Opis dwutygodniowej samotnej wędrówki po miastach i bezdrożach Kirgizji
moraw Wyświetlono: 956 razy 2005-09-22 11:17:07![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocena:2.47 (103 głosów) |
Opis dwutygodniowej samotnej wędrówki po miastach i bezdrożach Kirgizji
www.piotrmorawski.com
Może zacznę od małej przygody na lodowcu. Pierwszy odcinek z Majdaadyru jechaliśmy na koniach. My, czyli Marcin, ja, oraz nasz przewodnik Kirgiz. Jakieś 40 kilometrów po stepie, wzdłuż koryta rzeki lodowcowej. Napotykaliśmy mnóstwo strumieni, przez które konie z łatwością przechodziły. Kilka rzeczek było trochę cięższych do sforsowania. Zaś kiedy nasz Kirgiz zobaczył wielkie rozlewisko lśniące przed nami zafrasował się przeokrutnie. Stwierdził, że nie pozwoli nam przeprawić się przez rzekę na koniach, bo wartki nurt może nas porwać i będzie już po nas. A on za nas odpowiada i musi o nas dbać. Nie muszę chyba dodawać, że Kirgiz był dosyć mocno wstawiony i jak na wstawionego przystało odznaczał się wyjątkową nadopiekuńczością. Decyzja zapadła... Nie będziemy szli korytem niebezpiecznej rzeki, tylko spróbujemy przejść zboczem górskim. Nasza woda była ograniczona z dwóch stron dosyć pionowymi ścianami. Przewodnik wziął swojego ogiera za uzdę i ruszył do góry. Pierwszy raz widziałem jak przerażony koń jest w stanie, waląc na oślep kopytami, wdrapać się po stromym, lekko trawiastym zboczu. Marcin czasem z tyłu poganiał biedne zwierze, jak już wydawało się, że koń daje za wygraną i chce po prostu zsunąć się na dół. Darń leciała spod kopyt, ogier cicho, ale z wielki wysiłkiem drżąc stanął jakieś 50 metrów ponad rzeką. W pół godziny nasze trzy zwierzęta stanęły koło siebie na małej łączce. Teraz należało przeprowadzić je tym zboczem jakieś 300 metrów i potem zejść z powrotem do koryta rzeki. I dopiero zaczęło się przeżycie.. prowadziliśmy konie za sobą o terenie, po którym nam ciężko było przejść. Strome, zarośnięte zbocze, pocięte spływającymi z góry strumieniami. Biedne konie krok za krokiem człapały za nami, coraz bardziej drżące, coraz bardziej zmęczone. Ponad dwie godziny trwało to miłe obejście przeprawy. A w drodze powrotnej przeszedłem pieszo przez to rozlewisko bez żadnego kłopotu. Kirgiz trochę namieszał...
Po zdobyciu Chan Tengri postanowiłem ruszyć na dół. Droga do Majdaadyru zajęła mi dwa dni i kawałek wytężonego marszu. W bazie spotkałem przewodnika, o którym pisałem w poprzednim akapicie. Nie miałem nic do roboty, gdyż musiałem czekać na samochód, który mógłby mnie zabrać do Karakol, miejscowości prawie nad jeziorem Issyk-Kul. Kierowca musiał wytrzeźwieć, bo poprzedniej nocy zapił porządnie z naczelnikiem bazy wojskowej, więc miałem kilka godzin dla siebie. Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnych kolejek ze znajomym Kirgizem. W końcu kierowca ocknął się i lekko przymroczony wsiadłem o samochodu. Pojechaliśmy...
Następny dzień spędziłem w Karakol.
| Oceń relację |
KirgistanWybierz obszar który Cię interesuje
Wybierz obszar który Cię interesujeZobacz, kto był w tym kraju



















