnicę miasta. Pomalutku 70 km/h ;)

Babka jedzie do centrum, ja wysiadam na końcu obwodnicy. Super miejsce znajduję na stopa: za przejazdem kolejowym. Chwila i zatrzymuję samochód. Ale gosciu jedzie tylko kilka kilometrów, więc dziękuję. Kilka minut i zatrzymuję kolejny samochód. Podbiegam, ale jedzie na Tours. No to układam się z plecakiem po raz kolejny i zatrzymuję Peugota 106. Jadę z farmerem do Sublaines. Oczywiście to mała wioska. Już się boję że się nie wydostanę. Ale macham dwadzieścia minut na końcu wioski i zatrzymuje Peugota. Młody gościu jedzie do Amboise. Opowiadam o mej wyprawie (chyba setny raz ;). Gościu się dla mnie poświęca nawet i pyta o drogę na kemping. Kemping na rzece, tzn na wyspie na Loarze. Podwozi mnie pod samą recepcję. Zostaję bo cena przystępna - 5 euro. Rozbijam namiot, kolajca, i idę na miasto. Nie ma jak wieczorem pochodzić po starum mieście. Nad rzeką wznosi się zabytkowy zamek, ale już zamknięty.

Liczba pojazdów: 9.
Dystans: 195 km.

Dzień 18.
Amboise - Chateau Renault - Vendome - Dreux - Trappes - Versailles.





Zawsze miałem pecha rano. Zawsze. Wyszłem za miasto. Stopuję do obwodnicy. Ale nikt mnie nie chce zabrać więc idę dwa kilometry wzdłiż rzeki. Dochodzę do skrzyżowania z wiaduktem obwodnicy. Ślimak, stoję na wjeździe. Ruch jest ale nikt sie nie zatrzymuje. Nikt nie jedzie na Vendome??? Decyduje się iść na piechotę. Zatrzymuję samochody, ale wszystkie jak tylko przejechały wiadukt, gaz do dechy...

I widzę że staje na poboczu Citroena Saxo. Podbiegam, ale babka daje znać że zatrzymała się nie dla mnie. Ale tak czy tak podchodze i zagaduje po angielsku. Po angielsku umiała mówić. Jedzie do Chateau Renault, tylko że po drodze musi się zatrzymać. Zgadzam się i ładuje do samochodu. Babka się okazała jakąś osobą z kuratorium. Musiała wpaść do jednej ze szkół w jakiejś dziurze, nawet na mapie nie miałem tej wioski... Babka bardzo miła. Zawozi mnie za Chateau Renault na droge do Vendome, na rondo. Na rondzie rosły drzewka młode. Pokazowo siadłem wsród nich i robiłem drugie śniadanie. Dziwnie się ludzie patrzyli. Nie widzieli autostopowicza siedzącego w środku ronda??

Piszę na kartonie "Chartes". Staję za rondem. Ruch naprawdę fajny, ale pół godziny jak nic, nic nie łapię. Kilka samochodów zaczęło nawet zwalniać, ale skręcały kawałek dalej do zakładu jakiegoś. W pewnym momencie zatrzymuje się tir. Stoi na awaryjnych. I nie wiedziałem czy biec do niego? Czy tylko tak stoi? Zatrzymać tira? Niemożliwe? Całą trasę tirowcy mnie omijali. Ale podbiegam. Gościu otworzył drzwi i wspinam się do Renaulta. Gościu z Portugalii ale pracuje we Francji. Nie jedzie do Paryża niestety, ale zabieram się z nim do Dreux.

Wspaniałe uczucie patrzeć na wszystkich z góry, szczególnie przejeżdżając przez wioski. W Dreux wysadza mnie gościu na północnej obwodnicy. Proponuje abym przeszedł kawałek dalej i popytał na parkingu przy restauracji. Ja decyduję się na "prawdziwy" autostop, staję za rondem, na wlocie na drogę do Paryża N12. Ruch duży. Nawet coś na polskich blachach przetargało. Pół godzinki i jadę do Trappes z murzynką - Citroenem ZX. Zaczynam wierzyć że uda mi się dotrzeć dziś do Wersalu na jakiś kemping. Załamuję się w Trappes. Babka mówiła że wysadzi mnie na skrzyżowaniu. Jasne, trzy pasy ruchu i brak pobocza. Ale patrzę na przystanek autobusoby. Komunikacja docera do Versalu. Tylko że stałem na nieodpowiednim przystanku. Pytam miejscowego gościa. Pokazuje mi przystanek za skrzyżowaniem po drugiej stronie drogi, równoległa do tej co miałem stopować ale nie było miejsca. Czekam kilka minut, i jadę do Versalu. Pytam kierowcy czy staje gdzieś obok cempingu? ten mi mówi że nie wie gdzie jest cemping w Wersalu. Z mojej niedokładnej mapy wynikało że kemping jest gdzieś niedaleko pałacu w Wersalu. Mówię że wysiądę obok załacu. Gościu jednak w czasie jazdy zauważył znak na kemping. Wysiadam na światłach. Dziękuję kierowcy. Coś mi tylko nie grało. Z mapy wynikało że cemping jest gdzieś dalej. Ale idę za małymi znakami i dochodzę na cemping. Mały, tani, i PUSTY! Byłem trzecim namiotem. Pusto. Nie wiedziałem czy tu zabijają czy co? Ale cena 5 euro przystępna. Zostaję na trzy noce. Wieczorem zajechał jeszcze jeden samochód - Fiat Punto na polskich blachach - z Bydgoszczy. Facet i dwie facetki. Fajne uczucie po polsku porozmawiać... nawet poczytałem "Wyborczą" z przed kilku dni...

Liczba pojazdów: 3.
Dystans: 250 km.

Dzień 19.
Wersal & Paryż.



Rano uderzam na Paryż. Bez gratów. Plecak lekki strasznie. Plan był taki - iść pod pałac Wersalski i szukać stacji kolejki podmiejskiej. Ale znajomi Polacy jadą do centrum Fiatem, biorą mnie z sobą. Przy okazji mam możliwość zobaczenia części Paryża z samochodu - dzielnicy La Denence (chyba tak się to pisze). Nie mogliśmy za dostać się później do centrum. drogi poblokowane, policji we świat (okazało się później że to przez wyścig Tour de France). Wysiadam niedaleko Łuku Triunfalnego i zaczynam zgłębiać Paryż. Kilka godzin w Luwrze, La Cite i katedra Notre Dam (tłumy turystów), podziwiam 1 etap tour de France - jazda indywidualna na czas.

Za 2 euro kolejką pod Wersal. Jeszcze czeka mnie spacer przez ogród za Pałacem, jakieś 1,5 kilometra i jestem na kempingu...



Dzień 20.



Polacy rano odjeżdżają w stronę Hiszpanii. Zostawiają mi bilet na metro. Więc na piechotkę do stacji kolejki. W Paryżu: Wieża Eifla, Bazylika Montmare, wschodni dworzec kolejowy (jutro chcę się zabrać z Paryża pociągiem i zacząć stopować gdzieś na wschód). I wszytsko co napotkam na drodze ciekawego...


`Dzień 21.
Paris - Meaux - Chalons - Verdun.




Wstaje wcześnie rano i zbieram namiot. Wczoraj zapłaciłem za pobyt na cempingu więc nie czekam na otwatrcie recepcji. Po wyjściu z kempingu na skrzyżowaniu spotykam żołnierzy. Mówią mi "Bonżur". Chwilę później wychodzą na drogę i wstrzymują ruch. Gdzieś niedaleko musiała być jakaś jednostka wojskowa - miałem okazję zobaczyć kilkanaście dział samobieżnych i ciężarówek wojskowych.

Kolejką podmiejską i metrem docieram do Wschodniego Dworca. Dwa dni używałem tej komunikacji i muszę powiedzieć że fajna rzecz. Tylko jadąc metrem pojawił się straszny problem - zachciało mi się kibla! Wysiadam na jednej stacji, wychodzę na powierzchnię i wchodzę do kawiarni. Pytam o kibel po angielsku i siedze kilka minut ;). I oczywiście jak wróciłem do metra, to znowu musiałem bilet kupić na metro. Na dworcu kupuję bilet do Meaux - 6 euro. Miałem pół godziny czasu do odjazdu. Kładę plecak na ziemi i siadam pod ścianą. Patrzę uśmiechnięty na śpieszących się ludzi. Na zgiełk, brud i stację. Jadę do domu. Nie wiem kiedy dotrę. Nie wiem co przedemną. Ale jestem szczęśliwy!!!

Meaux. Uciekł mi autobus komunikacji miejskiej do Trilport. Za godzinę następny. Idę w stronę centrum szukać piekarni. I znajduję piękną katedrę! Tylko że w remoncie i nie ma jak wejść do środka! Wracam przed stację kolejową. Pakuję się w autobus. Wysiadam pod koniec wioski - Trilport. Mały spacerek i zamiast stopować idę na zakupy do Championa.

Za Championem mam fajne miejsce. Za światłami, pobocze jest. Widzę autostopowicza, ale chyba jakiś miejscowy bo bez plecaka, szedł wzdłóż drogi i zatrzymywał. Po kilku minutach coś mu się zatrzymało. Ja miałem problem. Pół godziny i nic! To ma być Francja? Biorę plecak i idę na koniec prostej. Wydawało mi się że będzie tam skrzyżowanie. I było. Tyle że z kilometr spacerku jak nic. Po drodze stopowałem, ale nic. Plan był taki aby dotrzec do autostrady która biegnie kilkanaście kilometrów dalej. W końcu piszę na kartonie nazwę małej wioski za wjazdem na autostradę. Stoję na tym małym skrzyżowaniu. Kilka minut i zatrzymuje gościa w Fiacie Brava. Podwozi mnie do wlotu na autostradę. Układam plecak i czekam aż coś pojedzie. Ruch na autostradę mały. Nie ma bramek, wzdłóż autostrady nie ma co iść. Po godzinie zmieniam taktykę. Nie będzie autostrady. Będę jechał dalej na wschód tą drogą krajową co przyjechałem do autostrady. Więc bez problemów docieram z młodym gościem do La Ferte - Renault Megane. W mieścinie wysadza mnie za rondem. Plecak i idę drogą stopując. Dochodzę do prostej drogi. Kładę plecak i stopuję. Kilkanaście minut i mam Golfa II. Gościu nie umiał po angielsku nic. Jechał do małej wioski. Viels Maisons. I się trochę załamałem bo stałem na skrzyżowaniu. Samochody zwalniały może do 90 kilometrów na godzinę. Z wioski nikt się do ruchu nie włączał. Podziwiałem piękną okolicę. Kilkanaście minut czekania. A tu jedzie Renault Clio. Ponad 90 jak nic. Po hamulcach gościu dał. Aż koła spiszczały. Podbiegam i się zabieram, aż do Chalons!

Chalons. Wysiadam w centrum. Oglądam zabytkową katedrę. Wydostanie z miasta za pomocą komunikacji miejskiej. Na przystanku jest plan gdzie targają poszczególne linie. I jedzie mój autobus. Siadam ostatni i pytam kierowcy czy jedzie do mojej wylotówki na Verdun. Gościu nic po angielsku. Ale zrozumiałem tylko "Ok!". Siadam za 1 euro i jadę. Już po kilku przystankach widzę że jadę dobrym autobusem ...ale w złą stronę! Na "pętli" kupuję drugi bilet (euro w plecy). Jeszcze raz jadę przez miasto. Ani wycieczka krajoznawcza. Wysiadam już w odpowienim miejscu (w autobusie też są "plany" gdzie jaka linia targa). Już widzę znaki do skrzyżowania - ładne rondo. Po drodze zaczepiam gościa w ogrodzie i proszę o wodę. Nalewa mi półtoralitra zimnej wody!

Za rondem stopuję na Verdun. Kilka minut i jadę dostawczą Toyotą. Gościu stary angielskiego nie zna. Dowozi mnie do Verdun. Pytał się gdzie mnie wysadzić. Proszę o koniec miasta i zawozi mnie na ostatnie światła. Decyduję że koniec na dziś. Wieczór i wypadałoby rozbić namiot. Idę obok drogi. Niby koniec miasta. Jakiś supermarket i gdzieniegdzie domy. Teren pagórkowaty, ale pełno łąk. Przeszłem kilometr może i pakuję się na jedno z pastwisk po lewej stronie drogi. Chyba nie używane bo zarośnięte strasznie. Idę pagórkiem go góry i rozbijam namiot obok zardzeriałej karosteri jakiegoś samochodu. Komuś nie chciało się wieżść na złom, lepiej postawić w niewidocznym miejscu...

Liczba pojazdów: 7.
Dystans: 290 km.

Dzień 22.
Verdun - Metz - Strasbourg - Kehl.

Pogoda się utrzymuje. Słoneczny ranek. Namiot atakują pająki, ślimaki i inne robactwo łąk. W czasie składania namiotu słyszę ludzi. Właściciele łąki? Nie wiem, nawet ich nie widziałem, gdzieś za krzakami szli. Do drogi i wracam na skrzyżowanie wczorajsze. Ale przeszłem niewiele bo zatrzymałem Peugota 306. Miałem jechać na Etain i dalej prosto do Metz. Gociu jedzie do Briey. I mówi że wysadzi mnie w dobrym miejscu.

Briey. Za miejscowością. Na ładnym rondzie stoję. Tylko że żadnego drogowsakzu na Metz! Tylko na małe miejscowości. Piszę na kartce nazwę jednej z nich - Homecourt. Zabieram się po chwili z dwoma francuzkami w starym Oplu Corsie. Nie szło się z nimi dogadać. Wysadzają mnie na jakimś skrzyżowaniu. Przechodzę z kilometr do końca miejscowości. Znaki mówią co innego, mapa co innego. A drogi na Metz nie ma! Pytam jakąś poranną biegaczkę o miejscowość Auboue. Jesteśmy na szczycie pagórka - pokazuje jakieś domy w oddali. Nie wiem co robić. Stopuję! Bo nie mam siły iść dalej. Biegaczka mówi że nie ma tam dobrego miejsca do łapania. Kilkanaście minut i zatrzymuję młodego chłopaczka w Peugocie 106. Podwozi mnie do mej zgubionej drogi na Metz. Wybudowali obwodnice, a moja mapa jak wiadomo niedokładnie straszna. Jestem na ładnym rondzie. Widzę pierwszy samochód, babka w Citroenie Saxo. Uśmiecha się i macha że nie bierze autostopowiczów. Ja się uśmiecham i ...jednak się zatrzymuje!

Nie jedzie do Metz. Do Ars. Drogą której nie mam na mapie! Nie wiedziałem gdzie jestem. Ale z Ars do Metz niedaleko. Za Grawelotte kapłem się że mogłem wysiążść i prosto stopować do Metz! Ale na szczęście babka w Ars nie wywiozła za miejscowość, ostatnie skrzyżowanie obok supermarketu. Idę na zakupy. Drugie śniadanie jem nad rzeką - Moselle. Śmierdzi strasznie...

Nikt mnie nie chce zabrać na Metz. Zmieniam karton - stopuję na Moulins. Kilka minut i jadę z rodzeństwem Peugotem 106. Mówią mi że z Moulins za 1 euro dojadę do Metz autobusem. I tak właśnię robię...

Metz. Oglądam miasto. Piękna katedra. Obok w uliczkach pełno sklepów. Zatrzymuję się jeszcze w McDonaldzie. Nie wiem czemu Visa Electron nie działała tam. Maestro bez problemu. Jeszcze tylko wydostać się za miasto. Na informacji autobusowej nie umie babka po angielsku. Ale jest plan miasta, gdzie jaki autobus jedzie. Idę na odpowiednie stanowisko i pytam ludzi najpierw czy jadę w odpowiednią stronę - nie chcę popełnić wczorajszego błędu ;).

Wysiadam na jednym z ostatnich przystnków. Jenak nie na wylotowej drodze z miasta. Dochodzę jakieś 200 metrów przez jakieś osiedle. Najlepiej bo miała być droga, a szłem polem jakimś, ale widziałem drogę. Jeszcze tylko rów przejść z plecakiem i już widzę rondo ładne... Na Strasbourg! Ruch duży, ale pół godziny czekałem. Biorę się z murzynem. Jedzie kilkanaście kilometrów do jakiejś wioski. Ale wysiadam wcześniej na rondzie. Kto wie czy nie utknę w jakiejś wiosce. Tu mam rondo. Stopuję dalej na Strosbourg. Kilka minut i zatrzymuje się Golf 3. Jedzie w okolice Sarrebourga. Choć raczej leci, 110, miejscami 150 km/h. Jeszcze jakaś super muzyczka. Tłumaczył że jakaś odmiana ludowej muzyki. Jechał z Luxemburga, bo tam codziennie dociera do pracy. Gościu młody, może 27 lat. Spoko bo zaproponował że mnie podwiezie aż do Phalsbourg. Wstąpiliśmy do domu tylko po wodę. Gościu musiał mieć robotę niezłą w Luxemburgu bo już sobie dom do remontu kupił... ;)

Z Phalsbourga bierze mnie starszy faccet w Oplu Corsie pierwszej generacji. Jedziemy tylko do Saverne, ale facet wywozi mnie za miasto, ma wylot do Strasbourga. Tam czekam z 5 minut i jadę z chłopaczkiem nową Corsą do Marlenheim. Ładne okolice. Wyskakuję na światłach i myślę. Czy zostać dzieś tu na noc, czy stopować na Strasbourg i się później martwić? Stopuję. Zatrzymuję Clio. Troje młodych ludzi. Zakręceni pozytywnie. Nie mają miejsca za dużo bo jadą do rodziny w odwiedziny ale mnie biorą. Studenci i studentka. Tak jak Ja kaleczą język angielski. Dowożą mnie pod most na Renie. Już widać niemcy. Jeszcze na francuzkiej stronie widzę przed mostem masę przyczep kempingowych. Pytam się goscia czy to kemping czy co? Tak jak się domyślałem Cyganie chyba. Może się myliłem. Gościu mówił że to ich teren prywatny. Podleciało jakieś dziecko i po niemiecku odrazu "Bitte! gibt mir zwei euro!" ;)

Most na Renie. Na piechotkę. Piękna chwila. Jakieś wyrtye słowa na tabliczkach na moście. Jeszcze trochę i jestem:



Niemcy.



Za mostem mapa miasta. Jest kemping gdzieś nad rzeką. Idę przez centrum. Niemieckie napisy. Inny świat. Pytam się ludzi o drogę na kemping. Miesza mi się język niemiecki z angielskim. Do kempingu dochodzę idąc wzdłóż rzeki (za mostem w prawo). Trochę się obawiałem o to czy recepcja będzie czynna, bo już dawno po 8 wieczór. No i o cenę. Jak byłoby za drogo to trzeba byłoby spać gdzieś w krzakach nad Renem... Ale cena tylko 5 euro. Rozbijam się pod wierzbą. Chwilę później obok mnie zajeżdża Chrysler Voyager przedłóżony. Rodzinka Norwegów. Rozbili największy namiot jaki widziałem. Ani wojskowy ;) Samochodem spokojnie by wjechali do środka... ;)

Liczba pojazdów: 12
Dystans: 265 km.
Dzień 23.
Kehl - Achern - A5 - A6 - Amberg - Hirschau - ???






Rano wracam na piechotkę do głównej drogi przez miasto. W sklepie kupuję bagietkę. Straszne ceny. Pojawia się problem bo nie ma gdzie łapać. Od Francji przez Kehl prowadzi dwupasmówka. Żadnej zatoczki, żadnego pasa awaryjnego, ani na stacjach paliw dłuższego wlotu. Jak się mam dostać na autostradę? Wracam znowu na dworzec, prawie do samego Renu. Zapytam o pociąg do Achern. Mam za 3 minuty! Szybka decyzja i kupuje bilet. Kilka euro. Napewno nie tanie! Jadę autobusem szynowym do Appenweier. Tam przesiadka. najlepiej bo wszyscy wysiedli a ja zostałem sam. Pytam kierowcy, pokierował mnie na następny peron. Kilka minut i jadę do Achern.

Na dworcu szukam jakiegoś planu miasta. Zapamiętuję drogę. Kilometr spacerkiem i stoję już za miastem na ładnym rondzie z kartonem na autostradę. Kilka minut i łapię pierwszego stopa w niemczech. Babka Fiatem Tipo podwozi mnie w okolice wjazdu. Katasrofa bo wlot na autostradę jest wąski, barierki po obu stronch, nie ma gdzie łapać. Wracam przed wlot do stacji paliw. Układam plecak i liczę na to że ktoś ze stacji będzie wjeżdżał za autostradę. Piszę kartkę na Karlsruhe. Ruch od Achern duży, ale samochody gnają jak nic 80 na godzine. Pół godziny i nic. Już miałem iść na stację paliw i pytać po tirach, bo co chwilę wyjeżdżały. Ale zaczął hamować mercedes. Tyle że jechał gdzie indziej jak zobaczył moją kartke na Karlsruhe. Piszę na kartonie większe i wyraźniejsze litery. Jeszcze jeden samochód zwalnia i mnie też nie bierze. Wszyscy jadą gdzie indziej.

Ze stacji wyjeżdża tir - czerwony mercedes. Wysoko podnoszę kartkę. Gościu uśmiechnięty macha mi , ja mi też wymachuje rękoma. Mija mnie i ...sie zatrzymuje. Biorę plecak i podbiegam. Jeszcze w dodatku słowackie tablice rejestracyjne! Wspinam się do szoferki i jadę... Gościu starszy. Słowacki język podobny do polskiego. Jest o czym opowaidać. Jadę przez całe niemcy. Gościu jedzie do Czech, ale zostaje na noc przed granicą. Po drodze na jednym z parkingów jemy gulasz z puszki. Najlepszy gulasz jaki jadłem! Ale w podróży wszystko dobrze smakuje... Co mogę jeszcze napisać to to, że niemieckie autostrady są strasznie nudne...

Wysiadam na stacji paliw przed wjazdem 27 na autostradę 93 przed wioską Wernborg. 35 kilometrów do Czech! Godzina coś koło 20 wieczór. Na parkingu obok stacji stoją dwa polskie tiry. Pytam się czy wracają do kraju. Jeden kierowaca nie ma miejsca na tirze bo jechał z synem. Drugi kierowca jakiś dziwny. Od razu się mu się coś nie podobało. Oni jadą rano i że nie ma miejsca w szoferce by mnie przenocować. Ja mówię że mam namiot i że śpię w lesie. Ale w czasie dalszej rozmowy wyszło że nie jadą przez Czechy, tylko w górę Niemiec - i na Wrocław. Więc dziękuję i idę w stronę drogi. Przez jezdnie i w las obok autostrady. Rozbijam namiot i kolacja...

Liczba pojazdów: 2.
Dystans: 415 km.


Koniec - dzień 24.
??? - Wernberg - Pilzno - Praga - Olomouc - Cesky Tesin - Cieszyn - Bielsko Biała - Żywiec - JELEŚNIA.




Nie ma to jak spanie obok autostrady. ;) Rano po śniadaniu wracam na stację paliw. Patrzę ale nie ma polaków żadnych. Ustawiam się więc za stacją i za zjazdem z autostrady na krajowej drodze prowadzącej prosto do Czech. Stoję dwie minuty i dochodzę do wniosku że lepiej będzie podejść kawałek dalej, bo tam jest zjazd z autostrady jadących od Regensburga. Podchodzę kawałek. Pobocze jest. Plecak opieram o biały słupek liczący kilometry. Na słupku wyryte słowa:
"Jedziem do Krakowa!"
Słowa dodają mi otuchy. Jestem świadkiem jak o mały włos nie dochodzi do wypadku. Z autostrady zjechał tir i skręcał w lewo z podporządkowanej. Nawet nie zwolnił. A na głównej drodze jechał Opel Corsa. Żeby nie uderzyć w tira - pełny hampel, pisk opon i zjechał na pobocze. Od tira na centymetry. Tir odjechał a Opel stał z minute na awaryjnych. Później wycofał i pojechał dalej...

Ja stopuję. Kartka na "Pilzen". Kilka minut i zatrzymuję VW Golfa IV kombi na niemieckich blachach. Łamanym niemiecko-angielskim pytam czy leci do Czech. I się zabieram. Po chwili okazuje się że to nie niemiec, tylko ...Polak! Jedzie do Wisły! Ja do Żywca!



Czechy.





Gościu pracuje w niemczech, rodzina w Polsce. Też kawał świata zwiedził. O ile dobrze pamiętam to Indochiny, parki narodowe w Stanach, jakieś egzotyczne wyspy, ale nie pamiętam jakie. Wiem że gościu zakręcony. Zapomniał na granicy winietkę kupić na czeskie autostrady. Kupowaliśmy na pierwszej stacji paliw. Autostradami jedzie się strasznie nudno. Na szczęście Czesi mieli wspaniały pomysł na to. Nie wybudowali jeszcze obwodnic Pilzna i Pragi. Nie ma to jak sobie postać w korkach. Półtorej godziny przez Prage. Robiłem za pilota, bo oznakowanie Czesi mają wspaniałe. Jeszcze w Niemczech planowałem aby zatrzymać się w Pradze jeden dzień. Ale jak mam już transport pod samą granicę do Cieszyna, to zostawiam sobie Pragę na przyszłość. Za Pragą na autostradzie kilka osób stopuje. Wnioskuję że w Czechach autostop popularny.

Pogoda się pogarsza z każdym kilometrem. Za Olomuńcem nadciągają ciężkie chmury. Przed Cieszynem już leje we świat. Gościu jedzie do przejścia granicznego w Cieszynie-Boguszowicach. Ja chcę na Bielsko dostać się pociągiem, więc wysiadam w Ceskym Tesinie, niedaleko przejścia granicznego. Z plecakiem chowam się pod bramą. Jest zimno i pada deszcz. A ja w krótkich spodenkach i podkoszulku. Ubieram długie spodnie, bluze, kurtke przeciw deszczową, glany ;). I przed siebie! Do Polski! Dochodzę na most, ale to ten most co się z Polski wychodzi (w Cieszynie są dwa mosty odprawy granicznej). Pytam polaków na moście jak dojść do tego drugiego mostu. Pokazują mi bym szedł obok rzeki alejką. Więc idę w strugach deszczu. Dochodzę na drugi most. Na końcu mostu mały budynek. Wewnątrz sprawdzają tylko mi paszport. Nie pytają o alkohol (mam w plecaku to piwo od Francuza z Montmiral domowej roboty;). Ja tylko pytam o drogę na dworzec kolejowy.



Rzeczpospolita Polska.




Dotarłem. Idę i się do siebie śmieję. Cieszyn. Polskie sklepy, małe Fiaty i Poloznezy. Dwadzieścia złotych w kieszeni. Plecak nie waży tyle co na początku. Obcokrajowiec pewnie do dworca by nie trafił. Zero tablic informacyjnych. Są ale nie do dworca.
Pociąg do Bielska za pół godziny. Ale obok dworca podstawia się autobus Das'u do Bielska. Bilet nawet nie wiem ile. Jadę Jelczem.

Bielsko-Biała. Zajechałem przed 19. Pociąg na Żywiec za kilkanaście minut. Deszcz ustał. Kupuję obok dworca hot-doga. Jakiemuś dzieciakowi daję drobne z kieszeni. Pewnie na wino zbierał...
Pociąg do Żywca wlecze się niemiłosiernie. W Żywcu na dworzec autobusowy. Autobus mi uciekł kilka minut wcześniej. Następny leci przed 10 wieczór. Jest za dwadzieścia dziewiąta. Nie chce mi się czekać tyle czasu. Idę na przystanek komunikacji miejskiej i za kilka minut mam linię 9 na Rychwałdek. Opowiadam z kierowcą o mojej trasie przez Europe. Wysiadam na przystanku w Pewli Małej. Do Jeleśni, do domu mam 3 kilometry. Na początku idąc próbuje stopować. Ale zapadł zmrok. Kto weźmie w nocy autostopowicza w Polsce?

...zaczyna padać. Dom już widać. A tam czeka łóżko... ;)


Liczba pojazdów: 2.
Dystans: 660 km.



Epilog.



Było super. Nie udało się dotrzec do Portugali, ale będzie co wspominać. Słowację za bezproblemowy autostop. Węgry za wspaniały język. Chorwację za przedreptane kilometry. Włochy za jazdę Maseratti 2.0 litra biturbo. Francję za wspaniałe krajobrazy na lokalnych drogach ( z autostrady nic nie widać, szkoda jeździć nimi). Hiszpanię za przyjaznych ludzi...

Acha. Pytasz ile to wszytsko kosztowało? Poszło mi 1 200 złotówek... ;)




Oceń relację  
Dodaj nowy komentarz
Twoje imię:
Treść komentarza:

Wpisz wynik działania z obrazka:
WłochyWybierz obszar który Cię interesuje

WłochyChcesz wiedzieć więcej?
Zadaj Pytanie
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju
Bitwa na Komentarze

  • Relacji z podrózy: 16879
  • Zdjęć: 116618
  • Podróżników: 22402
  • Porad: 18796
  • Postów: 84373
  • Tematów: 7983