Sprawozdanie z wyprawy Klubu Wysokogórskiego w Tien-Szan, w rejon Piku Pobiedy w celu wejścia na Chan Tengri (6995)
Sprawozdanie z wyprawy Klubu Wysokogórskiego w Tien-Szan, w rejon Piku Pobiedy w celu wejścia na Chan Tengri (6995)


Piotr Morawski2005-09-22 00:00:01
Wyświetlono razy (ostatnio: )
Wbiliśmy się w komin. Byliśmy pewnie na jakiś 6700 metrach. Dopiero teraz dała o sobie znać nasza niepełna aklimatyzacja. Nasze ruchy stały się niebezpiecznie powolne, co kilka kroków robiliśmy odpoczynek. Zaraz po tym jak wyszliśmy ponad komin dogonił nas jeden z dwóch Rosjan. Drugi zawrócił. Czas gonił i co pewien czas nerwowo spoglądałem na zegarek. Ale parliśmy do góry. Kilka kroków i kolanami w śnieg. Szybkie, urywane oddechy, które nie zapewniały wystarczająco dużo tlenu, znowu na nogach, kilka kroków i znowu w śnieg.... Wlekliśmy się i wlekliśmy. Kolejne 70 metrów do góry zabrało nam prawie 2 godziny... Ale przełęcz była blisko. Dotarliśmy do niej i... okazało się, że jeszcze została do pokonania stroma ścianka. Wbiliśmy się w nią pełni nadziei, że szczyt jest tuż, tuż. Na dole zbierały się chmury, słońce schodziło coraz niżej... Wyszliśmy nad ściankę.... Przed sobą zobaczyliśmy długą, prawie poziomą śnieżną grań i w oddali szczyt. W Tatrach grań może na jakieś 15 minut marszu, jak nie mniej. W naszym obecnym tempie... Nadeszła 16-ta, godzina kontaktu z bazą. Usiedliśmy z Marcinem, czekaliśmy aż baza się zgłosi, a w głowie szalała niepewność: o której będziemy na szczycie, czy w ogóle damy radę tam się dowlec, a jak już wejdziemy to czy damy radę zejść. Pierwsze głosy kolegów z bazy nie były optymistyczne... zostawili decyzję nam. Rosjanin wyprzedził nas i dalej dzielnie napierał... Był kilkanaście kroków przed nami, w naszych realiach pewnie jakieś 10 minut drogi. Poszliśmy za nim. Prawie dwie godziny... kilka kroków... upadek na kolana... głowa nisko do dołu, oparta o dziabę, by móc chwycić oddech... na nogi... znów kilka kroków. Po pewnym czasie, patrzę jak grań staje się coraz szersza, potem wypłaszcza się i potem nagle... zobaczyłem, że jestem na najwyższym punkcie... przewróciłem się ze zmęczenia. Ledwo co wstałem. Nagle poczułem, że na szczycie potwornie wieje... dopiero po chwili dotarło do mnie, że jestem na górze... euforia wdarła się w otępiały mózg. Rzuciliśmy się całą trójką w ramiona. Niestety, na wierzchołku nie dało się długo wytrzymać. Zaczęliśmy szybkie zejście. Przed nami śnieżna grań przecięta naszymi śladami, pod nami chmury zalegające nad całym lodowcem, wokół nas bezchmurne niebo i błyszczące szczyty okolicznych sześciotysięczników, a do tego wszystkiego powoli zachodzące słońce... eh, warto dla takich chwil się pomęczyć...
Przy zejściu przez cały czas używaliśmy poręczówek. Już nie zastanawialiśmy się, która może puścić. Szliśmy jak najszybciej, by zdążyć przed nocą... Totalnie wyczerpani dotarliśmy do namiotu dopiero po jedenastej w nocy. Wpełźliśmy w oblodzone śpiwory, wysypaliśmy ze środka trochę śniegu, ugotowaliśmy herbatkę. Prawie nieprzytomni poszliśmy spać nie zwracając uwagi na zamarznięty namiot, zimno, śnieg i rozkręcającą się wichurę.
A rano wolnym krokiem dowlekliśmy się do obozu drugiego. Spędziliśmy w nim cały dzień i nazajutrz zeszliśmy już wcale nie tak nieprzyjemnym kuluarem na dół. Po drodze spotkaliśmy kilku naszych, którzy szli do góry. Około godziny ósmej rano dotarliśmy wymęczeni, ale zadowoleni do bazy.... Dzień później przyszło załamanie pogody. Trzy dni nieustannie sypał śnieg. Cały lodowiec, baza i oczywiście nasze namioty zostały przysypane grubą białą warstwą puchu. Kolejne dwa dni trzeba było czekać, by śnieg trochę się stopił. Pierwszy raz byłem w górach wysokich i właśnie zdobyłem mój pierwszy siedmiotysięcznik. Do Marcina przyjechał partner, z którym wybierali się na Pobiedę, reszta naszej ekipy nadal szturmowała Chana, nie miałem już co robić w bazie i samotnie zszedłem na dół, by zwiedzać Kirgizję...
www.piotrmorawski.com
Zobacz zdjęcia:
Kirgistan
Kirgistan - wybierz obszar, który cię interesuje:












































